Redaktor naczelny niegdyś poważnego (i poważanego) tygodnika „Newsweek” tłumaczy, że w ten sposób nazywa „politykę, która nie pozwala od siebie odpocząć na moment”. Zdaniem Lisa od rana do nocy jesteśmy bombardowani kolejnymi działaniami PiS, które wprawdzie dostarczają tematów dla telewizji informacyjnych, ale męczą przeciętnego człowieka. Stąd spadek partii rządzącej w sondażach.

Otóż pozwolę sobie zgodzić się i nie zgodzić się równocześnie z opinią znanego publicysty. Zgadzam się więc, że natłok kolejnych sensacyjnych informacji o działalności obecnej władzy szkodzi jej i obniża jej notowania w społeczeństwie. Ale chciałbym też zwrócić uwagę na pewien mechanizm.

Otóż ulubionym chwytem publicystów i kierownictwa „Gazety Wyborczej” jest przekazywanie swoich katastroficznych wizji na temat sytuacji w Polsce zachodnim dziennikarzom. Dziennikarze ci piszą potem w zachodnich mediach to, co usłyszeli na Czerskiej. A „Gazeta Wyborcza” cytuje ich teksty, strasząc swoich czytelników: zobaczcie co piszą na świecie o Polsce, przeczytajcie, co na Zachodzie myślą o polskim rządzie!

Podobny mechanizm dotyczy owej „wysokooktanowej polityki”. Otóż „wysokooktanowa” nie jest działalność PiS, ale nadmiernie energetyczne paliwo leją do swoich baków „Gazeta Wyborcza”, TVN i „Newsweek”. To te media – z pomocą kilku mniej wpływowych – prowadzą „wysokooktanową politykę informacyjną”, obficie korzystając z mechanizmów działania post-prawdy i nadymając mało znaczące fakty do rangi poważnych wydarzeń. Mało tego: wszystkie owe wydarzenia interpretują w tonie antyrządowym. Warto zresztą przyznać, że wcześniej w tym specjalizował się PiS (słynna „wina Tuska”, którego obciążano wszystkimi niepowodzeniami).
Przykłady? Mnóstwo.

Na pewno nie należy do nich „akcja Saryusz-Wolski za Tuska” w Brukseli – w tej sprawie polski rząd zachował się rzeczywiście ponadstandardowo i wywołał jeśli nie wzburzenie, co zaskoczenie w całej Unii Europejskiej (spotkałem ostatnio w Szwecji emigranta ze Słowacji, który długo dopytywał się, o co chodzi z tym Tuskiem). Ale już na przykład kwestia ustawy pozwalającej na wycinkę drzew to była sprawa wyjątkowo dęta, nie warta takiej histerii, z jaką się spotkała. Nagle okazało się, że każde drzewo, które wycina się w Polsce, i każda martwa wiewiórka, to ofiara ministra Szyszki.
Warto zresztą zauważyć, te same media, które na co dzień walczą jak lwy o wolność działania dla biznesu i prawo do swobodnego dysponowania własnością tym razem z równym zaangażowaniem wszczęły walkę przeciw tym wartościom. Domyślam się, że gdyby w ustawie znalazły się ograniczenia wycinki drzew, to związane z opozycją pisma i stacje telewizyjne podniosłyby takie same larum, jak obecnie.

Kolejny przypadek? Wypadki rządowych limuzyn.  Zdarzały się również za poprzednich rządów, ale wtedy media nie tropiły z taką zaciekłością każdej stłuczki, więc o nich nie wiedzieliśmy. Ale nawet jeśli obecnie zdarzyło się więcej takich przypadków, to czynienie z nich problemu rangi państwowej jest absurdem. Mało tego – owe wypadki próbuje się przedstawiać jako efekt arogancji obecnej władzy. Co jest wobec członków rządu, którym udało się uniknąć śmierci w wypadku, postępowaniem obrzydliwym ale używanym nie po raz pierwszy: wcześniej próbowano tego samego po katastrofie smoleńskiej, gdy - pod hasłem „ląduj, dziadu!” - usiłowano obwiniać prezydenta Lecha Kaczyńskiego o doprowadzenie do tragedii.

Reasumując: to „Wyborcza”, „Newsweek” i TVN24 leją wysokooktanowe paliwo do swoich mediów, a potem oburzają się, że polityka wydaje się być tak pełna emocji. To oni nie dają nam odpocząć od swoich obsesji i histerii.