52-letni dziś Trinh Xuan Thanh był szefem jednej ze spółek państwowego giganta naftowego PetroVietnam i obiecującym posłem partii komunistycznej w parlamencie (innej tam zresztą nie ma), przedstawicielem frakcji prozachodnich reformatorów.
Teraz jest głównym bohaterem procesów antykorupcyjnych w swojej ojczyźnie.
Już w poniedziałek został skazany na dożywocie (podobnie jak inny były szef koncernu petrochemicznego) - co, jak pisał największy miejscowy portal VnExpress, jest najwyższą karą dla prominentów za korupcję. Niektóre media zachodnie, np. Deutsche Welle, sugerują jednak, że w przeszłości zapadały już nawet wyroki śmierci wobec partyjnych i rządowych vipów.
W środę Trinh Xuan Thanh znowu pojawił się w otoczeniu wielu strażników w sądzie w Hanoi, tym razem grozi mu - jak podają media niemieckie - kara śmierci. Wyrok ma być - podobnie jak poprzedni - ogłoszony szybko, w lutym.
W obu sprawach chodzi o łapówki i sprzeniewierzenie dużych sum pieniędzy. Tym razem o równowartość 500 tys. dolarów, które oskarżony miał przejąć w związku z realizacją projektu budowlanego.
Trinh Xuan Thanh już parę lat temu przeczuwał, że stanie się bohaterem walki komunistycznych władz z korupcją we własnych szeregach. I wyjechał do Niemiec, gdzie mieszkał już tuż po upadku muru berlińskiego.
Wietnamczyk starał się w Niemczech o azyl. I nagle, pod koniec lipca 2017 roku, zniknął. Władze niemieckie powiedziały wprost: został uprowadzony przez agentów wietnamskich służb specjalnych, brali w tym udział także pracownicy ambasady Wietnamu.
Komunistyczne władze twierdzą, że to oszczerstwo i zapewniają, że Trinh Xuan Thanh sam oddał się w ręce wietnamskiego wymiaru sprawiedliwości. Sprawa doprowadziła do kryzysu w stosunkach między Berlinem i Hanoi.
Według dziennika "Süddeutsche Zeitung" ekipa wietnamskich agentów w drugiej połowie lipca zeszłego roku przyjechała do niemieckiej stolicy wynajętym w Pradze minibusem. Wraz z agentami z ambasady zorganizowali zasadzkę. Schwytali Trinh Xuan Thanha w biały dzień w centrum Berlina i wywieźli.