O ile można uzasadniać odmowę podpisania przez premiera ważnych aktów prezydenta, z którymi się nie zgadza, to jednak nie wtedy, kiedy wchodzi ona w zakres innych władz lub drobne decyzje.

Inicjatywa prezydenta Karola Nawrockiego odebrania prezydentowi Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego po tym, jak nadał on imię „Bohaterów UPA” jednemu z oddziałów Sił Zbrojnych Ukrainy postawiła na porządku dziennym tzw. kontrasygnatę premiera, bez której ta decyzja prezydenta RP byłaby nieskuteczna.

To narzędzie w rękach premiera odżywa w czasach tzw. koabitacji, kiedy prezydent i premier pochodzą z przeciwnych obozów. Zgodnie z art. 144 Konstytucji RP, akty urzędowe prezydenta wymagają dla swej ważności podpisu premiera, jednak ta kontrasygnata nie jest potrzebna przy

30 kategoriach aktów prezydenta, m.in. zarządzaniu wyborów do Sejmu, podpisywaniu albo odmowie podpisania ustawy, powoływaniu prezesów Trybunału Konstytucyjnego, Naczelnego Sądu Administracyjnego i Sądu Najwyższego, a także sędziów i nadawaniu orderów.

Czytaj więcej

Asesorzy tkwią w zawieszeniu. Jest precedensowa skarga na bezczynność premiera

Konstytucja milczy jednak na temat odbierania orderów, więc przyjęto, że przy tym akcie podpis premiera jest niezbędny. Nie bardzo wiadomo, dlaczego, gdyż nie da się tu zastosować nawet pospolitej przestrogi, że bezpieczniej kogoś chwalić niż ganić, bo przecież publiczną pochwałą też można się narazić innym. W sprawie odwołania tego orderu pojawiają się różne oceny, także takież, że premier może został w nią wplątany, choć to była inicjatywa prezydenta.

Szukając zatem głębszego uzasadnienia dla kontrasygnaty, należałoby powiedzieć, że ma ona zapewnić większe poparcie na szczytach władzy dla poważniejszych decyzji, bo przecież nie ma ona sensu przy drobnych. Nie służy też do wkładania prezydentowi „kija w szprychy”.

Niestety nieraz na to wygląda. Pamiętamy, jak obecny premier chciał cofnąć swoją kontrasygnatę do wyznaczenia przez prezydenta sędziego SN, aby przewodniczył zgromadzeniu wyborczemu Izby Cywilnej, co mogło zablokować wybór kandydatów na jej prezesa, do czego na szczęście sąd administracyjny nie dopuścił. Kolejne zagrożenie wisi teraz nad Izbą Pracy SN, gdyż, jak wskazuje I prezes SN, od dwóch lat nie ma ona prezesa - zwołanie zgromadzenia wyborczego kandydatów wymaga kontrasygnaty premiera, a jej nie ma. A przecież chodzi o przeliczenie głosów kilkunastu sędziów zgromadzonych w jednej sali, z czym każdy sędzia da sobie radę.

Czytaj więcej

Czekają od miesięcy na podpis premiera. Kolegium NSA zabrało głos