Zarzut molestowania seksualnego pani Moniki (imię zmienione) przez biskupa Jana Szkodonia pojawił się na początku 2020 roku. W lutym na łamach „Dużego Formatu” – weekendowego dodatku do „Gazety Wyborczej” – ukazał się obszerny artykuł Marcina Wójcika. Wedle relacji bohaterki biskup, przyjaciel rodziny, molestował ją seksualnie przed 20 laty – kobieta miała wówczas lat 15. W czasie spotkań sam na sam biskup miał wsuwać ręce pod jej koszulę oraz między uda. Po latach – w połowie 2019 r. – kobieta zawiadomiła prokuraturę. Biegli potwierdzili autentyczność jej zeznań, ale sprawa została umorzona z powodu przedawnienia się czynów.

Również w 2019 r. o sprawie zawiadomiona została Nuncjatura Apostolska. Nuncjusz spotkał się z panią Moniką, wysłuchał biskupa i powiadomił Watykan. Ten nakazał wszczęcie postępowania, a biskup Szkodoń do czasu jego zakończenia miał przebywać poza terytorium archidiecezji krakowskiej. Sprawa została powierzona do wyjaśnienia bp. Ryszardowi Kasynie z Pelplina.

Tymczasem od ub. tygodnia wśród księży archidiecezji krakowskiej oraz dziennikarzy (wiadomość dostał m.in. reporter „Rzeczpospolitej”) kolportowany jest SMS o takiej treści (pisownia oryginalna): „JMJ. Dziele sie radoscia. 23 kwietnia 2021 r., w Uroczystosc Sw. Wojciecha BM, Ks. Bp Jan Szkodon otrzymal od Bpa R. Kasyny w Pelplinie dokument z Watykanu: zarzuty stawiane Biskupowi sa niesluszne i bezzasadne. BOGU NIECH BEDA DZIEKI. JEZUS ZWYCIEZYL. Ks. Bp dziekuje za modlitwy!". Wiadomość podpisana jest przez jednego z księży archidiecezji, emeryta, byłego proboszcza jednej z krakowskich parafii.

W czwartek do wiadomości publicznej jej treść podał na swoim blogu oraz na Facebooku ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, dodając, że wedle jego wiedzy hierarcha przebywa w domu dla księży emerytów na terenie archidiecezji krakowskiej. Rzeczywiście odnaleźli go tam dziennikarze portalu Onet, ale o tym za moment.
Rzecznik krakowskiej kurii, odpowiadając na pytania dziennikarzy – w tym „Rzeczpospolitej” – o sprawę biskupa odpowiada niezmiennie: „Kuria Krakowska nie otrzymała informacji o prawomocnym wyroku w sprawie Bp Jana Szkodonia. Wszelkie decyzje w tej sprawie podejmuje Stolica Apostolska, która jest równocześnie jedynym źródłem informacji na ten temat”. Nuncjatura jednak milczy.

„Rzeczpospolitej” udało się za to skontaktować z kurią w Pelplinie, bo to ordynariusz pelpliński bp. Ryszard Kasyna z polecenia Watykanu prowadził postępowanie wyjaśniające. Od jego rzecznika dowiedzieliśmy się, że „wyrok w procesie karno-administracyjnym biskupa Jana Szkodonia nie jest jeszcze prawomocny”. Sam hierarcha w rozmowie z dziennikarzami Onet stwierdził zaś: „Jest wyrok, ale został on na razie zawieszony, nic więcej nie mogę powiedzieć. Obecnie przebywam w domu emerytów ze względu na stan zdrowia” - tłumaczył.

Z informacji „Rzeczpospolitej” wynika, że wyrok – wydany zresztą już kilka miesięcy temu - nie uniewinnia biskupa od oskarżenia, ani nie wskazuje też na jego winę. Nasz informator twierdzi, że zakończył się tzw. uwolnieniem od oskarżenia. Wydane niedawno przez Watykan „Vademecum dotyczące wybranych kwestii proceduralnych w zakresie postępowania w przypadkach nadużyć seksualnych…” stwierdza, że rozstrzygnięcie takie („non constat”) wydaje się „jeżeli nie jest możliwe uzyskanie moralnej pewności co do winy oskarżonego z uwagi na brak dowodów, ich niewystarczalność lub sprzeczność odnośnie do zaistnienia czynu, popełnienia go przez oskarżonego, lub uznania, że został on popełniony przez osobę niepoczytalną”. Innymi słowy: nie ma wystarczających dowodów, by stwierdzić niewinność, ale nie ma ich też do tego, by wskazać jednoznacznie winę. Dla oskarżonego o molestowanie biskupa takie rozstrzygnięcie nie może być satysfakcjonujące, bo jednak cień wątpliwości pozostaje...

„Wyrok nie jest jeszcze prawomocny” – stwierdza rzecznik kurii w Pelplinie. „Jest wyrok, ale został on na razie zawieszony” – mówi biskup Szkodoń. Co to oznacza, skoro wydano go jakiś czas temu? Że od jego treści się odwołano – złożono tzw. rekurs. Kodeks Prawa Kanonicznego stanowi, że prawo do jego wniesienia przysługuje z jednej strony promotorowi sprawiedliwości (ten jest w Rzymie, bo papiery z Pelplina powędrowały także tam), z drugiej zaś oskarżonemu. Wniesienie rekursu oznacza zaś, że wyrok do czasu ostatecznego rozstrzygnięcia (może to trwać wiele miesięcy) pozostaje zawieszony. Podobnie zresztą jak i ten, którego sprawa dotyczy.

Zatrzymajmy się jeszcze na kwestii ewentualnych kar, bo ten wątek w dyskusji także pojawić się musi. Wyrok uniewinniający oznacza, że danej osoby ukarać nie można. Trzeba zrobić wszystko, by przywrócić jej dobre imię. Wyrok skazujący – wiadomo. A co w sytuacji uwolnienia od oskarżenia? Tu sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Za czyn, którego dotyczyło oskarżenie karać nie można, bo nie stwierdzono winy. Ale także nie uniewinniono. Pozostał stan zawieszenia, nie ma moralnej pewności co od osoby oskarżanej… Wątpliwości nie są rozwiane. Dobre imię naruszone, autorytet odbudować trudno. Możliwości są dwie: albo sam zainteresowany uzna, że nie powinien dalej pełnić żadnej posługi i wycofa się z życia publicznego albo konieczne będzie wydanie w stosunku do niego decyzji administracyjnych (nieprawomocność wyroku każe przypuszczać, że biskup z jego treścią nie do końca się zgadza). Ich katalog jest całkiem spory: ograniczenie posługi – np. możliwość odprawiania mszy św. jedynie prywatnie; nakaz przebywania w określonym miejscu – np. w domu księży emerytów; zakaz noszenia insygniów biskupich, etc. To oczywiście sankcje najbardziej dotkliwe, ale są i mniej uciążliwe.

Decyzję co do tego co ostatecznie zrobić z tą sprawą podejmowała będzie Stolica Apostolska w porozumieniu z Nuncjaturą w Warszawie. I jest to dla nich dość ciężki orzech do zgryzienia zważywszy także na to, że pani Monika wniosła przeciwko biskupowi pozew cywilny. W sytuacji jego ewentualnej przegranej trudno byłoby wytłumaczyć fakt przywrócenia hierarchy do normalnej posługi w Kościele. Wydaje się zatem, że ten stan będzie trwał i wcale nie skończy się w grudniu wraz z odejściem biskupa na emeryturę. Chyba, że jako senior ostatecznie zaszyje się gdzieś, nie będzie nikomu wchodził w oczy i nikomu nie przyjdzie do głowy, by wysłać go do jakiejś parafii na wizytację czy bierzmowanie.