– Posłom wyraźnie znudziła się rola maszynek do głosowania – mówi politolog dr hab. Norbert Maliszewski. W ten sposób komentuje statystyki dotyczące kończącej się kadencji Sejmu.
Pod pewnymi względami była podobna do pozostałych. Od przeciętnej nie odbiegają liczby 102 posiedzeń Sejmu i 753 uchwalonych ustaw. Jednak wyraźny trend widać w statystykach dotyczących indywidualnej pracy posłów. Wszystkie wystrzeliły w górę.
Wysyp interpelacji
Przykładem może być liczba interpelacji, czyli pism, które posłowie mają prawo kierować do ministrów. W latach 90. po ten instrument sięgali incydentalnie. Przykładowo w kadencji z lat 1993–1997 wnieśli tylko 2,6 tys. interpelacji.
W poprzedniej kadencji było ich 24,4 tys., a w obecnej – 34,8 tys.
– W pewnym momencie pracownicy ministerstw zaczęli nas alarmować, że idą na to ryzy papieru. Dlatego wprowadziliśmy zmianę polegającą na tym, że interpelacje składa się drogą elektroniczną – relacjonuje jeden z urzędników Kancelarii Sejmu.
Wzrost nastąpił też w liczbie oświadczeń poselskich, czyli niezobowiązujących wystąpień z mównicy. W ubiegłej kadencji było ich 2,5 tys., a w obecnej – 3,5 tys.
Jednak prawdziwy rekord padł pod względem zakładanych przez posłów zespołów. Obecnie działają 163 takie gremia – o 97 więcej niż w latach 2007–2011.
Niektóre mają charakter hobbystyczny. Posłowie założyli np. Parlamentarny Zespół ds. Promocji Badmintona i Parlamentarny Zespół Szachowy.
Jednak niektóre, jak Parlamentarny Zespół ds. Przeciwdziałania i Rozwiązywania Problemów Otyłości, były ważnym forum wymiany poglądów. Najbardziej znanym zespołem stał się ten ds. przyczyn katastrofy smoleńskiej pod przewodnictwem Antoniego Macierewicza.
Chętnie uczestniczący w posiedzeniach zespołów posłowie rzadziej opuszczali też posiedzenia na sali obrad. W tej kadencji według danych do lipca mają 1,8 tys. nieusprawiedliwionych nieobecności. W latach 2007–2011 było ich 2,2 tys., a w skróconej kadencji 2005–2007 – aż 1,9 tys.
Spór o przyczyny
Skąd bierze się większa pracowitość posłów? Opinie w tej sprawie są podzielone.
– Jest coraz więcej problemów do rozwiązania – mówi Piotr Chmielowski z SLD, który złożył w tej kadencji 1611 interpelacji, najwięcej spośród posłów. – Prawo w Polsce jest zawikłane, a dwóch sędziów w tej samej sprawie potrafi wydać inny wyrok. Obywatelowi nie zostaje nic innego, jak udać się po pomoc do ulubionego posła – dodaje.
– To czyste nabijanie statystyk – odpowiada Marek Poznański, były poseł Ruchu Palikota, który kandyduje do Sejmu z list PO. – Posłowie prześcigają się w liczbie interpelacji i wystąpień, by znaleźć się na szczycie list aktywności polityków tworzonych przez lokalne media – dodaje.
Jego zdaniem może świadczyć o tym skandal z 2013 roku z udziałem posłanki PiS Anny Sobeckiej. Złożyła około 650 niemal identycznych interpelacji, które dotyczyły wykonania przez Polskę poszczególnych wyroków Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.
Pisma zablokował wicemarszałek Jerzy Wenderlich z SLD, argumentując, że wszystkie można było zawrzeć w jednym wystąpieniu. Prezydium Sejmu zaczęło wówczas częściej wstrzymywać bieg interpelacji. Była marszałek Ewa Kopacz utrudniła np. nabijanie statystyk dotyczących wystąpień na posiedzeniach. Wcześniej wystąpienie z mównicy liczyło się podwójnie, jeśli ktoś choć jednym słowem je przerwał. Niektórzy posłowie celowo zagadywali więc marszałka.
– Mało miarodajne są też statystyki dotyczące nieobecności na sali obrad. Dotyczą tylko nieobecności nieusprawiedliwionych, które skutkują utratą dniówki. Posłowie nie chcą tracić pieniędzy i źle wypaść w statystykach, więc składają fikcyjne usprawiedliwienia – dodaje Poznański.
Zdaniem dr. hab. Maliszewskiego przyczyny większej aktywności posłów są złożone.
– Niektórzy kierowali się chęcią poprawy statystyk, jednak inni próbowali wyróżnić się w warunkach niestabilnej sytuacji politycznej – mówi. – Nie wszystkim to wyszło na dobre. W związku ze wspomnianą niestabilną sytuacją liderzy pierwsze miejsca list obsadzili przybocznymi, a nie najbardziej pracowitymi posłami – zauważa.