Reklama

Zatrute cukierki faszyzmu

Zaskakująca prowokacja donieckich separatystów
Zatrute cukierki faszyzmu

Foto: Twitter, Griff Witte Griff Witte

Gdyby konflikt na Ukrainie nie był tak tragiczny, tak bezsensowny i tak krwawy, można by nakręcić na jego podstawie niesamowicie zabawną komedię. Występują tu bowiem postacie fantastyczne i dzieją się rzeczy tak absurdalne jak z bajki. "Ministrami ludowymi" zostają ludzie w dresach i kominiarkach, dobierając sobie do gabinetu, w ramach parytetu, długonogie dwudziestki; prezydentem państwa zostaje Czekoladowy Król; zwykli ludzie ruszają na czołgi i je sobie przywłaszczają, jak gdyby nigdy nic, od wystraszonych żołnierzy; po ulicach chodzą zielone ludziki, chętnie pozujący do zdjęć. A do tego wszystkieg, ni z tego, ni z owego dołączają w końcu prorosyjscy Czeczeni (!), którzy są tak prorosyjscy, że czują się w obowiązku przejąć kontrolę nad nie dość kompetentnymi separatystami w kominiarkach.

W ten pełen groteski obraz wspaniale wpisuje się scena, która rozegrała się wczoraj na placu Lenina w Doniecku.

Był dzień dziecka, a ponieważ (pro)Rosjanie też kochają swoje dzieci, postanowili uczynić im słodką niespodziankę. W słoneczne popołudnie, zamaskowani jak zwykle separatyści zajechali ciężarówką na plac Lenina. Nie wyciągnęli z niej jednak tym razem karabinów i granatów, zastępując je za to pudłami pełnymi cukierków, które uprzejmi byli uprzednio "pożyczyć" z pobliskiego sklepu. Wszyscy wydawali się zadowoleni: uśmiechnięte dzieci, jak i ich rodzice już ustawiali się w kolejkę, by garściami słodyczy wynagrodzić sobie wojenne trudy. Separatyści już cieszyli się z udanej akcji wizerunkowej. Przedwcześnie.

O tym, co zdarzyło się chwilę potem, opowiada korespondent "Washington Post" Griff Witte.

Wtedy ktoś z tłumu zauważył, że to słodycze Roshena, firmy założonej przez ukraińskiego magnata, znanego jako Czekoladowy Król, prezydenta-elekta Petro Poroszenkę. Choć wygrał on wybory w całym kraju z miażdżącą przewagą, to zwolennicy rebeliantów odwiniają go o przemoc w południowo-wschodniej części kraju.

Reklama
Reklama

Nastrój zmienił natychmiast. Radość ustąpiłą wściekłości. Karnawał stał się burdą.

- To prowokacja! - zaczął ktoś wołać z tłumu.

- Cukierki są zatrute - zakrzyknął ktoś inny.

- "Nie" dla krwawych cukierków! - zaczęto skandować "No to blood candy!" they chanted.

Zaczęła się przepychanka. Matki kopały pudła i deptały cukierki swoimi obcasami i zaczęły krzyczeć na bojowników. Bojownicy odpowiadali tym samym

- Chcieliśmy dać dzieciom cukierki! To wszystko! Co to za różnica, skąd one są? - tłumaczył bezradnie jeden z żołnierzy.

Reklama
Reklama

Ale było już za późno. Tłum odwrócił się od nich. Bojownicy wskoczyli do swego wana. A kiedy odjeżdżali z pośpiechem, jeden z ojców obrzucił ich torbą cukierków.

 

(zdj. Twitter/Griff Witte)

Kiedy tłum się uspokoił, przyszła pora na refleksję.

Powstały filozoficzne spory na temat tego, czy odrzucenie słodyczy było rzeczą słuszną.

Reklama
Reklama

- Podczas wojny paliliśmy przecież niemieckie papierosy. Co to za różnica? - zapytał sympatycznie wyglądający białowłosy mężczyzna ze złotymi zębami.

- Poroszenko nie może przecież nas jednocześnie karmić i mordować - odpowiadała mu w bluzie w panterkę, depcząc resztki cukierków

A wszystko to działo się pod czujnym okiem spoglądającego z cokołu Władimira Ilicza Ulianowa, który z wielkim trudem musiał skrywać swoją dumę za wykutym z marmuru obliczem.

Publicystyka
Estera Flieger: Tak się robi kiełbasę
Materiał Promocyjny
Jak zostać franczyzobiorcą McDonald’s?
Materiał Promocyjny
OTOMOTO rewolucjonizuje dodawanie ogłoszeń
Publicystyka
„Polski SAFE”, czyli Nawrocki próbuje zmienić ustrój bez zmiany konstytucji
Publicystyka
Marek A. Cichocki: SAFE, czyli czy Polacy w ogóle „umieją w wojnę”?
Publicystyka
Od wielkiej przyjaźni do wizji zagłady. Zapomniana historia relacji Izraela i Iranu
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama