Dwa plakaty wyborcze wiele mówią o atmosferze przed wtorkowym głosowaniem w Izraelu.  Na jednym jest portret Gadi Eisenkota, szefa największej partii opozycyjnej Jaszar, na tle izraelskiej flagi z banalnym podpisem: „Wraz z Eisenkotem na rzecz zjednoczenia Izraela”. Drugi podzielony jest na dwie części. Po prawej portret premiera Benjamina Netanjahu, a po lewej Eisenkot w towarzystwie liderów partii arabskich. Podpisu nie trzeba, wszyscy wiedzą, o co chodzi.

Ten komunikat premier powtarza do znudzenia, ostrzegając wyborców, że Eisenkota zamierza wprowadzić do rządu liderów partii Arabów palestyńskich.  

Czytaj więcej

USA przygotowują nowe uderzenie na Iran. CNN: operacja może ruszyć w 96 godzin

– Netanjahu nie ma nic do zaoferowania poza podgrzewaniem lęku przed dopuszczeniem do władzy arabskich obywateli Izraela – mówi „Rz” Avi Scharf z liberalnego dziennika „Haarec”.

Plakat wyborczy Benjamina Netanjahu - po prawej jego portert, po lewej Eisenkot w towarzystwie lider

Plakat wyborczy Benjamina Netanjahu - po prawej jego portert, po lewej Eisenkot w towarzystwie liderów partii arabskich

Foto: PAP

W tę strategię  wpisuje się gwałtowna reakcja premiera po piątkowym ataku Palestyńczyków z Hebronu na posterunek wojskowy. Położony na południe od Jerozolimy Hebron został natychmiast otoczony, mieszkańcy dzielnicy, z której pochodzili terroryści – wysiedleni, a ich domy błyskawicznie zburzone. 

O przyszłym izraelskim rządzie mogą przesądzić partie arabskie. Nawet, jeśli nie wejdą w jego skład

Izraelscy Arabowie są liczącą się siłą na scenie politycznej. Bez poparcia w Knesecie jednej z ich partii, Raam, nie mógłby powstać w 2021 r. rząd Naftali Bennetta. Tamten gabinet utrzymał się rok.

Po ataku Hamasu na Izrael 7 października 2023 r., perspektywa współpracy z ugrupowaniem arabskim działa mrożąco na żydowską większość w Izraelu. Nic dziwnego, że liderzy partii opozycyjnych ślubują wręcz, że z partiami arabskimi nie chcą mieć po wyborach nic wspólnego. 

Nie zmienia to faktu, że dwa ugrupowania reprezentujące 2,1 mln społeczność arabską Izraela – Wspólna Lista oraz partia Raam – mogą zadecydować o kształcie przyszłej koalicji. I to nawet w niej nie uczestnicząc. Z sondaży wynika, iż partie te mogą razem liczyć na 14 mandatów w nowym 120-osobowym Knesecie. Tymczasem ani koalicja wyborcza skupiona wokół partii Jaszar (Uczciwość) Eisenkota, ani partie obecnej koalicji rządowej pod przywództwem kierowanego przez Netanjahu Likudu, nie mają szans na zdobycie większości w parlamencie. Ostatnie sondaże dają obozowi Eisenkota 56 mandatów, a koalicji Netanjahu jedynie 50. Partie arabskie mogą stać się języczkiem u wagi. 

Czytaj więcej

Nieoficjalnie: Izrael próbował sprowokować Iran. Kilkadziesiąt samolotów przy granicy

Znacznie bardziej prawdopodobny jest jednak powyborczy pat polityczny, co może się wiązać z koniecznością przeprowadzenia kolejnych wyborów. I te mogą nie przynieść rozwiązania. Tak już było od wiosny 2019 r. do jesieni 2022 r. Dopiero po piątej z rzędu elekcji powstał skrajnie prawicowy rząd Netanjahu, który rządzi do dziś. Przeciętna długość trwania rządu w państwie żydowskim to zaledwie 1,2 roku.

Przetrwanie rządu Netanjahu do dziś nie świadczy o popularności premiera. – Utrzymuje się tak długo przy władzy jedynie z powodu trwających wojen. Wojnę w Gazie przedłużał, jak mógł, w obawie przed odpowiedzialnością za zaniedbania, w wyniku których Izrael dał się zaskoczyć Hamasowi. Nie dopuścił też do powstania państwowej  komisji do wyjaśnienia wszystkich okoliczności katastrofy 7 października – mówi Avi Scharf.

Netanjahu twierdzi dzisiaj, że nie został odpowiednio szybko obudzony rankiem pamiętnego dnia. Sugeruje, iż wtedy mógłby szybko opanować sytuację. 

Na kogo może liczyć Beniamin Netanjahu, który rządzi w Izraelu już prawie od 20 lat

Netanjahu rządzi z przerwami 19 lat, najdłużej w historii Izraela. Po wyborach może liczyć na współpracę ze swymi tradycyjnymi koalicjantami z dwu ugrupowań Żydów ortodoksyjnych: partii Szas oraz Zjednoczonego Judaizm Tory (UTJ). Stoją za nim murem także dwie partie ultraprawicowych nacjonalistów Otzma Jehudit (Żydowska Siła) i Itamara Ben Gewira, ministra bezpieczeństwa narodowego oraz Religijny Syjonizm Bacalelego Smotricza, ministra finansów. 

Dla żydowskich nacjonalistów koalicja z Likudem Netanjahu stanowi jedyną szansę uczestnictwa w rządach. Chcą oni rozbudowy osiedli żydowskich na ziemiach okupowanych, a nawet aneksji Zachodniego Brzegu czy części Strefy Gazy.

Dla partii Szas oraz  UTJ sojusz z Netanjahu gwarantuje zwolnienie ze służby w armii haredim, czyli ortodoksyjnych Żydów. I to w chwili, gdy siły zbrojne ślą apele o co najmniej kolejnych 12 tys. żołnierzy. Tymczasem 80 tys. haredim w wieku poborowym nie musi się obawiać powołań do wojska, mimo iż domaga się tego zdecydowana większość obywateli. Wie o tym Netanjahu, lecz nie może zrezygnować z poparcia liczącej półtora miliona osób społeczności ortodoksyjnych Żydów. 

Czytaj więcej

Atak na pokładzie samolotu flydubai. Drugi pilot z siekierą

Najpoważniejszym konkurentem obecnego premiera jest Gadi Eisenkot, były szef sztabu armii, który stracił syna oraz bratanka w wojnie w Gazie. W polityce jest zaledwie od czterech lat, lecz jego Jaszar notuje obecnie takie same poparcie jak Likud, rządzący Izraelem łącznie 38 lat. Z czego prawie połowę pod wodzą Netanjahu.  

Eisenkot uderza w słabe punkty Netanjahu, domagając się dochodzenia w sprawie zaniedbań, które poprzedziły atak z 7 października. Chce powołania haredim do armii. Zapowiada, że jako premier w okresie 18 miesięcy zakończy panowanie Hamasu w Gazie, także przy użyciu siły, jeżeli będzie potrzeba. Nie sprzeciwia się osadnictwu żydowskiemu na Zachodnim Brzegu, obiecując jedynie ograniczenie przemocy ze strony osadników. 

W skład obozu Eisenkota wchodzą trzy inne partie opozycji: ugrupowanie Razem byłych premierów Naftali Bennetta i Jair Lapida, centrowo-lewicowa partia Demokraci generała Jair Golana, oraz formacja Nasz Dom Izrael Avigdora Liebermana, wspierana przez wyborców wywodzących z byłego ZSRR, którzy sprzeciwiają się rosnącym wpływom religijnych ortodoksów. 

Wybory do Knesetu jak referendum w sprawie Beniamina Netanjahu 

Najważniejsza różnica pomiędzy dwoma obozami dotyczy osoby premiera Netanjahu. Chodzi o to, czy oskarżony w sprawach korupcyjnych premier, którego błędy polityczne przyczyniły się do katastrofy 7 października, ma moralne prawo do przywództwa. Wybory przypominają referendum w sprawie Netanjahu.

Jego wygrana oznacza prostą kontynuację obecnej polityki, bez perspektywy dyplomatycznego rozwiązania konfliktów. Sukces Eisenkota gwarantować może bardziej humanitarne podejście w sprawie Gazy czy Zachodniego Brzegu. Eisenkot nie będzie zapewne parł do kolejnej wojny z Iranem, pozostawiając tę sprawę Amerykanom. Chyba że Iran zdecyduje się na kontynuację programu atomowego. – W sumie po wyborach trudno się spodziewać wielkich zmian w  polityce Izraela – mówi „Rz” Peter Lintl, ekspert z berlińskiego think tanku Wissenschaft und Politik. 

Podobnie jak on, większość ekspertów jest zgodna, że w obu obozach występuje taka sama ocena reżimu w Iranie. Postrzegany jest jako egzystencjalne zagrożenie dla państwa żydowskiego. Oba obozy traktują Stany Zjednoczone jako najważniejszego sojusznika, przy czym sam Trump stawia na Netanjahu. Panuje też zgoda, że idea tzw. two states solution (pol. rozwiązanie dwupaństwowe), czyli powstania obok Izraela państwa palestyńskiego, jest martwa. Te sprawy są dla wszystkich tak oczywiste, że nie były nawet przedmiotem kampanii wyborczej.