Z tego artykułu dowiesz się:

  • Czego dotyczą zarzuty premiera Donalda Tuska wobec Przemysława Wiplera?
  • W jaki sposób kształtowały się relacje Wiplera z wpływowymi postaciami polskiej polityki?
  • Co wpływało na kolejne decyzje Wiplera o powrotach i odejściach z polityki?

– Mam bardzo ponure wiadomości i o uwagę proszę przede wszystkim prezydenta Karola Nawrockiego, jego ludzi, a także liderów PiS-u i Konfederacji – zagaił na początku kwietnia przed posiedzeniem rządu premier Donald Tusk. Następnie poinformował, że ABW przekazała mu niepokojące informacje dotyczące przeżywającej obecnie problemy z płynnością giełdy kryptowalut Zondacrypto.

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Skandal z kryptowalutami w tle. Premier Tusk o przelewach dla ludzi Ziobry

Jak wyjaśnił Tusk, prezes giełdy Przemysław Kral dokonał wpłat na rzecz dwóch fundacji: Instytutu Polski Suwerennej byłego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry oraz fundacji Dobry Rząd posła Konfederacji Przemysława Wiplera. Zdaniem premiera mogło to mieć związek z wetem prezydenta Karola Nawrockiego w sprawie regulacji rynku kryptowalut.

Obaj wymienieni politycy na zarzuty zareagowali ostrymi oświadczeniami. Ten drugi zdążył już nawet pozwać Donalda Tuska. Co w sumie – analizując życiorys Przemysława Wiplera – jest swoistym paradoksem.

Z jego politycznego CV wyłania się bowiem zaskakująca umiejętność: w zasadzie na każdym etapie życia niczym spod ziemi pojawiali się koło niego ludzie wpływowi. Czy może raczej tacy, którzy mieli stać się wpływowymi dopiero za chwilę. A jedną z pierwszych takich osób był właśnie Donald Tusk.

Pierwsza kampania wyborcza, w której uczestniczył Przemysław Wipler, dotyczyła startu Donalda Tuska do Senatu w 1997 r.

Miało to miejsce latem 1997 r. w Gdańsku, podczas kampanii wyborczej zakończonej zwycięstwem koalicji AWS-UW. Wipler miał wówczas swoje najdłuższe wakacje w życiu. Był już po maturze w III LO im. Marynarki Wojennej w Gdyni, gdzie w jednej ławce siedział z obecną gwiazdą Telewizji Republika Michałem Rachoniem, i po zdanych egzaminach na prawo na UW, gdzie – jak później się okaże – trafi do jednej grupy z obecną gwiazdą lewicy Adrianem Zandbergiem.

Z największą obecną gwiazdą polityki w ogóle, czyli z Donaldem Tuskiem, jego losy przecięły się przypadkowo, gdy z grupą przyjaciół wracał z seansu „Zagubionej autostrady” Davida Lyncha w studenckim kinie Żak.

Czytaj więcej

Reżyser i wizjoner David Lynch nie żyje

– Szliśmy obok takich nieistniejących już bud w Gdańsku Wrzeszczu. Na dole był chyba fryzjer, a na górze paliły się światła, w środku kupa ludzi i napis „Sztab Unii Wolności”. Rzuciłem do znajomych: chodźmy, sprawdzimy, co tam się dzieje. Skończyło się to tak, że już następnego dnia rozdawałem ulotki kandydata do Senatu Donalda Tuska – wspomina Przemysław Wipler.

Swój udział w kampanii Unii Wolności skończył jako mąż zaufania w komisji wyborczej w Sierakowicach w powiecie kartuskim. Wrócił stamtąd taksówką do sztabu wyborczego, gdzie dostał na pamiątkę książkę „Bedeker gdański” z pamiątkowymi wpisami m.in. Tuska, ale przede wszystkim Sławomira Nowaka, późniejszego ministra transportu, którego karierę zakończyła afera z oświadczeniami majątkowymi. Wówczas Nowak dowodził wolontariuszami w sztabie, a w książce napisał: „Przyszłemu premierowi RP Przemysławowi Wiplerowi – przyszły prezydent RP Sławomir Nowak”.

Wipler urodził się na Górnym Śląsku, gdzie jego ojciec pracował jako górnik dołowy, a do Gdyni trafił wskutek rozwodu rodziców

Swoją obecność w polityce Wipler zaczął więc z wysokiego C, jednak – przynajmniej wtedy – nie miał specjalnej ochoty jej kontynuować. Zajął się studiami prawniczymi w Warszawie, trochę imprezował, działał w studenckim samorządzie. Jednak okazało się, że polityka, która raz zaczęła krążyć w żyłach Wiplera, nie chciała tak szybko ich opuścić. Jak się okazało wejść do polityki zaliczył w swoim życiu aż cztery.

W trakcie studiów Przemysław Wipler został ważną postacią u boku Janusza Korwin-Mikkego

Wejście drugie miało miejsce w 1998 r. a nie odbyłoby się, gdyby nie choroba kręgosłupa byłego chilijskiego dyktatora gen. Augusta Pinocheta. Gdy Pinochet udał się do Londynu w celu poddania się operacji, został niespodziewanie wsadzony do aresztu domowego, co wywołało protesty prawicy na całym świecie. Wipler już wtedy miał poglądy prawicowe, które – jak twierdzi – zawdzięczał namiętnie czytanej przez siebie fantastyce polskiej, która w latach 90. miała przeważnie prawicowy odcień, i wychowawczyni z Gdyni, rozkochanej w „Gazecie Polskiej” i „Najwyższym Czasie!”. I właśnie z lektury tego ostatniego pisma dowiedział się, że w Warszawie organizowany jest pod ambasadą brytyjską protest przeciw zatrzymaniu Pinocheta.

Czytaj więcej

Pinochet dał Chile normalność

Pojechał tam z grupką kolegów i osobiście poznał Janusza Korwin-Mikkego, który zrekrutował go do Unii Polityki Realnej. Później Wipler był jednym z twórców Stowarzyszenia Konserwatywno-Liberalnego „KoLiber”, wówczas młodzieżówki UPR, i został rzecznikiem partii Korwin-Mikkego. Jednak znów nie dał się w politykę wciągnąć na dobre. W 2002 r. ją rzucił i poszedł do pracy w konsultingu.

Jako absolwent prawa zajął się doradztwem podatkowym, i to w największych firmach z branży. Jednak polityka wkrótce znów dała o sobie znać. I tu przechodzimy do trzeciego wejścia do polityki, gdzie kluczowa okazała inna postać, wkrótce wpływowa, która – podobnie jak poprzednie – w otoczeniu Wiplera wyrosła niczym spod ziemi. Chodzi o przyszłego wiceministra sprawiedliwości Marcina Romanowskiego, dziś, podobnie jak Ziobro, azylanta na Węgrzech.

Jak Przemysław Wipler o mały włos został asystentem w rywinowskiej komisji śledczej

Ćwierć wieku temu Romanowski był współlokatorem Przemysława Wiplera. Polecił ich sobie wspólny znajomy, twierdząc, że się ze sobą dogadają, bo mają podobne poglądy. W 2003 r. późniejszy rzecznik praw obywatelskich Janusz Kochanowski zaproponował Romanowskiemu, a przy okazji też jego współlokatorowi, by zostali asystentami posłów tworzącej się rywinowskiej komisji śledczej. Romanowski się zgodził, wchodząc w bliskie relacje z jedną z gwiazd komisji – Ziobrą. Wipler odmówił, bo mając w planie założenie rodziny, wolał zarabiać pieniądze w konsultingu.

Wipler mógł zostać asystentem gwiazdy komisji śledczej Jana Maria Rokity. Gdyby się zgodził, jego polityczne losy prawdopodobnie potoczyłyby się zupełnie inaczej 

Jednak i tak dał się stopniowo wciągnąć w orbitę PiS. W 2005 startował do Sejmu, bez sukcesów, jednak na otarcie łez dostał posadę dyrektora Departamentu Dywersyfikacji Dostaw Nośników Energii w Ministerstwie Gospodarki. Po odejściu z resortu był współtwórcą Fundacji Republikańskiej, w której w jednym pokoju pracowali Krzysztof Bosak i Stanisław Tyszka – dwaj późniejsi wicemarszałkowie Sejmu. Ponieważ z dorobku Fundacji Republikańskiej chętnie korzystali politycy w PiS. W 2011 r. Wipler dostał możliwość ponownego kandydowania z list tej partii. Tym razem z powodzeniem.

Zdobycie mandatu posła było sporym przeżyciem dla niego, ale i rodziny. – Pierwszy raz, w wieku 33 lat, usłyszałem od ojca, że jest ze mnie dumny – wspomina. Jako poseł miał na siebie oryginalny pomysł – wszedł do Sejmu jako „społeczny rzecznik praw kibica”. A działo się to w czasie silnego konfliktu środowisk kibicowskich z PO. Jednak szybko uznał, że PiS jest partią zbyt socjalną, a w dodatku brak mu podmiotowości w klubie. – Przez sześć miesięcy próbowałem umówić się na spotkanie z prezesem PiS. Nie byłem w stanie nawet przekazać mu, że odchodzę – opowiada.

W tamtym czasie renesans popularności przeżywał Janusz Korwin-Mikke. Stał się gwiazdą YouTube’a, na którym zaroiło się od filmików, na których „masakruje lewaków”. Wipler, jak sam przyznał w jednym z wywiadów, musiał „położyć uszy po sobie” i wrócić do współpracy z Korwinem. Został jego najbliższym współpracownikiem. Założyli partię Koalicja Odnowy Rzeczypospolitej Wolność i Nadzieja (KORWiN), która w 2015 r. była o włos od przekroczenia progu wyborczego. Wtedy Wipler ponownie opuścił politykę. Tym razem zrobił to w sposób wyjątkowo widowiskowy, a zarazem dwuetapowy.

Pierwszy etap miał miejsce w nocy z 29 na 30 października 2013 r.. W jednym z klubów przy ul. Mazowieckiej w Warszawie Wipler spędzał wieczór z dwoma przyjaciółmi, z których jeden został później wiceministrem cyfryzacji. – Przemek, masz świetne pozycjonowanie, ale zbyt mało ludzi cię rozpoznaje – powiedział Wiplerowi przyszły wiceminister. Dobę później o Wiplerze mówiła już cała Polska.

Czytaj więcej

Awantura pod klubem z posłem w roli głównej

Trafił na czołówki mediów po tym, gdy przed klubem wziął udział w szarpaninie z policją. Mundurowi twierdzili, że Wipler utrudniał interwencję, poseł przekonywał, że został przez nich pobity. Zdaniem „Faktu” i „Super Expressu”, nagrania z monitoringu potwierdzają wersję Wiplera, ale i tak został on skazany na pół roku więzienia w zawieszeniu.

Drugi etap odejścia z polityki miał miejsce w 2017 r., gdy Wipler został oskarżony przez wiceprezesa fundacji Wolności i Nadzieja o defraudację środków. Wipler odpowiadał, że to absurd, bo był prezesem i głównym fundatorem fundacji, mieszczącej się zresztą w jego domu. Mimo to napisał na Facebooku: „postanowiłem zrezygnować z działalności politycznej, w tym z aktywności w Partii Wolność”. I został lobbystą.

Przemysław Wipler założył firmę, której nazwę pomógł wymyślić jeden z warszawskich żuli

Firmę założył z byłym czołowym dziennikarzem politycznym Michałem Krzymowskim, autorem m.in. biografii Jarosława Kaczyńskiego. A w wymyśleniu jej nazwy pomógł jeden z żuli na Saskiej Kępie. – Szliśmy na obiad do wietnamskiej restauracji, kiedy nagle pojawił się koło nas jeden z lokalnych parkingowych z propozycją, że popilnuje auta. Przemek dał mu dziesięć złotych, na co ten odpowiedział, że w końcu jakieś uczciwe pieniądze, bo wcześniejsze dostał oszukane. Pokazał nam pięć południowoafrykańskich randów. Monetę do dziś mamy oprawioną, wisi na ścianie w moim biurze – opowiada Michał Krzymowski. Wyjaśnia, że stąd wzięła się nazwa firmy Five Rand, będąca nawiązaniem nie tylko do waluty RPA, ale też do pisarki i myślicielki Ayn Rand, popularnej w kręgach libertarian.

Dla kogo pracowali Wipler z Krzymowskim? To temat częstych spekulacji. Duży artykuł na ten temat opublikowała m.in. w 2023 r. „Gazeta Wyborcza”, której zdaniem pracowali m.in. dla TikToka, co zbiegło się w czasie z dużą popularnością na tej platformie Sławomira Mentzena, chińskich firm telekomunikacyjnych, British American Tobacco i Allegro. Mieli też odegrać rolę przy obaleniu „piątki dla zwierząt” PiS, działając na rzecz biznesu futrzarskiego.

Przemysław Wipler mówi, że większość pojawiających się w mediach informacji o jego byłych klientach jest nieprawdziwa. – Nigdy nie pracowałem dla TikToka. Nigdy nie pracowałem dla żadnej chińskiej firmy telekomunikacyjnej – zapewnia. Choć przyznaje, że rzeczywiście pomagał branży futrzarskiej, bo przyjaźni się z jednym z jej potentatów, Szczepanem Wójcikiem.

Sprawa „Piątki dla zwierząt” spowodowała najpoważniejszym wewnętrzny kryzys za rządów PiS. Okazało się, że swojej woli, dotyczącej praw zwierząt, nie był w stanie przeforsować Jarosław Kaczyński

– Generalnie o swoich byłych klientach nie mogę mówić z powodu klauzul dotyczących poufności – zastrzega. Jednak o jednym z nich wiadomo, bo na stronie internetowej Ministerstwa Rozwoju i Technologii można odnaleźć zgłoszenie lobbingowe Przemysława Wiplera z 2019 r., z czasów prac nad nowelizacją prawa budowlanego, dzięki której z obowiązku pozwolenia na budowę zwolniono paczkomaty. Jak ustaliliśmy, Wipler pracował wówczas dla InPostu.

Media często spekulują, czy dawna działalność biznesowa Wiplera nie ma wpływu na jego obecną aktywność w Sejmie. Z firmy formalnie wycofał się w 2023 r., gdy wrócił na Wiejską, startując z list Konfederacji. Uchodzi za bliskiego człowieka Sławomira Mentzena, z którym zna się od 2016 r. Mentzen, wówczas właściciel sklepu z bronią w Toruniu, udał się do Warszawy na spotkanie z ówczesnym wiceprezesem partii KORWiN, Przemysławem Wiplerem, by przekonać go do walki z unijnymi przepisami, mającymi utrudnić dostęp do broni. Po tym spotkaniu Mentzen zaangażował się w politykę. To kolejny dowód na zaskakującą zdolność Wiplera do przyciągania przyszłych politycznych talentów.

– Przemek często opowiadał mi, kto był u niego świadkiem na ślubie, kto jest ojcem chrzestnym jego dzieci. To taki zbiór znanych nazwisk, że na początku myślałem, że zmyśla – opowiada znajomy Wiplera. – Potem okazało się, że to wszystko prawda. Zresztą sam ma piątkę dzieci, obraca się w towarzystwie ludzi mających wiele dzieci. To też trochę tłumaczy – dodaje.

Czy posiadający taką sieć kontaktów Wipler ugnie się pod ciężarem oskarżeń Tuska? Czy jego czwarte polityczne życie okaże się ostatnim? Wątpi w to jeden ze znajomych. – Ostatnio byliśmy razem na kolacji. W pewnym momencie podeszła do nas nieznajoma dziewczyna, bardzo przejęta, spytała, czy to pan poseł Przemysław Wipler, po czym wydusiła, że pragnie mu przekazać wyrazy najgłębszej pogardy w imieniu wszystkich kobiet – opowiada. – Widać było, że sporo nerwów ją to kosztowało. Tymczasem Przemek szeroko się do niej uśmiechnął i odpowiedział: „Ale mi to w ogóle nie przeszkadza, życzę miłego wieczoru”. Polityczny profesjonalizm level hard. On łatwo nie odpuści.