Już dziś możemy poznać ostateczny wyrok w procesie, jaki wytoczył panu Jacek Pszon po publikacji książki „Cena przetrwania? SB wobec Tygodnika Powszechnego” twierdząc, że naruszył pan jego dobra osobiste w postaci czci i dobrej pamięci o zmarłym ojcu – Mieczysławie Pszonie, redaktorze czasopisma. Wyrok raczej nie zmieni jednak stosunku dawnych redakcyjnych kolegów do pana i pańskiej książki. Już pan nie publikuje w „Tygodniku”?



Nie. To, jak zachowało się moje dawne środowisko po wydaniu tej książki zakończyło możliwość naszej współpracy. Bliscy mi kiedyś koledzy przyłączyli się do nagonki na mnie, choć do napisania o „Tygodniku” zachęcała mnie właśnie redakcja, w tym ksiądz Adam Boniecki i głównie dlatego podjąłem się tego zadania.



Krzysztof Kozłowski stwierdził, że napisał pan o kontaktach redaktorów gazety ze Służbą Bezpieczeństwa „z pozycji małego Ptysia” i zagroził, że tego panu „nie daruje”. Może miał powody?



Sądzę, że sam proces sądowy jest – obok medialnych ataków na mnie – formą realizacji tamtej zapowiedzi. To zabójcza dla wolności słowa w Polsce taktyka – zwalczanie niewygodnych poglądów za pomocą kodeksu cywilnego. Od dawna posługuje się nią np. środowisko „Gazety Wyborczej”. Już sam proces jest rzeczą dość przykrą, czasochłonną i bardzo kosztowną. Inspiratorzy tego i podobnych batalii mają, moim zdaniem, na celu tłumienie wolności badań naukowych i wolności słowa.



Co najbardziej rozzłościło pana dawnych kolegów? Nie nazwał pan przecież Mieczysława Pszona czy Marka Skwarnickiego agentami SB, choć ich kontakty z funkcjonariuszami tej służby za pewną formę współpracy można uznać.



Kluczowe okazało się to, że ktoś ośmielił się zakwestionować jedynie słuszną wykładnię historii „Tygodnika”, podważyć rodzaj mitu założycielskiego III RP, wykreowanego przez samych zainteresowanych, czyli redaktorów czasopisma. Wcześniej nie było niezależnych badań dziejów „Tygodnika”, konfrontacji z dokumentami z tamtych czasów, a lansowano jedynie jego „złotą legendę”, polegającą na tym, że to środowisko stanowiło cały czas jednoznaczną opozycję wobec ustroju, no i – rzecz jasna – nie miało żadnych konszachtów z SB. Skoro autor książki stara się dociec prawdy i czasem formułuje tezy sprzeczne z obowiązującą legendą, w ocenie tego środowiska popełnia świętokradztwo. Stąd oburzenie „żywych pomników” i wiele ataków na mnie w prasie. Niektórzy autorzy negatywnych recenzji, nawet zresztą książki, nie przeczytali przed publikacją swojej krytyki.



Spotkało pana jednak także uznanie za tę publikację naukową. Wiele osób wzięło pana w obronę, a na kolejne rozprawy do sądu wciąż przychodzą dziesiątki pańskich sympatyków. Czy to ma dla pana znaczenie?



Oczywiście i jestem wdzięczny wszystkim, którzy mnie od początku wspierają. To ważne, zwłaszcza że nawet po wyroku spory z pewnością nie ustaną. Historia, szczególnie najnowsza, nadal je budzi i to historycy, a nie prawnicy, powinni oceny jej dotyczące formułować. Mamy prawo się różnić.



Czy takie doświadczenia mogą pana zniechęcić do zajęcia się innym kontrowersyjnym tematem? Będzie pan przecież pamiętać sądowe rozprawy i może uznać, że „lepiej się więcej nie narażać”.



Nie sądzę, nie mam z tym problemu. Potrafię sobie jednak wyobrazić, że taka batalia może zniechęcić – zwłaszcza młodego historyka czy dziennikarza – do podobnych publikacji. Nikt nie lubi sądowych procesów ani nagonki, której staje się przedmiotem. Dlatego wielu zastanowi się trzy razy, zanim zabierze się za pisanie książki, która może naruszyć interesy wpływowego lobby.



Czy na reakcję pańskich dawnych kolegów z „Wyborczej” i „Tygodnika Powszechnego” nie wpłynął fakt, że dziś pracuje pan w Instytucie Pamięci Narodowej? Działalność tej instytucji od dawna budzi kontrowersje.

Nie wydaje mi się, by było to szczególnie istotne. Kluczowe jest to, że pewne środowisko, uznane za ikonę współczesnej Polski, rości sobie prawo do tego, żeby być poza krytyką. A posłuszni mu dziennikarze biegną, jak kiedyś powiedział klasyk, „na pomoc zwycięzcom”. Oni uważają, że istnieje jedynie słuszna wykładnia najnowszej historii. To próba jej podważenia wywołała tak gwałtowną reakcję.