Już pierwszy kontakt z dzisiejszymi Węgrami nie jest zachęcający. Autobus z lotniska Ferenca Liszta telepie się po dziurawej, wąskiej drodze, zanim dotrze do centrum miasta. Deak Ferenc, główna stacja metra, zdaje się pamiętać czasy Gierka czy raczej Kadara. I choć ścisłe centrum miasta, maszynka do robienia pieniędzy na zagranicznych turystach z cenami hoteli i restauracji nieodbiegającymi od paryskich czy londyńskich, jest wypucowana, to przecież wystarczy oddalić się od niej o kilometr czy dwa, aby natknąć się na sypiące się fasady i zaniedbane podwórka.