Po raz kolejny przykuł też uwagę społeczeństw Zachodu skalą i wyjątkowością zamachu. Teraz już każdy wie, że żadna z masakr w Ameryce nie była tak krwawa jak ta, której w niedzielę na Florydzie dokonał Omar Mateen. Człowiek, który nie mógł znieść widoku całujących się homoseksualistów.
Zamachy terrorystów islamskich mają wpływ na politykę Zachodu i na zachowanie społeczeństw. Dotąd efekt nie był długotrwały – w Paryżu, zaatakowanym ponad pół roku temu, znowu toczy się beztroskie życie, a partia budująca popularność na strachu przed islamem zgodnie z sondażami wciąż nie ma szans na zdobycie władzy.
W USA może być inaczej. Bo do zamachu doszło kilka miesięcy przed wzbudzającymi wyjątkowe emocje wyborami prezydenckimi. Już sam temat masakr i związanego z nim dostępu do broni ma wielką moc polityczną. A tej największej dokonał zwolennik dżihadu (co tę moc zwielokrotnia), biorąc na celownik mniejszość seksualną (kolejne zwielokrotnienie). Zbrodnia Omara Mateena urasta do rangi czynnika decydującego w wynikach wyborczych.
Doskonale wyczuł to Donald Trump, który zamach w Orlando próbuje przedstawić jako uzasadnienie swojego pomysłu zakazu wjazdu dla muzułmanów do Ameryki. W wizji Trumpa Barack Obama i kandydatka na jego następcę Hillary Clinton to mięczaki, którzy ignorują islamskie zagrożenie. I w związku z tym nie nadają się do przewodzenia Ameryce. Obama próbuje temu zaprzeczyć i zapowiada „działania przeciwko tym, którzy nam grożą", przeciwstawiając się jednocześnie atakom na amerykańskich muzułmanów.
Kraje Zachodu, w których żyje wielu muzułmanów, mają ten sam problem: z jednej strony terroryści i sympatycy terroryzmu islamskiego to zdecydowana mniejszość, ale z drugiej znaczną większość zamachów na Zachodzie przeprowadzają muzułmanie. Wynik wyborów prezydenckich w USA zależy od tego, który z tych dwóch faktów okaże się dla wyborców ważniejszy.