Reklama

Agnieszka Bieńczyk-Missala: Gdy Donald Trump mówi o „promowaniu pokoju”, myśli o zyskach dla określonych elit

Wybór członków Rady Pokoju nie jest przypadkowy. Silne związki Donalda Trumpa z biznesem uwidoczniły się m.in. przy okazji działań podejmowanych w Wenezueli czy też Ukrainie. Przy inwestycjach w Gazie można się spodziewać podobnych wzorców – mówi dr hab. Agnieszka Bieńczyk-Missala, politolożka z UW.

Publikacja: 24.01.2026 16:59

Donald Trump

Donald Trump

Foto: REUTERS/Denis Balibouse

Co oznacza dla Gazy oraz ładu międzynarodowego w ogóle powołanie Rady Pokoju Donalda Trumpa? 

Nie jest pewne, czy Rada Pokoju okaże się sukcesem dla jej inicjatora, prezydenta USA i czy przyniesie realne konsekwencje. Tryb jej powołania wpisuje się jednak w działania omijające przyjęte standardy współpracy międzynarodowej i jest sprzeczny z kulturą dyplomacji wielostronnej. Co prawda, powołanie Rady Pokoju zostało przewidziane w rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ nr 2803 z listopada 2025 r., jednak w praktyce mandat instytucji międzynarodowych jest najczęściej wynikiem negocjacji zainteresowanych państw.

Reklama
Reklama

W tym przypadku chodzi o inicjatywę ogłoszoną jednostronnie bez procedur zapewniających przejrzystość. Prezydent Donald Trump ma być przewodniczącym i dożywotnim członkiem Rady. Ponadto członkostwo ma charakter selektywny i uznaniowy, a zaproszeniom wystosowywanym do przedstawicieli państw towarzyszy narracja presji, o czym przekonał się m.in. prezydent Francji Emmanuel Macron, który jako pierwszy odmówił udziału w inicjatywie. Demokratyczni przywódcy obawiają się powstania alternatywnych rozwiązań wobec tych przyjętych po II wojnie światowej, zwłaszcza w obszarze kompetencji Organizacji Narodów Zjednoczonych.

A czy w samej tylko kwestii pokoju w Strefie Gazy może Rada Pokoju okazać się skuteczna?

W dokumencie ją inaugurującym nie pojawia się termin „Strefa Gazy”. Rada ma promować stabilność i zapewniać pokój, a do przedsięwzięcia zostali zaproszeni także indywidualni przedstawiciele biznesu i polityki, jak były premier Wielkiej Brytanii Tony Blair, zięć Trumpa Jared Kushner, prezes Banku Światowego Yakir Gabay czy też miliarder Marc Rowan.

Czytaj więcej

Łukasz Fyderek: Na pewnym etapie trzeba zadać pytanie, co zrobić, żeby nas się bano

Misji „promowania pokoju” będzie towarzyszyć generowanie zysków dla określonych elit. Wybór członków Rady nie jest przypadkowy. Silne związki prezydenta Trumpa z biznesem uwidoczniły się m.in. przy okazji działań podejmowanych w Wenezueli czy też Ukrainie. Mam na myśli amerykańskie starania dotyczące wydobycia ukraińskich surowców, np. litu. Podobnych wzorców można się spodziewać przy ewentualnych inwestycjach w Gazie.

Reklama
Reklama

Co sekretarz NATO Mark Rutte mógł obiecać Donaldowi Trumpowi w zamian za odstąpienie od nałożenia ceł na UE i zmianę tonu w sprawie Grenlandii? 

Spotkanie na Forum Ekonomicznym w Davos było częścią wysiłków, by deeskalować spór wokół Grenlandii, który mógłby wyrządzić duże szkody stosunkom transatlantyckim i NATO. Jest to część pracy sekretarza generalnego na rzecz utrzymania spójności sojuszu, przedstawianie możliwości współpracy i przekonywanie, że państwa NATO mają wspólne interesy w kontekście bezpieczeństwa Arktyki oraz relacji z Rosją i Chinami. Sekretarz Rutte zapewne nie dał się wciągnąć w dywagacje na temat zmiany statusu Grenlandii, raczej rozmawiał o możliwościach współpracy.

Wciąż powraca temat powołania europejskiej armii. I wydaje się, że dziś jest bardziej realne niż kiedykolwiek wcześniej. Czy obecna Unia byłaby w stanie stworzyć taką armię? 

Od 2022 r. Unia Europejska poczyniła postęp w zakresie polityki bezpieczeństwa i obrony, a temat utworzenia armii europejskiej wraca nieprzypadkowo. Zarówno rosyjska agresja, jak i prezydentura Donalda Trumpa wpłynęły na świadomość europejskich przywódców, którzy dostrzegają potrzebę budowy europejskiej samodzielności w ramach NATO lub poza jego strukturami. Wzrosły wydatki na obronność i rozwój przemysłu wojskowego, co na pewno pozostaje właściwym kierunkiem działań. Jednocześnie nie możemy pomijać różnic w postrzeganiu zagrożeń czy też gotowości do ponoszenia kosztów związanych z inwestycjami obronnymi, które często są dokonywane kosztem innych priorytetów społecznych, np. inwestycji w służbę zdrowia. Tego rodzaju rozbieżności mogą ograniczać tempo realizacji ambitnych projektów, które w UE i tak nie jest zbyt szybkie, a sprzyjać rozwojowi współpracy w węższych formatach, skupiających państwa o podobnych doświadczeniach historycznych, zbliżonej percepcji zagrożeń i podobnym poziomie determinacji politycznej. Zacieśnianie sojuszniczych więzów między państwami europejskimi jest dziś łatwiejsze do przeprowadzenia niż utworzenie europejskiej armii.

Minęły niemal trzy tygodnie od uprowadzenia przez USA prezydenta Wenezueli, Nicolása Maduro. Wiceprezydent Wenezueli, Delcy Rodríguez, postanowiła pójść ze Stanami Zjednoczonymi na układ i wypuścić więźniów politycznych oraz przeprowadzić wolne wybory w zamian za gwarancję unormowania stosunków. Więźniowie nadal jednak nie zostali uwolnieni, nie podano też żadnej daty potencjalnych wyborów. Co może w tej sytuacji zrobić Ameryka? 

Stany Zjednoczone nie mają dziś ambicji promowania demokracji, na co wskazuje Strategia Bezpieczeństwa Narodowego USA. Nie o to chodziło w akcji przeprowadzonej w Wenezueli. Sama wiceprezydent Rodríguez nie jest zainteresowana prodemokratycznymi zmianami. Mogłyby one odsunąć od władzy aktualny establishment, a Stanom Zjednoczonym utrudnić dostęp do surowców.

Siły USA na Morzu Karaibskim

Siły USA na Morzu Karaibskim

Foto: PAP

W Davos Trump chwalił się przejęciem 50 mln baryłek wenezuelskiej ropy, co dobrze oddaje jego prawdziwe intencje. Była to demonstracja podejścia, w którym interes ekonomiczny nie tylko dominuje nad normami prawa międzynarodowego, lecz także nie wymaga już nawet symbolicznego uzasadnienia w kategoriach wartości czy bezpieczeństwa międzynarodowego.

Reklama
Reklama

Styl uprawiania polityki prezydenta Trumpa bywa porównywany ze stylem George’a W. Busha.

Ma on jednak bardziej destrukcyjny charakter dla porządku międzynarodowego. Choć interwencjom podejmowanym po 11 września 2001 r. również towarzyszyły naruszenia prawa międzynarodowego, to docierała do nas także narracja odwołująca się do walki z terroryzmem i lęków realnie obecnych w społeczeństwach. Poszukiwano legitymizacji działań. Co istotne, administracja Busha nie podważała wprost wartości prawa i instytucji oraz unikała publicznego konfliktowania się z sojusznikami. Obecnie nie mamy do czynienia jedynie z kolejną kontrowersyjną polityką zagraniczną, lecz zdecydowaną zmianą sposobu myślenia o stosunkach międzynarodowych, przejściem od porządku opartego na regułach ku porządkowi opartemu na sile i zysku.

Rozmówczyni

dr hab. Agnieszka Bieńczyk-Missala

Profesor UW, kierowniczka Katedry Studiów Strategicznych i Bezpieczeństwa Międzynarodowego na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego, przewodnicząca Rady Naukowej Dyscypliny Nauki o Bezpieczeństwie

Polityka
„Koniec wojny na Ukrainie to odpowiedzialność Europy”. Nowa strategia USA
Polityka
Brytyjczycy ostro o słowach Trumpa ws. wojny w Afganistanie. „Unikał służby, jak śmie?”
Polityka
Irański prokurator zaprzecza twierdzeniom Donalda Trumpa. Rośnie liczba ofiar, egzekucje trwają
Polityka
Nowy sondaż partyjny: KO na czele, PiS może rządzić bez Grzegorza Brauna
Polityka
Donald Trump wycofał zaproszenie do Rady Pokoju dla premiera Kanady
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama