Marcin Kierwiński uchyla furtkę do wspólnej listy. PSL: Nic się nie zmienia
Poniedziałek, 16 marca. W porannym programie Radia ZET występuje minister spraw wewnętrznych i jednocześnie sekretarz generalny KO Marcin Kierwiński. Pytany na początku rozmowy o to, czy trzeba będzie wrócić do koncepcji budowy jednej listy, przyznaje, że być może będzie taka konieczność. Później wyjaśnia, że wszystkie opcje są na stole. Przyznaje, że sytuacja jest dynamiczna i wszystko będzie zależało od tego, jakie notowania będą miały poszczególne partie polityczne. – W zależności od sondażu trzeba wybrać tę metodę, która maksymalizuje zwycięstwo wyborcze i trzeba zbudować partnerski układ do tego typu rozwiązań – zastrzega Kierwiński.
KO od lat postrzega jako partnera wyborczego przede wszystkim PSL. Premier Donald Tusk i Władysław Kosiniak-Kamysz mają mieć – tak przynajmniej wynika z relacji – bardzo dobry kontakt. Jeszcze w ubiegłym roku „Rzeczpospolita” pisała zresztą, że na zamkniętym posiedzeniu klubu KO premier Donald Tusk nie tylko chwalił najbardziej PSL jako sprawdzonego koalicjanta, ale też zastrzegł, że decyzje o formacie startu zapadną na około pół roku przed wyborami w 2027 r.
Cała ta polityczna sygnalizacja zwrócona jest przede wszystkim w kierunku ludowców. Od momentu rozpadu Trzeciej Drogi PSL ma w badaniach zwykle poniżej 5 proc. Jednak ludowcy o żadnej liście z KO nie chcą od lat słyszeć. – Przygotowujemy się do startu w kolejnych wyborach jako Polskie Stronnictwo Ludowe – powiedział 15 listopada 2025 r. prezes PSL Władysław Kosiniak-Kamysz, tuż po tym, jak kongres PSL wybrał go na szefa partii na kolejną kadencję. I zapowiedział jednocześnie, że ludowcy będą oczywiście „szukać przyjaciół” do startu, co jest i było interpretowane jako zwrócenie się np. w kierunku samorządowców.
Dlaczego temat powrócił? Głównie z powodu decyzji prezydenta Karola Nawrockiego w sprawie SAFE i narracji premiera Donalda Tuska o tym, że zrobi wszystko, co możliwe, by Polska uniknęła polexitu. Weekendowe wpisy Tuska na X i zapowiedzi w tej sprawie w kontekście wyborów w 2027 r. interpretowane są bowiem w koalicji, a przede wszystkim w samej KO jednoznacznie: weto stworzyło kontekst, swoistą „ramę moralną” do powrotu tematu jednej listy jako rodzaju nacisku na budowę zjednoczonego frontu antypolexitowego. Tak twierdzą nasi rozmówcy np. z różnych środowisk w samej partii Donalda Tuska. Choć z naszych rozmów z politykami PSL wynika, że sprawa SAFE niczego nie zmieniła w oczach kierownictwa partii, jeśli chodzi o format startu. I że deklaracja Władysława Kosiniaka-Kamysza z 15 listopada 2025 r. jest aktualna. – Nic się nie zmieniło i nie zmienia, idziemy do wyborów pod własnym szyldem – mówi bez wahania w rozmowie z „Rzeczpospolitą” Piotr Zgorzelski, wicemarszałek Sejmu i szef Rady Naczelnej PSL.
Zmianę decyzji przynajmniej na razie wyklucza też Polska 2050. – Jedna lista to gwarancja dwóch rzeczy: dobrego wyniku KO i przegranych wyborów. Tak jak w 2023 r. udało się odsunąć PiS od władzy dzięki ofercie Trzeciej Drogi, tak w 2027 r. potrzebujemy radykalnego centrum Polski 2050, by pokonać PiS i obie Konfederacje – mówi nam Jan Szyszko, wiceminister funduszy i polityki regionalnej, jeden z najbliższych współpracowników Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz, szefowej Polski 2050.