Kaczyński mówi:
Jacek Kurski - niewątpliwie spiritus movens tych działań - chciał szybkiego zwołania rady politycznej partii, by ta wysunęła Ziobrę jako kandydata na prezydenta. Ten plan został porzucony, bo w sondażach Ziobro wypadał źle.
Prezes PiS diagnozuje problem w PiS:
To kurtyna kłamstw, która otacza Prawo i Sprawiedliwość. Znakomita większość obywateli nie jest w stanie dotrzeć do prawdziwych informacji o nas. Przyznam z ubolewaniem, że dzieje się tak również za sprawą znacznej części dziennikarzy określających się mianem prawicowych. Dla jasności zaznaczę, iż wyłączam z tego grona środowisko tworzące media „Gazety Polskiej” – dziennika, tygodnika i portalu.
Analizując wyrzucenie „ziobrystów” Kaczyński twierdzi:
Pierwsza faza konfliktu na linii europosłowie - władze partii, też wynikała z wypaczeń w opisach medialnych. Ziobro nie był marginalizowany i swoją diagnozę sytuacji w partii przedstawił dokładnie, dyskutowaliśmy o niej kilka godzin.
Według prezesa PiS to Jacek Kurski jest „mózgiem” całej operacji:
Obecna akcja była planowana od wyborów do europarlamentu w 2009 roku, a w 2010 roku, po katastrofie smoleńskiej próbowali przejąć władzę w partii. Nie wygnałem Ziobry na zesłanie do Brukseli. To on, podobnie jak Kurski, strasznie chciał się tam znaleźć. Możliwy jest scenariusz niekończącego się sporu wewnątrz partii.
Kaczyński komentuje także swoje słowa z wieczoru wyborczego: „Przyjdzie dzień, kiedy będziemy mieli w Warszawie Budapeszt”:
Góra bzdur urosła po mojej wypowiedzi o Budapeszcie podczas wieczoru wyborczego. Cel tego zdania był jasny - podtrzymanie ducha walki, pokrzepienie. Ponieważ Orban jest przykładem oczywistego sukcesu, to go przywołałem, mając, rzecz jasna, świadomość szeregu różnic między sytuacją Polski i Węgier.