Korespondencja z Nowego Jorku

Jeszcze pół roku temu wyglądało to zupełnie inaczej. O nominację Partii Demokratycznej ubiegało się ponad 20 osób reprezentujących różne grupy demograficzne.

Oprócz tradycyjnych graczy w amerykańskiej polityce, czyli białoskórych mężczyzn, o poparcie wyborców walczyli Afroamerykanie, Amerykanin azjatyckiego pochodzenia, kandydaci z doświadczeniem w polityce i zupełni nowicjusze, kandydaci bijący rekordy wieku - w obie strony: najmłodsi i najstarsi. Oraz spora grupa kobiet.

Rewolucji nie będzie

Liczny udział kobiet zapowiadał kolejny – po Baracku Obamie, który był pierwszym czarnoskórym prezydentem Ameryki – przełom w historii wyborów prezydenckich w USA, szczególnie po tym jak w 2016 r. Hillary Clinton przełamała bariery, zdobywając nominację Partii Demokratycznej, po wyborach w 2018 r. rekordowa liczba kobiet zasiadła w Kongresie, a przewodniczącą Izby Reprezentantów została Nancy Pelosi.

Po superwtorku (3 marca) na polu walki w tegorocznych prawyborach demokratycznych zostało dwóch białych mężczyzn. Jeden z nich otrzyma nominację, a w listopadzie zmierzy się z urzędującym prezydentem Donaldem Trumpem.

Kolejnym prezydentem będzie białoskóry mężczyzna: albo socjalista, albo umiarkowany demokrata, albo konserwatysta.

Z demograficznego punktu widzenia rewolucji zatem nie będzie, oprócz tego, że bez względu na to, który wygra listopadowe wybory, zapisze się w historii Ameryki jako najstarszy prezydent obejmujący urząd.

Przeczytaj także: Bernie Sanders. Czy to nowy faworyt Kremla?

Autopromocja
FORUM ESG

Co warto wiedzieć o ESG? Jej znaczenie dla firm i gospodarki.

CZYTAJ WIĘCEJ

Ostatni tydzień obfitował w zwroty akcji na polu walki o nominację Partii Demokratycznej. Po superwtorku, w którym prawybory odbywały się w 14 stanach i Samoa Amerykańskim, na prowadzenie wyszedł były wiceprezydent Joe Biden.

Warren: Myliłam się

Kampania Bidena powstała niczym z popiołu, też dzięki temu, że z wyścigu o nominację po Karolinie Południowej wycofało się dwoje kandydatów centrum Pete Buttigieg oraz Amy Klobuchar. Zamykając drzwi swoich sztabów wyborczych, udzielili poparcia Bidenowi.

Po bardzo słabych wynikach we wtorkowym głosowaniu w ich ślady poszedł miliarder Michael Bloomberg, który zapowiedział, że będzie wspierał Joe Bidena.

W czwartek kampanię zawiesiła kandydatka skrzydła liberalnego senator Elizabeth Warren. Mimo że 51 proc. wyborców twierdzi, że nie ma nic przeciwko temu, żeby kobieta była prezydentem, i mimo że większość demokratów biorących udział w prawyborach to kobiety, Warren nie przebiła się na pierwsze miejsce w żadnym ze stanów głosujących do tej pory. Nawet w jej rodzinnym Massachusetts Biden i Sanders prześcignęli ją w liczbie głosów.

– Na początku kampanii ktoś mi powiedział, że są tylko dwie drogi w tych wyborach: progresywna, którą zajmuje Bernie Sanders, i umiarkowana – dla Joe Bidena, i że nie ma miejsca dla nikogo innego. Nie chciałam w to wierzyć, ale jak się okazuje, myliłam się – powiedziała w czwartek Warren. – Potrzeba jeszcze czasu, zanim udowodnimy, że kobiety są wyjątkowo wykwalifikowane do tego, żeby dowodzić Stanami Zjednoczonymi – dodała senator Kamala Harris, była kandydatka na prezydenta.

Bezpieczna opcja

W obecnym cyklu wyborczym najważniejszym aspektem dla demokratycznych wyborców jest „wybieralność” kandydata w starciu z kontrowersyjnym konserwatystą Donaldem Trumpem.

Bernie Sanders ma duże poparcie młodych wyborców, a jego socjalistyczna agenda wywindowała go do pozycji jednego z dwóch liderów w tegorocznych prawyborach. Nie ma jednak poparcia establishmentu Partii Demokratycznej, dla której jest zbyt progresywny.

Tutaj przewagę ma umiarkowany demokrata Joe Biden, z ponad 40-letnim doświadczeniem w Waszyngtonie.

– To bezpieczna opcja ideologicznie – mówią obserwatorzy.

Cel Bloomberga

Kredytu zaufania wyborcy nie dali nawet byłemu burmistrzowi Nowego Jorku, miliarderowi Michaelowi Bloombergowi, który postrzegany był jako alternatywa do Joe Bidena, w momencie, gdy były wiceprezydent zaczął spadać w sondażach.

Na kampanię wyborczą wydał ponad pół miliarda dolarów, w tysiącach reklam wyborczych atakował Donalda Trumpa, ale nie przekonał tym wyborców. To, że nie będzie go wśród kandydatów, nie oznacza, że wycofuje się z kampanii wyborczej.

– Nie otrzymam nominacji, ale nie porzucę najważniejszej walki politycznej w moim życiu – powiedział Bloomberg w środę. Celem tej walki jest pozbawienie Donalda Trumpa szansy na kolejne cztery lata w Białym Domu. Na razie nie wiadomo, czy cel ten będzie realizował przez kontynuowanie kampanii przeciwko obecnemu prezydentowi, czy poprzez wsparcie Joe Bidena, jak obiecał kilka tygodni temu.

Przed Bidenem i Sandersem intensywny miesiąc. Do 7 kwietnia głosowania odbywać się będą w 16 stanach i Portoryko. Niektóre to stany kluczowe, o dużej liczbie delegatów, jak np. Floryda (219), Illinois (155) czy Georgia (105). Po zwycięstwie w Karolinie Południowej, w której los jego kampanii zmienił się o 180 stopni, były wiceprezydent zebrał ponad 20 milionów dolarów.

To ogromny zastrzyk pieniędzy dla sztabu Bidena, który przed superwtorkiem nie mógł pozwolić sobie na działalność w niektórych ważnych stanach. Mając 75 delegatów więcej niż Bernie Sanders, pozycja Bidena nabiera mocy, ale potrzebuje 1991 do uzyskania nominacji, trzeba więc zdawać sobie sprawę z tego, że wszystko jeszcze może się zmienić.

Teraz sześć stanów

W najbliższy wtorek prawybory odbędą się w sześciu stanach, w tym w Michigan, gdzie do podziału jest 125 delegatów, Missouri z 68 delegatami i Waszyngtonie – 89. Wygrana w Michigan dla senatora Sandersa oznaczać będzie to co Karolina Południowa dla Joe Bidena. To stan, w którym wygrał w prawyborach w 2016 r., oraz stan, który odegrać może ważną rolę w ostatecznej rozgrywce. Michigan to obok Wisconsin i Pensylwanii jeden z tradycyjnie demokratycznych stanów, które w 2016 r. opowiedziały się za Donaldem Trumpem.

Zarówno dla Sandersa, jak i Bidena zwycięstwo w Michigan to kluczowy element ich drogi politycznej, też m.in. dlatego, że może nadać kierunek głosowaniom w niedalekim Ohio i Illinois.