„Solidarność" od początku podkreślała, że porozumienie z rządem w sprawie górnictwa to jej sukces. Teraz związkowcy idą za ciosem i stawiają gabinet Ewy Kopacz pod ścianą.

Liderzy trzech największych związków wspólnie żądają, by premier natychmiast rozpoczęła rozmowy o problemach pracowników innych branż, m.in. kolejarzy, nauczycieli, rolników czy pocztowców. Chcą też, by rząd wziął pod uwagę związkowe postulaty dotyczące m.in. wieku emerytalnego i umów śmieciowych. Jeśli nie, grożą wybuchem strajków w całym kraju.

Ultimatum związkowców krytykuje i PO, i PSL. – Termin nie jest przypadkowy – twierdzi Artur Dębski z PSL i sugeruje, że chodzi o tegoroczne wybory. – Swoje przywileje chcą stawiać ponad wiarygodność  państwa – oskarża.

Jan Guz z OPZZ oponuje: – Chcemy uprzedzić kampanię wyborczą, by politycy nie wykorzystywali niezadowolenia społecznego do swoich celów – przekonuje.

Wątpliwości co do terminu  protestów ma nawet senator Stanisław Kogut z PiS. – Każdy wybiera najlepszy moment. Oni wybrali taki, w którym rząd może ulec – przyznaje, ale zastrzega, że mogły być też inne argumenty.

Ultimatum nie podoba się pracodawcom. – Przymuszenie rządu do  negocjacji o wszystkim to potwierdzenie politycznych zamiarów szefa „Solidarności" Piotra Dudy, czyli doprowadzenia do strajku generalnego w roku wyborczym – ocenia Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP. – Po podpisaniu porozumienia rządu z górnikami Duda szuka innego pretekstu.

acw