Reklama

Port Haller, czyli czego Jarosław Kaczyński nie wie o Królewcu, portach i Polsce

Czy Jarosław Kaczyński ma rację sugerując, że nowy Port Haller będzie bardziej bezpieczny niż Gdynia i Gdańsk? Czy faktycznie zagrożenie ze strony rosyjskiego Królewca zmusza nas do budowy nowego portu? Analiza rzeczywistych zagrożeń pokazuje, że geografia i rosnąca siła militarna kraju chronią Trójmiasto lepiej, niż może się wydawać – i to raczej Rosja ma dziś powody do obaw, czy w razie wojny uda jej się utrzymać swoją eksklawę na tyle długo, by przyjść jej z pomocą.

Publikacja: 18.01.2026 12:00

Konferencja prasowa w czasie której przedstawiono koncepcję budowy Port Haller

Konferencja prasowa w czasie której przedstawiono koncepcję budowy Port Haller

Foto: PAP

Przy okazji roztaczania przez prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego wizji kolejnej wielkiej inwestycji infrastrukturalnej, czyli budowy nowego portu nazwanego na cześć generała Józefa Hallera – dowódcy Błękitnej Armii – Portem Haller, pojawiło się uzasadnienie, że budowa nowego portu jest konieczna, gdyż porty w Gdańsku i Gdyni są zagrożone ostrzałem z rosyjskiego Królewca (dla Rosjan obwodu kaliningradzkiego). Pytanie brzmi jednak: czy Królewiec faktycznie stanowi dziś aż tak poważne, dyskwalifikujące zagrożenie dla polskiej infrastruktury morskiej w Trójmieście i na Bałtyku? Czy naprawdę to Rosjanie z tej eksklawy dyktują nam, gdzie mamy budować swoje porty?

Czytaj więcej

PiS chce zbudować nowy port morski. Padła nazwa

Zagrożenie ze strony obwodu królewieckiego. Czy PiS wierzy w siłę własnego kraju?

Zamiar budowy nowego portu morskiego prezes PiS ogłosił w asyście m.in. Mariusza Błaszczaka – byłego szefa MON w rządzie Mateusza Morawieckiego – oraz Kacpra Płażyńskiego, posła PiS z Pomorza i głównego pomysłodawcy tej inwestycji. Ma to być jeden z kluczowych punktów programu partii na nadchodzące wybory parlamentarne w 2027 roku. Port zlokalizowany byłby w rejonie Lubiatowo-Kopalino w gminie Choczewo, gdzie powstaje pierwsza polska elektrownia jądrowa i skupiał się głównie na obsłudze kontenerowców.

Nie zamierzam tu jako kolejny komentator wdawać się w dyskusję o gospodarczym sensie tego projektu – czy jest opłacalny, czy nie. Skupię się natomiast na tym drobnym, ale symptomatycznym militarnym fragmencie uzasadnienia, które wygłosił sam Jarosław Kaczyński. Stwierdził on bowiem: „Jednocześnie port znajdzie się w obszarze działania bazy antyrakietowej w Redzikowie i poza zasięgiem haubic dalekiego zasięgu z obwodu królewieckiego”. Miałoby to m.in. zapewnić bezpieczne zaopatrywanie polskiej armii przez sojuszników w razie konfliktu z Rosją. Abstrahując od tego, że można by ufundować konia z rzędem temu, kto zrozumie, o jakie dokładnie rosyjskie „haubice dalekiego zasięgu” prezesowi chodzi (prawdopodobnie o samobieżne 2S7 Pion kalibru 203 mm, ale o tym później), to w tym stwierdzeniu przebija się głęboka niewiara w militarną siłę Polski i jej sojuszników. Siłę, której budowę rozpoczął przecież sam PiS – choć niestety dopiero w schyłkowym okresie swoich rządów. O tę zwłokę można zresztą mieć do niego słuszne pretensje, podobnie jak do całej polskiej klasy politycznej od prawa do lewa.

Osobiście uważam, że prezes Kaczyński powinien jednak dopuścić do siebie myśl, że to nie Polska powinna się bać Rosjan z Królewca (Kaliningradu), lecz odwrotnie – Rosjanie Polski. Przejdźmy zatem do konkretów.

Reklama
Reklama

Czy Redzikowo obroni Port Haller?

Najpierw kilka słów przypomnienia o bazie w Redzikowie, bo od niej zaczyna się cały łańcuch nieścisłości. Instalacje tej bazy nie są przeznaczone do ochrony punktowej jakichkolwiek celów, takich jak elektrownia jądrowa czy hipotetyczny port obok niej. Słusznie zauważył to już na łamach „Rzeczpospolitej” Maciej Miłosz.

Redzikowo stanowi element amerykańskiej tarczy antybalistycznej Aegis Ashore i położony jest niecałe 60 km w linii prostej od planowanej lokalizacji elektrowni. Służy do zwalczania rakiet balistycznych poza atmosferą, na wczesnej fazie trajektorii – ale tylko w przypadku ataków o ograniczonej intensywności. Przed zmasowanym uderzeniem nuklearnym nikogo nie uratuje.

Systemy obrony przeciwrakietowej THAAD i Aegis

Systemy obrony przeciwrakietowej THAAD i Aegis

Foto: Infografika PAP

Jako instalacja nastawiona na rakiety dalekiego i tzw. pośredniego zasięgu, Redzikowo przyda się przeciw ewentualnemu atakowi rosyjskim pociskiem balistycznym takim jak Oriesznik (zasięg ok. 5–5,5 tys. km, użyty dwukrotnie na Ukrainie), a nie temu, co Rosja może odpalić z obszaru Królewca. Rozmieszczone tam Iskandery to rakiety krótkiego zasięgu (500 km), zwalczane przez systemy takie jak Patrioty PAC-3 MSE. Rosjanie mają tam też Kalibry na okrętach (zasięg 1500 km) – ale to pociski manewrujące. Ich Redzikowo też nie przechwyci. W rezultacie amerykańska baza chroni Gdynię czy Gdańsk równie dobrze, co nowy port. Ba, jej zadaniem jest obrona całej Europy – przed zagrożeniami z obszarów od Rosji po Bliski Wschód, zwłaszcza z Iranu. Przypomnijmy: właśnie obroną przed irańskimi rakietami tłumaczono budowę elementów tego systemu w Polsce, Rumunii i Turcji.

Najlepszą obroną Trójmiasta jest geografia. Ani Gdynia, ani Gdańsk nie mieszczą się w zasięgu lufowej artylerii rosyjskiej rozlokowanej w granicach Królewca.

Oczywiście, możliwe, że Kaczyński miał na myśli lokalną obronę przeciwlotniczą: np. Patrioty rozlokowane wokół Redzikowa czy elektrowni. Te mają jednak zasięg 160 km. A zatem zarówno Gdynia, jak i Gdańsk również znalazłyby się pod ich ochronnym parasolem. Z kolei rozmieszczenie Patriotów wokół Trójmiasta dałoby równocześnie ochronę elektrowni jądrowej i bazie w Redzikowie.

Reklama
Reklama

Reasumując ten wątek: lokalizacja przy Redzikowie nie czyni Portu Haller bezpieczniejszym od portów Trójmiasta.

Czy Królewiec naprawdę zagraża Polsce?

Wracając do Królewca i nieszczęsnych haubic dalekiego zasięgu – tu politycy PiS nie mają racji. Najlepszą obroną Trójmiasta jest geografia. Ani Gdynia, ani Gdańsk nie mieszczą się w zasięgu lufowej artylerii rosyjskiej rozlokowanej w granicach Królewca.

Od najbliższych granic na Mierzei Wiślanej dzieli je około 70 km w linii prostej. Tam jednak Rosjanie nie mają wielkich szans na skuteczne rozmieszczenie ciężkich systemów. Byłyby zbyt łatwe do zniszczenia. To odsuwa realne stanowiska ogniowe w głąb obwodu, na dystans około 140 km od Trójmiasta. A przecież Rosjanie nie mogliby strzelać z samej granicy, tylko z pewnego oddalenia od niej. Dystans do Gdańska rośnie wówczas do 170–180 km. Dziś nikt na świecie nie ma dział o takim zasięgu. Tym bardziej Rosja.

Czytaj więcej

Rosjanie komentują słowa gen. Skrzypczaka o Kaliningradzie

Weźmy konkrety, bo chwytliwe hasło o „haubicach dalekiego zasięgu” wymaga sprawdzenia i krótkich wyjaśnień. Po pierwsze, coś takiego jak haubica dalekiego zasięgu nie istnieje. Po drugie, rosyjskie systemy 2S7 Pion (kal. 203 mm) czy 2S35 Koalicja-SW (152 mm) osiągają (teoretycznie) maksimum 50–80 km zasięgu – ale tylko z zaawansowanymi pociskami kierowanymi (np. Krasnopol). Przy zastosowaniu specjalnej amunicji Pion ma zasięg poniżej 50 km, a Koalicja ok. 40 km. A co, gdy stosowana jest standardowa amunicja? Koalicja może strzelać już tylko na odległości do 25–30 km, a Pion – na niewiele większą odległość. Na Ukrainie te systemy rzadko osiągały zasięg przekraczający 35–40 km, stając się za to łatwym łupem dla kontruderzeń Ukraińców.

Polskie porty nie mieszczą się nawet w zasięgu rosyjskiej artylerii rakietowej, jak Tornado-S (120 km). Za to cały Królewiec znalazł się już w zasięgu polskiej artylerii rakietowej: Homarów-K z 16. Dywizji Zmechanizowanej, z pociskami GMLRS (80 km) i ATACMS/PrSM (290 km). Cały obwód – od Bałtijska po Czerniachowsk – jest dziś na celowniku.

Reklama
Reklama

Oczywiście, Rosjanie mają innego asa w rękawie: Iskandery (500 km) i Kalibry (1500–2500 km). To realne zagrożenie.

W ich zasięgu są jednak nie tylko Gdynia i Gdańsk oraz lokalizacja planowanego nowego portu czy Redzikowo. Ale także Warszawa, odległa od Królewca w linii prostej o nieco ponad 400 km, a w przypadku Kalibrów praktycznie dowolny punkt na mapie Polski. Podobnie jak Praga (około 670 km) i Budapeszt (około 800 km).

To groźna broń – Ukrainie, nawet z wykorzystaniem amerykańskich Patriotów, udaje się obecnie strącać tylko jednego na cztery wystrzelone przez Rosjan Iskandery i dwa na trzy wystrzelone Kalibry. W polskim kontekście, z pełną tarczą NATO i z wykorzystaniem nowych F-35, te proporcje byłyby zapewne nieco lepsze – ale ryzyko pozostaje realne. Na szczęście istnieje prosty sposób neutralizacji tego zagrożenia, o którym planiści z NATO coraz śmielej mówią.

Dlaczego to Rosjanie muszą dziś martwić się o Królewiec?

To powód, dla którego osobiście nie martwiłbym się tak bardzo o już istniejące porty. W każdym razie, jeśli chodzi o zagrożenie, jakie stwarza dla nich rosyjska eksklawa. Nadal uważam, że obecnie siła rosyjskiego „Królewca” jest przeceniana i wyolbrzymiana przez polskich polityków i większość mediów. Nawet biorąc pod uwagę niebezpieczeństwo, jakie stwarzają wspomniane wcześniej systemy rakietowe.

Wyrzutnia rakiet Iskander-M

Wyrzutnia rakiet Iskander-M

Foto: PAP

Reklama
Reklama

Moim zdaniem dziś możemy być niemal pewni, że w przypadku ewentualnej rosyjskiej agresji na Polskę (lub każdy inny kraj NATO) Królewiec będzie dla Rosji stracony. I to szybciej niż się powszechnie uważa. Co ważne, Rosjanie – a przynajmniej ta ich część, która zajmuje się nie propagandą, ale poważnymi analizami – także o tym wiedzą.

Od dłuższego już czasu wspólnie z sojusznikami Polska buduje konsekwentnie potencjał, który pozwoli zneutralizować siły rosyjskie w obwodzie królewieckim. I to już w pierwszych dniach, o ile nie godzinach, ewentualnej wojny. Pisałem o tym na łamach „Rzeczpospolitej” w 2024 roku. Obecnie taki pogląd coraz częściej formułowany jest także przez osoby, które z pewnością mają na ten temat znacznie większą wiedzę niż moja. Mówił o tym m.in. były dowódca amerykańskich wojsk lądowych w Europie gen. Ben Hodges, stwierdzając, że „jeśli Putin zaatakuje Polskę, Kaliningrad zniknie z mapy w kilka godzin”. Podobnego zdania są także polscy oficerowie, z którymi kilka razy miałem przyjemność o tym rozmawiać. Choć pogląd taki wyrażają raczej nieoficjalnie.

Królewiec ma oczywiście istotną infrastrukturę obronną (baza Floty Bałtyckiej, systemy S-400, Bastion, Iskander-M – z których część, o czym warto pamiętać, trafiła jednak na Ukrainę). Jest też 11. Korpus Armijny. To jednak obecnie korpus bardziej z nazwy, jego siły oceniane są na nieco ponad 10 tys. żołnierzy i ok. 200–300 czołgów. Więc pełne „zajęcie” obwodu trwałoby zapewne dłużej niż „godziny”. Pierwotne plany NATO zakładały zresztą, że trwałoby to od kilku dni do nieco ponad tygodnia. Jednak sparaliżowanie zdolności rozmieszczonych tam sił rosyjskich do prowadzenia działań ofensywnych (w tym ostrzałów rakietowych) nastąpiłoby w ciągu pierwszych 24–72 godzin konfliktu. NATO zwyczajnie nie miałoby innego wyjścia. Musiałoby szybko i skutecznie wyłączyć rosyjski obwód z wojny.

Zagrożenie ze strony wyrzutni rozlokowanych w rosyjskiej eksklawie Iskanderów i okrętów uzbrojonych w Kalibry nie trwałoby zatem w tym przypadku zbyt długo. Co nie oznacza rzecz jasna, że zniknęłoby zagrożenie także z innych kierunków.

Czy Polska rozstrzela rosyjską Flotę Bałtycką?

W tym miejscu, dla jasności warto jednak dodać istotne zastrzeżenie. Nikt w Polsce ani w NATO nie ma dziś planów siłowego odbierania Królewca Rosji. Nie ma ku temu powodów. A sam Królewiec Polsce specjalnie do szczęścia potrzebny nie jest. Inaczej byłoby, gdyby to Rosja okazała się agresorem. I jest co najmniej kilka przyczyn, dla których jest to jak najbardziej realne.

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Program Orka i nowe fregaty. Nadchodzi duża zmiana w polskiej flocie

Po pierwsze, NATO ma dziś absolutną przewagę nad Rosją w powietrzu. A słynne rosyjskie przeciwlotnicze bańki antydostępowe i przewaga Rosji w tym zakresie nad Zachodem okazały się propagandowym mitem. Przekonują o tym doświadczenia z wojny na Ukrainie, ale także przebieg amerykańsko-izraelskich ataków na Iran (z oceną epizodu wenezuelskiego byłbym na razie ostrożny).

Po drugie, obwodu królewieckiego dotyczy ta sama słabość, którą mają państwa bałtyckie. Brak głębi operacyjnej. W przypadku rosyjskiej eksklawy problem ten jest nawet większy niż w przypadku Litwy, Łotwy czy Estonii. Od granic obwodu królewieckiego do morza jest raptem od 50 do maksymalnie 120 km. Dla Litwy jest to maksymalnie 280 km, a dla Estonii i Łotwy około 210 km. Skoro zatem brak takiej głębi jest problemem dla obrony państw bałtyckich, to tym bardziej będzie problemem dla broniących się w Królewcu Rosjan.

Po trzecie, wkrótce resztki poczucia spokoju straci też rosyjska Flota Bałtycka. I Polska będzie miała w to swój znaczący wkład. Stanie się tak za sprawą zmian w strukturze polskich sił rozmieszczonych na kierunku królewieckim. Nie chodzi mi przy tym wyłącznie o przeorganizowaną i mocno dozbrojoną w nowy sprzęt 16. Dywizję Zmechanizowaną, do której w pierwszej kolejności trafiają nowe czołgi K2 i polskie Borsuki (o tej niedocenianej przez polskie media dywizji pisałem m.in. w tekście: „Bursztynowe czołgi K2 na granicach obwodu królewieckiego”). Myślę także o możliwościach, które w zakresie blokowania rosyjskiej Floty Bałtyckiej otrzyma wkrótce Polska Marynarka Wojenna.

Nie chodzi przy tym bynajmniej ani o okręty podwodne z programu Orka, ani fregaty budowane w programie Miecznik, ale o formowaną od ubiegłego roku nową Brygadę Rakietową Marynarki Wojennej, która będzie mogła w krótkim czasie odpalić w kierunku rosyjskiej floty nawet 144 rakiety przeciwokrętowe.

Reklama
Reklama

Jeśli dodamy do tego zdolności, jakie zyskała polska artyleria rakietowa dzięki zakupom w Korei Południowej i USA oraz mające wejść na wyposażenie polskiej armii śmigłowce Apache, sytuacja staje się jasna. Rosjanom rozlokowanym w eksklawie zdecydowanie nie ma czego pozazdrościć.

Publicystyka
Janusz Lewandowski: Nowy rozdział dziejów polskiej głupoty
Publicystyka
Piotr Madajczyk: Wysiedlenia znów rozpalają emocje. Niemiecko-polski powrót do przeszłości
Publicystyka
Jan Zielonka: Z kim trzyma Donald Trump? Czy jest w cichym sojuszu z Rosją Putina?
Publicystyka
Marcin Ociepa: Co zrobić, by uczynić polską dyplomację silną? Osiem zadań dla MSZ
Publicystyka
Jacek Nizinkiewicz: Zgody Karola Nawrockiego z Donaldem Tuskiem nie ma. Ale jedna osoba może ich pogodzić
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama