Znana jest anegdota o malarzu, który udzielił Vincentowi van Goghowi istotnej lekcji technicznej, ale nie chciał go nakarmić, bo uważał, że najedzony Vincent źle maluje.

Coś z niczego, czyli pożytki z przemysłu kreatywnego

Gdyby takiego argumentu używali przeciwnicy zabezpieczenia emerytalnego i zdrowotnego artystów, dyskusja byłaby trudniejsza niż ze zwolennikami tezy, że artyści to darmozjady i nieroby. We współczesnych gospodarkach przemysły kreatywne to, wszędzie poza Polską, niezwykle cenione części gospodarki. Po pierwsze, są bardzo dochodowe. Są to przedsięwzięcia typu „coś z niczego”, czyli nie ma, ciągle nic nie ma i nagle stało się światło i jest. Sprzedany obraz to nie samochód, w którym istotne części VAT z całego łańcucha wędrują poza Polskę, tu cały VAT zostaje w Polsce, a delikwent, który obraz sprzedał przez galerię nie ma od czego go odliczyć, za to musi zapłacić podatek dochodowy.

Po drugie, dobry przemysł kreatywny wzmacnia soft power danego kraju, przyciąga turystów i potrafi wygenerować przychody w wielu formatach i przez wiele lat. Taki np. Wiedźmin pojawił się w opowiadaniach Andrzeja Sapkowskiego równo 40 lat temu i zarabiał dla państwa znacznie więcej niż dla samego Sapkowskiego jako książki, gwiazdorski audiobook, komiksy, film, seriale i gry komputerowe. Pokażcie mi inny produkt o takim zasięgu i efekcie gospodarczym, do którego pierwszym nakładem inwestycyjnym był zeszyt i długopis + ewentualnie maszyna do pisania. W Polsce artystów się nie lubi, bo po pierwsze, za artystów ma się Skolima, Dodę i Donatana, którzy z braku gustu kłują w oczy tandetnym bogactwem. A to zabawiacze. Poza tym, nie lubią ich politycy, bo jak już artysta wybitny, to pyskaty, a jak pyskaty, to ma posłuch.

Kto i ile wkłada w przemysł kreatywny

Wreszcie wszyscy wiedzą, że przemysły kreatywne zarabiają, ale nie wiedzą, jak, bo Polska się sama sobą nie ciekawi i nikt ich nie bada. Swego czasu, gdy naukowcy z Katowic złożyli wniosek do PAN, by przebadać przemysły kreatywne i wypracować narzędzia do ich systematycznego dalszego badania, projekt szacowne grono odrzuciło, bo w projekcie nie było nowych narzędzi badawczych. Więc nadal nie mamy ŻADNYCH.

No i nie wiadomo, jaki wkład w przemysły kreatywne wkłada pojedynczy artysta, więc korpoludki ciągle marzą o przemysłach kreatywnych bez twórców. Żeby było jeszcze trudniej, przemysły kreatywne nastawione są na zysk, a dla księgowych w rządzie i korporacjach wartość kulturowa jest wyłącznie ich ubocznym i niemierzalnym skutkiem.

Czytaj więcej

Koalicjanci pytają o ustawę o artystach. Niepewny los projektu i samej ministry

Andrzej Wajda zarobił dla polskiego państwa setki milionów złotych, może nawet miliardy, ale kto to mógł przewidzieć po niezbyt udanym Pokoleniu?! A jak już wiemy, kim był Wajda i jakie miał poglądy, to połowa sceny politycznej i ich wyznawcy usiłują go pomniejszyć i zredukować. W gruncie rzeczy – myślą sobie – lepiej, żeby Wajdów było mniej. Wystarczy nam Jot Zalewski – reżyser niezdolny i zalkoholizowany, ale nasz.

Kto nie jest artystą a komu się to należy

Powiedzmy też, że proponowana ustawa jest wyjątkowo głupia. Tworzy setki biurokratycznych stanowisk ludzi, którzy będą oceniać, kto jest, a kto nie jest artystą, tak jakby jej autor, niejaki Maciej Dydo, Szkodnik Kultury level hard, chciał skompromitować całą ideę zabezpieczenia emerytalnego i zdrowotnego dla wolnych zawodów. Prezydenckie weto wcale mnie nie zdziwi, tak jak nie zdziwi mnie westchnienie ulgi Donalda Tuska po tym wecie, bo pieniędzy nie wyda, a gest wobec artystów zrobił.

Jak zatem należałoby to zrobić? Najprostsze rozwiązanie jest następujące i aż dziw, że nikt na to nie wpadł i że żadna z lewicowych partii, ani postkomuniści, ani Razemki, ani nawet PiS nie wypisali tego do tej pory na sztandarach. Powszechna Emerytura Obywatelska Minimum+, czyli POEM+. Będzie skutecznie i kulturalnie, bo POEM to po angielsku wiersz, a plus to od czasów 500+, niezbędny element nazwy każdej inicjatywy politycznej. Wtedy argument, że kasjerka ma gorzej od dyrygenta, upadnie, bo wszyscy będą mieli tak samo.

Można zobaczyć jak te sprawy rozwiązuje się w innych krajach np. w Niemczech, ale dobrze wiemy, że od Niemców gorsi są tylko ci, co walczą z Moskwą, więc ten pomysł też odpada w przedbiegach.

Zatem, co wyróżnia artystów i twórców? Kiedyś w złotych czasach PRL był to enumeratywny spis zawodów i komisja nadająca kategorie zależne od ukochania wiodącej partii i wieku, co skutkowało faktem, że najpopularniejszy w Polsce Czesław Niemen zarabiał znacznie mniej za koncert w Kongresowej, niż podstarzały szansonista w Podwieczorku przy Mikrofonie. Dla młodych i nierozeznanych dodam, że Podwieczorek przy Mikrofonie był programem radiowym w formie koncertu, gdzie publiczność udawała, że się świetnie bawi, a wykonawcy udawali, że są śmieszni lub że umieją śpiewać. Owszem, byli też tacy, którzy naprawdę umieli, ale im dla równowagi przydzielano najgorsze piosenki.

Koszty uzyskania dochodu z ograniczeniami

 Potem twórców zaczęło wyróżniać 50 proc. kosztów uzyskania przychodu, czyli niższe podatki. Było to oparte na przekonaniu, że zawody artystyczne to rzecz niepewna, więc odpowiedzialni twórcy będą oszczędzać w okresach tłustych na lata chude i wszystko się wyrówna. Szkopuł w tym, że w naturze przeciętnego polskiego artysty jest przekonanie, które nabywa po pierwszym tłustym tygodniu, że tak już będzie aż do śmierci.

Poza tym pod 50 proc. kosztów uzyskania zaczęły się podczepiać najrozmaitsze zawody, np. nauczyciele akademiccy, którzy przez lata eksploatują swoje oryginalne dzieło, czyli notatkę na poszarzałej ze starości kartce – wykład. Twórcy reklam, którzy uważają, że pokazanie proszku, który rozpuszcza sok z buraka jest epokowym odkryciem twórczym, mimo że sok z buraka rozpuszcza także woda, a sama reklama jest kadr w kadr powtórzeniem reklamy niemieckiej, bo zanim Niemcy okazali się strasznie źli politycznie, to ich proszki były w Polsce najpopularniejsze i zapobiegliwe gospodynie dosypywały do niemieckich toreb połowę polskiego proszku, by sznyt europejski działał dłużej. Teraz w rodzinach patriotycznych do polskiego proszku dosypuje się chyłkiem te niemieckie, żeby biel była bielsza, ale polska. Twórcami okazali się także wszelkiej maści konsultanci i eksperci oraz marketingowcy, a nawet pewien sprytny kowal, który za zrobienie prostej metalowej poręczy brał 500 zł, a za artystyczny projekt tejże – 3000 zł na umowę o dzieło.

Czytaj więcej

Marta Cienkowska broni dopłat do emerytur dla artystów. „Potrzebują”

Wielokrotnie proponowałem politykom, by zlikwidować patologie i albo powrócić do enumeratywnego wyliczenia zawodów twórczych, albo do wprowadzenia kryterium tantiemizacji: twórcze jest to, co otrzymuje tantiemy, bądź może zostać tantiemizowane w przyszłości. Autorom książki nie przysługują tantiemy za wydanie – a jedynie udział w zyskach, bo to pierwotne pole eksploatacji, ale w wypadku adaptacji filmowej czy telewizyjnej – tantiemy się pojawią, więc autorom książek należy się 50 proc. kosztów uzyskania, a autorowi notatki gazetowej, że Legia wygrała z Wisłą 3:2 – nie.

A gdy już się uporamy z wiekopomnym problemem, komu należy się 50 proc. kosztów uzyskania i za co, a komu nie, robimy tak: Z tych 50 proc. kosztów uzyskania 10 proc. twórca czy artysta ma obowiązek wpłacić na ubezpieczenie zdrowotne, a 10 proc. na ubezpieczenie emerytalne. Nadal będzie miał więcej gotówki w ręku z każdego tysiąca zł, ale jednak trochę mniej niż obecnie. W wypadku większości twórców i artystów wpłaty na oba fundusze będą stałe. Autor jednego przeboju nie zapełnia po paru latach już wielkich sal, ale nadal śpiewa na festynach i dostaje tantiemy z odtworzeń radiowych, coverów czy wykorzystania w filmach. Malarz przestaje być modny i nie zarabia kroci, jak w okresie swoich 5 minut sławy, ale nadal ilustruje książki, wystawia w Domu Kultury w swoim rodzinnym miasteczku. Skrzypek w niewielkiej orkiestrze nie zarabia wiele, ale za to regularnie.

Płacenie rozsądnych podatków to ważny obowiązek obywatelski

Natomiast Skolim, Doda, Donatan i Zenek przez całe życie uczą się solidaryzmu społecznego. Ich 10 proc. wpłaty na NFZ jest poważną kwotą pozwalającą ubezpieczyć także skrzypka z Iławy i ilustratora książek dla dzieci. To, że Donatan kupi jedno mieszkanie w miesiącu mniej – nie wydaje mi się ze szkodą. Jeśli system się nie domyka – dopiero wtedy państwo dopłaca, tak jak dopłaca do leczenia kasjerki czy sprytnego profesora prawa, który od lat ubezpiecza się w KRUS i też mi to kilka razy proponował, wyzywając mnie od frajerów, bo płacenie rozsądnych podatków uważam za obowiązek obywatelski.

A co zrobić z tymi, którzy byli artystami krótko? Tancerką, która po osiągnięciu 30. roku życia została zwolniona z baletu? Pianistą, który ogłuchł albo nabawił się z wiekiem reumatoidalnego zapalenia stawów czy filmowcem, który od lat pałęta się po gabinetach w poszukiwaniu pieniędzy na wymarzony film, a innych – tak jak Sergio Leone – robić nie chce? Trzeba wprowadzić rozsądne ramy, które upoważniają do korzystania z ubezpieczenia społecznego i kiedyś tam – minimalnej emerytury. Np. 10 lat pracy twórczej potwierdzonej wpłatami na oba fundusze. Albo 15. Albo ile tam ustalą mędrcy.

A co zrobić z młodymi, którzy przecież też chorują? Też nie jest to zbyt trudne i nie wymaga 200 biurokratów, którzy zarobią więcej na ocenianiu artystów, niż sami artyści na swojej twórczości. Otóż każde stypendium twórcze ważnej instytucji lub nagroda z listy ważnych festiwali czy konkursów daje młodemu twórcy trzyletnie ubezpieczenie zdrowotne. Jeśli w ciągu trzech lat nic nowego nie zrobił, musi kontynuować swą karierę w staromodny sposób – albo przez drogę nędzy jak van Gogh, albo jak Witold Gombrowicz – przyjmując posadkę na czas przejściowy, choć niekoniecznie w banku.

biogram

Maciej Strzembosz

Publicysta, producent filmowy i telewizyjny, scenarzysta. Współwłaściciel firm produkcyjnych "Studio A" i "Prasa i Film". W latach 2004-2019 Prezes Zarządu Krajowej Izby Producentów Audiowizualnych, z ramienia której m.in. brał udział w pracach nad zmianami w prawie medialnym i autorskim (jest m.in. współtwórcą obecnie obowiązującej ustawy o kinematografii). W latach 2014-2017 sekretarz Rady Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Członek Polskiej Akademii Filmowej.