Liczenie głosów w Paryżu i Atenach jeszcze skuteczniej niż zwykle odciągnęło uwagę komentatorów od Belgradu. Trochę to niekorzystny zbieg okoliczności, trochę wyraz cynicznego przekonania: kogo obchodzi Serbia, skoro nie jest w stanie wywołać kolejnej wojny?
Wojny pewnie nie będzie – choć deklaracja premiera Erdogana, że „Turcja gotowa jest wspomóc, również zbrojnie, Albańczyków, którzy zasługują na większe państwo", pokazuje, jak daleko na Bałkanach do sennego spokoju. A jednak niedzielne wybory w Serbii miały dla tego kraju duże znaczenie.
Nadal nie można ich uznać za rozstrzygnięte: w niedzielę wybierano bowiem zarówno władze lokalne i parlamentarne, jak prezydenta kraju. Pierwsze dwie elekcje są już dokonane – i wiadomo, że najwięcej mandatów w Skupsztinie (73) otrzymali przedstawiciele opozycyjnej dotąd Serbskiej Partii Postępowej (wbrew nazwie: narodowo-konserwatywnej; „postęp" w nazwie to ukłon w stronę serbskiej XIX-wiecznej tradycji politycznej), dystansując rządzącą Partię Demokratyczną (68). Liderzy tych dwóch ugrupowań i zwycięzcy pierwszej tury wyborów prezydenckich – Tomislav Nikolić i sprawujący od dwóch kadencji urząd prezydenta Boris Tadić – czekać muszą z rozstrzygnięciem na drugą turę 20 maja.
Trudno mówić o zdecydowanym zwrocie: rząd utworzy to ugrupowanie, które zdoła porozumieć się z trzecią siłą w parlamencie, populistyczno-postkomunistycznym blokiem skupionym wokół Serbskiej Partii Socjalistycznej, możliwe więc, że u władzy pozostanie Partia Demokratyczna. Nikolić otrzymał minimalnie mniejsze poparcie niż Tadić (25,5 proc. wobec 26,7 proc.) – niewykluczone więc, że również w Nowym Dworze, rezydencji głowy państwa zbudowanej jeszcze za dynastii Karadjordjeviciów, niewiele się zmieni.
Wynik ugrupowania Nikolicia to jednak pierwsza od lat rysa na monolitycznych rządach Partii Demokratycznej. Obóz Tadicia, wykorzystując słabości opozycji oraz przewagę w mediach, zdołał narzucić światu bardzo uproszczony, dychotomiczny obraz Serbii: sympatycznej, euroentuzjastycznej i bezproblemowej pod rządami PD lub wracającej do mroków bizantyjskich, czetnickich i komunistycznych zarazem w przypadku dojścia do władzy opozycji. By przełamać ten klincz, Nikolić i jego ewentualni sojusznicy musieli zacisnąć zęby i również zadeklarować „euroentuzjazm" – choć znacznie bliżej im do obrony serbskich interesów narodowych.
Czy taka wolta to świadectwo niezbędnej elastyczności, czy dowód na to, jaką koniecznością okazuje się proeuropejski ketman? „Wybór proeuropejski" był dla Belgradu wymarzoną opcją w latach 90., atrakcyjną, choć niełatwą – w minionej dekadzie. Dokąd jednak chcieliby trafić Serbowie w roku 2012, gdy Grecja, stale ciesząca się na Bałkanach pozycją „pierwszego wśród równych", deklaruje nieufność wobec UE, zaś strefę euro albo opuści sama, albo zostanie z niej wyproszona? Co Belgradowi może zaoferować Bruksela prócz nakazu porzucenia wszelkich ambicji związanych z Kosowem? Jakie fundusze? Jaki awans?
Spustoszonym wojnami, nieobecnym w procesach modernizacyjnych lat 90. krajom nikt nie ma nic do zaoferowania: ani Rosja, chętnie wykorzystująca je jako straszak Zachodu, ale nic ponadto, ani USA, ani ktokolwiek inny z wielkich graczy. Dla Serbii, Bośni, Albanii, Mołdawii Unia Europejska to już nawet nie – jak napisałby pewnie XIX-wieczny komentator – „miraż zgasłej, lecz wciąż jaśniejącej gwiazdy": to tylne światła pociągu, oglądane z zasypywanego topolowymi liśćmi peronu.