Nie każdy kontakt polityka z młodymi ludźmi nazywam molestowaniem politycznym. Ja tylko skonstatowałem fakt, że do młodych ludzi mających szczęście żyć w wolnej Polsce Jarosław Kaczyński mówił językiem z 1795 czy 1945 roku - broni Nałęcz wypowiedzi o „politycznej pedofilii” szefa PiS. Dalej kontynuje wypowiedź w tym samym tonie.
Nie widziałem żadnej kampanii poniżania Lecha Kaczyńskiego, bo skoro mówimy o kampanii, to znaczy, że był jej scenariusz, podział na role, a niczego takiego nie dostrzegłem. (...) Mnie nie przeszkadza mocny język w polityce, choć żałuję, że to przenosi się na życie publiczne w ogóle. Warto jednak zauważyć, że w przypadku Lecha Kaczyńskiego mieliśmy do czynienia z mocną krytyką, a w przypadku Bronisława Komorowskiego z kwestionowaniem jego urzędu.
Zaskoczeniem mogą być również słowa Nałęcza o zawłaszczaniu mediów przez jedną opcję polityczną.
Nie pochwalam zawłaszczania mediów publicznych przez nikogo. Uważam, że z definicji powinny być spluralizowane, prezentujące różne poglądy. Widzę też jednak, że teraz najbardziej protestują ci, którzy sami zawłaszczali media w najbrutalniejszy sposób. Mnie brakuje w telewizji programu Pospieszalskiego czy Wildsteina. Uważam, że konserwatywni dziennikarze też powinni mieć swoje programy. Po to płacę abonament, żeby w telewizji oglądać różne punkty widzenia
– mówi Nałecz. -
Ja dość często występuję w mediach, ale mogę pana zapewnić, że ani razu nie zadzwoniłem z jakimikolwiek życzeniami do dziennikarzy, nigdy o nic nie zabiegałem, nie naciskałem. I gdy słyszę o pałacowych intrygach w mediach, to myślę, że albo ja żyję na Księżycu, albo te opowieści są mocno przesadzone –
czytamy w weekendowym „Plusie Minusie”.