Straszna śnieżyca, może pan zasunąć dach?

Rafał Kapler:

Możemy zaraz nacisnąć czerwony guzik, ale poniżej zera dachu się nie rozsuwa.

Gratulujemy. Świetna konstrukcja w kraju, gdzie często jest mróz...

Rozumiem ironię, ale to nie jest problem. Dach jest taki, jak został zamówiony w 2007 roku. Zasuwamy pod koniec października i otwieramy na początku marca, gdy temperatura będzie powyżej zera. Jest w porządku – dzięki takiej konstrukcji, nie ma słupów w środku, które ograniczałyby widoczność z niektórych miejsc na trybunach. To się liczy.

OK., słupów nie ma. Policja nie ma też łączności na parkingu podziemnym i dlatego nie odbył się mecz Legii z Wisłą o Superpuchar...

Stadion ma komercyjny system łączności, który działa wszędzie. Jeden z operatorów zrobił go dla nas. Ale policja postawiła weto, o które impreza się rozbiła. Nie dyskutuję z policją – jeżeli nie są w stanie zabezpieczyć meczu podwyższonego ryzyka bez swojego radia, to meczu nie ma. Próbowaliśmy wyposażyć policję w inny system. Mieliśmy do niego 30 radiostacji. Powiedzieli, że potrzebują 300. Ściągnęliśmy wzmacniacz sygnału policyjnego. Nadal w garażach nie było wystarczającego zasięgu.

A gdzie nie mieli?

Na poziomie parkingu dla VIP-ów.

Pretekst ze strony mundurowych?

Powiem tak: odwołanie tego meczu było dla mnie największą porażką zawodową podczas pracy przy Stadionie Narodowym.

Może pan jest ofiarą swego optymizmu? Będziemy gotowi, za chwilę odpalimy...

Mam w szufladzie prezentację, którą robiłem dla UEFA w 2008 roku. Tam były terminy wybudowania stadionów na Euro. Przy Narodowym była data: grudzień 2011. Trafiłem idealnie. UEFA bardzo naciskała, że arena musi być gotowa rok przed turniejem, czyli w czerwcu 2011. Minister Mirosław Drzewiecki też się pod tym podpisał, a my się zgodziliśmy. To było niepotrzebne, UEFA i tak dopiero teraz instaluje się na stadionie, żeby szykować czerwcowy turniej.

My się zgodziliśmy, czyli kto? Pan, Drzewiecki?

Biorę na siebie. My, czyli NCS.

Czyli nie było tak, że Drzewiecki stał z karabinem i wywierał presję?

Nie, z karabinem stał tylko nad jedną sprawą, którą zresztą mu odradzałem. W kwietniu 2009  roku pojechałem na krótki urlop, zadowolony z tego, że udało się rozstrzygnąć przetarg na wykonawcę stadionu.

Drzewiecki zadzwonił i miał pretensję, dlaczego jeszcze nie jest podpisana umowa z Alpine Bau, które wygrało konkurs. Tłumaczyłem, że nie są gotowi, nie mają podwykonawców i potrzebują czasu, by się rozpędzić. Przekonywałem, że dla nas jest lepiej, jeśli 24-miesięczny termin na budowę zacznie biec później. Minister nie dał się przekonać. 4 maja podpisaliśmy umowę. Potem przez trzy miesiące na budowie niewiele się działo, bo Alpine nie mogła ruszyć z bloków.

Były bardzo ostre spory z wykonawcą. To był dobry wybór?

Architekci mówią, że niektóre firmy mają  lepszych prawników niż budowlańców. Dali cenę o 300 milionów niższą niż kosztorys, więc od początku byłem przygotowany, że będą szukać tych 300 milionów.

Inaczej. Czy, gdyby był pan w prywatnej firmie, wybrałby pan tego wykonawcę?

Na pewno bym negocjował co najmniej z dwoma. Być może wybrałbym Polaquę, która rozbierała Stadion Dziesięciolecia. Zrobili to świetnie, przed czasem, byli rozpędzeni i znali tu każdy kamień. W przetargu publicznym decyduje cena – w tym przypadku 37 milionów. Przy takiej inwestycji to grosze. Ciekawe było to, że inni potencjalni wykonawcy zadawali po 800 pytań dotyczących projektu! Alpine nie miała żadnego podwykonawcy, nie zadała żadnego pytania. Wygrała ceną.

Może stadion i autostrady to nauczka, że cena nie powinna być jedynym kryterium?

Nie powinna decydować jedynie cena. W prywatnym biznesie zaprosiłbym prezesa Polaquy, poprosiłbym o zbicie ceny o 40 milionów. Jego ludzie już byli na budowie. Pod rządami ustawy o zamówieniach tak zrobić nie można. Nie ma dyskusji o umowie, zakresie prac, cenie. Zero elastyczności. Nie możesz w jednym miejscu przycisnąć inwestora, w innym mu odpuścić. W relacjach między stronami zostają: roszczenia, przypieranie do muru, sądy.

Czy podwykonawcy dostali pieniądze za pracę przy budowie stadionu?

Niektórzy wciąż mają sporne należności. My się wywiązaliśmy z zobowiązań.

Skąd pan wie, że mają roszczenia?

Podwykonawcy przysyłają do nas pisma, w których o tym informują.

I czym to grozi?

Jeżeli nie dostaną pieniędzy, przyjdą w końcu do NCS z sądowymi nakazami zapłaty w ręku. Kodeks cywilny stawia nas, czyli inwestora oraz generalnego wykonawcę w roli małżeństwa...

I NCS będzie płaciło?

W najgorszym wypadku sięgnie po bankową gwarancję generalnego podwykonawcy, która wynosi 152 mln i popłaci podwykonawcom. Minus operacji jest taki, że NCS musiałoby wtedy podpisywać indywidualnie z każdym podwykonawcą umowy o serwisowaniu konkretnych sprzętów na stadionie do czasu Euro. W obowiązującej umowie taki serwis mamy zapewniony. Płacić za niego ma generalny wykonawca. Zresztą przeboje były do samego końca budowy, a właściwie już po przekazaniu odbioru końcowego. Dwa miesiące temu Alpine chciała, żeby wypłacić im 400 milionów złotych dodatkowo. I dopiero wtedy zrobią płytę boiska. Na szczęście Jerzy Wiśniewski i jego firma PBG wzięli sprawę na siebie.

Po co nam ten gigantyczny stadion? Za pięć lat będzie tu bazar, nie da się tego utrzymać...

W sali obok siedzi Noel Jeffs, który był przez 30 lat menedżerem Wembley. Pomaga teraz nam. Wiecie, co on mówi? Że to jest najlepszy stadion na świecie. Klienci z branży muzycznej i wystawowej też nie mogą się nachwalić możliwościami tego obiektu.

Stadion jak stadion...

Stadion nie jest słowem, które oddaje to, co tutaj mamy. To wszystko ma powierzchnię trzech Galerii Mokotów, 39 wind, 31 schodów ruchomych, powierzchnia biurowa do wynajęcia jak w 10-piętrowym biurowcu, centrum konferencyjne na 16 tysięcy metrów, klub fitness, wielki parking, myjnia, restauracja...

No właśnie, gigant, w którym będziemy topić pieniądze.

Nie macie racji. Zrobiliśmy biznesplan, licząc bardzo konserwatywnie, i sprawa wygląda obiecująco. Oczywiście wszystko zależy od tego, jaki model biznesowy wybierze właściciel, czyli państwo. Ale może być z tego zysk.

Przy ostrożnym liczeniu nawet 10 milionów rocznie już w najbliższych latach. Loże sprzedawane na rok za 400 tysięcy złotych mają wzięcie. Długoterminowa umowa z firmą gastronomiczną już zawarta. Mnóstwo imprez korporacyjnych już się odbywa. Wynegocjowana jest długoletnia umowa z firmą, która chce zostać tytularnym sponsorem stadionu. Plusem jest płyta  stadionu. Murawa będzie rozkładana w panelach 2,5 na 2,5 metra. Można ją ściągnąć w osiem godzin i np. po koncercie położyć ponownie. To ma ogromne znaczenie.

Dlaczego?

Zabezpieczenie boiska i położenie nowej trawy kosztuje 1,5 mln złotych. I na tyle właściciele innych stadionów muszą dodatkowo kasować organizatora koncertu. Nam ten koszt w większości odpadnie.

Jakbyśmy chcieli wynająć sobie na urodziny, to ile pan od nas weźmie?

Sporo więcej niż od organizatora koncertu, bo zarobimy, gdzie indziej, choćby na części marży od sprzedaży piwa, jedzenia i na lożach.

Skoro wszystko jest takie świetne, to dlaczego pan odchodzi?

Projektowi potrzebny jest spokój, a wokół mnie zrobiono gigantyczne zamieszanie.

Finansowa odprawa osłodzi życie...

Jestem zażenowany wiwisekcją moich zarobków. Pieniądze, o których mówią politycy i dziennikarze, to nie jest żadna premia czy odprawa. Mirosław Drzewiecki, gdy rozmawialiśmy o zatrudnieniu mnie przy projekcie Euro, spytał, ile zarabiałem wtedy, czyli 4 lata temu. Zaproponował połowę. Ale też rozłożoną na dwa elementy. Pensja podstawowa – plus wynagrodzenie dodatkowe.

Dlaczego tak?

Drzewiecki uważał, że tak będzie lepiej, także bardziej znośnie z punktu widzenia opinii społecznej. Pracowałem wtedy w spółce PL 2012, która zajmowała się organizowaniem  Euro. Rezygnując z pracy tam i przechodząc do NCS, zrezygnowałem z premii...

... wielkopański gest...

Miałem perspektywę pracy jako szef NCS i kierowania budową Narodowego, a później zarządzania stadionem. Przyszedłem tu i w pewnym momencie  przez 10 miesięcy pracowałem bez żadnego wynagrodzenia, za darmo. Nadeszły czasy następcy Drzewieckiego Adama Giersza. Zasada z umowy zaproponowanej przez Drzewieckiego została podtrzymana. Pensja i drugi element, czyli wynagrodzenie dodatkowe, po osiągnięciu pozwolenia na użytkowanie stadionu i po rozegraniu Euro. Zapis jest taki, że jeśli odchodzę to dostaję dodatkowe wynagrodzenie proporcjonalnie do przepracowanego czasu. To nie jest żadna nagroda premiera, tylko forma podziału wynagrodzenia.

Obie strony ją przyjęły. Cała ta dyskusja o pieniądzach jest wystarczającym argumentem, żeby stąd odejść.

Premier podaje w wątpliwość, czy pan powinien dostać te pieniądze.

Premier mówi, że umów się dotrzymuje. I że sprawdzi kontrakt. Dostaję mnóstwo SMS i e-maili ze wsparciem, dokładnie z jednym zdaniem – „pacta sunt servanda".

Nie ma pan pretensji, że Drzewiecki albo Giersz nie mówią teraz, jak było?

Nie każdy pamięta wszystkie fakty, uważam, że byli ministrowie zachowują dystans do sprawy.

Ale rozumie pan, że dla Kowalskiego te 570 tysięcy to jest niewyobrażalna kwota. Jest pan wrogiem publicznym numer 1.

Ale takie umowy zaproponowali mi ministrowie rządu. Przecież ja tego kontraktu sam ze sobą nie podpisywałem.