Prezydent Sopotu: Zwycięstwo 15 X to za mało. Teraz czas na Polskę lokalną

Strona samorządowa musi być partnerem, a nie klientem, który według uznania w centrali dostaje jakieś czeki – mówi „Rzeczpospolitej” Magdalena Czarzyńska-Jachim, prezydent Sopotu.

Publikacja: 02.04.2024 17:16

Prezydent Sopotu Magdalena Czarzyńska-Jachim.

Prezydent Sopotu Magdalena Czarzyńska-Jachim.

Foto: Fot. Jerzy Bartkowski

W grudniu 2023 została pani powołana przez premiera Tuska na pełniącą funkcję prezydenta Sopotu, wcześniej była pani wiele lat wiceprezydentką miasta. To rzeczywiście teraz pomaga?

Czasami doba jest za krótka. Ale dla mnie kampania to codzienna praca dla mieszkańców od wielu lat. Rozdawanie ulotek jest dodatkiem. Dzięki wieloletniej pracy dla Sopotu znam wyzwania tego miasta i oczekiwania sopocian. Miałam okazję poznać ich osobiście, współpracować z wieloma organizacjami pozarządowymi, podejmować ważne dla miasta decyzje, także w trudnym czasie pandemii czy przyjmowania uchodźców. Znam samorząd, mnie znają mieszkańcy. Proponuję konkretne i realne rozwiązania sopockich wyzwań.

Co z pani punktu widzenia jest dziś największym wyzwaniem, z którym musi mierzyć się Sopot? Jaka sprawa jest najbardziej paląca?

Sopot to wyjątkowe miasto z niezwykle aktywnymi mieszkańcami. Miasto to system naczyń połączonych, więc trudno czasami rozwiązać jedną sprawę bez rozwiązania innych. Na pewno dla mieszkańców i dla nas wszystkich jest ważna regulacja najmu krótkoterminowego. Patrzę na to w dwóch aspektach. Po pierwsze, często zachowanie gości po prostu przeszkadza mieszkańcom. Tu trzeba wprowadzić regulacje dotyczące odpowiedzialności właściciela za zachowanie gości czy wręcz sankcje, że jeśli ktoś nie przestrzega zasad, to będzie musiał przestać taką działalność – wynajmu – prowadzić.

Miasto to system naczyń połączonych, więc trudno czasami rozwiązać jedną sprawę bez rozwiązania innych

A inne aspekty?

Ważne z punktu widzenia miasta jako takiego to doprowadzenie do takiej sytuacji, by mieszkania służące do najmu krótkoterminowego w jakiejś części służyły najmowi długoterminowemu.

I to powinno być regulowane na poziomie rządu?

Jako samorządowcy nie mamy w tej chwili po prostu żadnych narzędzi w tym obszarze. To zresztą nie tylko problem krajowy, ale i europejski. Jest europejska koalicja miast turystycznych – przewodzi jej Amsterdam, a Sopot razem z Krakowem został wskazany przez Związek Miast Polskich do rozmów z rządem właśnie m.in w sprawie regulacji najmu krótkoterminowego. Europejska regulacja idzie już w dobrą stronę, jeśli chodzi o regulacje platform rezerwacyjnych. Ale ta sprawa musi być w szczegółach regulowana w każdym konkretnym mieście osobno. Bo każde miasto ma swoją specyfikę. Są miasta, które wprowadzają całe strefy wolne od najmu. W Sopocie byłoby to trudne ze względu na skalę miasta i tego, że ono jest całe niejako „centrum”. Oczekujemy jako samorządowcy, że rząd przygotuje ramy prawne tak, byśmy mogli na swoim poziomie gmin podejmować konkretne decyzje. To naprawdę istotne. Jestem już po rozmowach w tej sprawie z ministrem Sławomirem Nitrasem i widzę wolę współpracy i wsłuchania się w nasz głos.

To chyba niejedyna sprawa istotna na linii rząd–samorząd.

Niejedyna. Kolejna to regulacja dotycząca parkowania. Miasta poniżej 100 tysięcy mieszkańców nie mogą pobierać opłat za parkowanie w weekendy, nie mogą też wprowadzać tzw. stref śródmiejskich. Miasta turystyczne, niezwykle popularne jak Sopot, właśnie w soboty, niedziele mają największy problem z nadmiernym ruchem samochodowym. Jesteśmy już po rozmowach z rządem, by te kwestie zmienić. Z drugiej strony rozmawiamy z mieszkańcami i przedsiębiorcami. I po tych rozmowach doszliśmy do wniosku, że te weekendowe opłaty byłyby wprowadzone tylko w trakcie sezonu turystycznego, po sezonie parkowanie w weekendy pozostałoby bezpłatne. Chcemy nowych możliwości prawnych, które choć podejmowane centralnie, będą uwzględniać głos samorządu.

Swoją drogą, czy fakt, że ma pani duże doświadczenie jako samorządowiec w Sopocie, to jest coś, co pomaga w kampanii czy wręcz przeciwnie?

Na pewno nie będę obiecywać i nie obiecuję gruszek na wierzbie. Pracuję w samorządzie, widzę, co jest realne, a co nie. To nie jest tak, że można rozwiązać jedną sprawę – tak jak już wspominałam – w oderwaniu od innych tematów. Ja czuję się odpowiedzialna za to, co obiecuję mieszkańcom. Jeśli ktoś z kolei jest poza samorządem, to może sobie napisać program, jaki kto chce. I nie poniesie z tego tytułu żadnej odpowiedzialności. Dużym wyzwaniem dla wszystkich samorządów, w tym dla Sopotu, będą finanse.

Dużym wyzwaniem dla wszystkich samorządów, w tym dla Sopotu, będą finanse

Czego oczekuje pani w takim razie po tym zapowiadanym i przez samorządowców, i przez rząd przede wszystkim nowym systemie finansowania samorządów?

Wróciliśmy na demokratyczne tory po wyborach w październiku. Środki z KPO są odblokowane. Liczę na to, że podział środków finansowych w rządzie dla samorządu będzie wedle jasnych kryteriów, algorytmów, a nie uznaniowo. Jest poczucie, że dla samorządu jest dużo pieniędzy. Tylko – i tu jest duże ale. Jest pytanie, czy będziemy z tych pieniędzy mogli skorzystać. Nasza sytuacja finansowa jest bardzo trudna po tych ośmiu latach rządów PiS, gdy poziom dochodów własnych samorządu został ograniczony. Mamy mało czasu na wykorzystanie środków z KPO, zwłaszcza że w dużej mierze dla samorządów (np. w projektach z Zielonego Ładu) te środki to część pożyczkowa, a nie dotacyjna. Oczekujemy ustabilizowania finansów samorządowych. Ten pomysł, który się już pojawił, czyli naliczanie środków do dyspozycji samorządu od dochodu mieszkańców, a nie od podatków, jest krokiem w dobrą stronę. To uniezależnia system finansowania od zmian podatkowych wprowadzanych przez rząd. Po drugie, uważam, że trzeba zmienić system, jeśli chodzi o subwencję rozwojową. Po trzecie, będziemy apelować do rządu o renegocjacje KPO, przeniesienie niektórych środków do sekcji dotacyjnej i wprowadzenie możliwości, by z KPO sfinansować już niektóre wykonane inwestycje czy projekty.

A ma pani poczucie, że kończąca się kampania samorządowa była o samorządzie, czy była niejako przygnieciona sprawami ogólnokrajowymi?

Była zdecydowanie przygnieciona. Martwię się, bo brakowało w niej merytorycznej dyskusji. Jest też pewien komunikacyjny chaos. Powstaje wiele komitetów, w których są ludzie, którzy wcześniej nie funkcjonowali w sferze publicznej. Pod pozorem wielu ruchów obywatelskich, samorządowych w sferze publicznej pojawiają się ludzie, którzy wcześniej – jak się lepiej sprawdzi – byli związani z PiS, który chowa swój szyld w tych wyborach. PiS próbuje rozmydlić sytuację i komunikację. Przez to, że kampania samorządowa nie jest głównym tematem mediów, to PiS może takie działania prowadzić. I to w całym kraju.

Powstaje wiele komitetów, w których są ludzie, którzy wcześniej nie funkcjonowali w sferze publicznej

Liczy pani na zwycięstwo już w I turze?

Robię wszystko, by przekonać mieszkańców. Oczywiście, każdy chciałby wygrać już w I turze. Realizuję swój program po prostu. Bardzo się cieszę z drużyny kandydatów, którą stworzyłam w Sopocie. To osoby z różnych środowisk, jest parytet i suwak, jest też wiele młodych osób. Na listach Koalicji dla Sopotu są przedstawiciele Koalicji Obywatelskiej, partii Razem, PSL i Nowoczesnej. Są bezpartyjni i społecznicy. Bardzo cieszy mnie, że poparł mnie premier Donald Tusk, sopocianin, któremu również z osobistych względów zależy na tym, aby Sopot rozwijał się, był otwarty, bez podziałów. Właśnie takiego Sopotu chcę dla mieszkanek i mieszkańców. Sopotu wspólnotowego.

A co z frekwencją?

Trochę się obawiam o frekwencję w tych wyborach. 15 października ubiegłego roku miał miejsce wielki zryw społeczny. Również pod kątem samej mechaniki głosowania, zaświadczeń. Teraz przed samorządowcami – co zresztą robimy – wielkie wyzwanie edukacyjne. By przekazać wyborcom, że teraz głosujemy inaczej. Że nie można głosować w innym mieście, że czasowy meldunek nie wystarcza. Przeprowadzamy w Sopocie dużą kampanię pod hasłem „Mieszkasz, głosujesz, decydujesz”. Podobne działania podejmują inni samorządowcy w swoich miastach Do tej pory spotykam jednak ludzi, którzy są np. przekonani, że wezmą zaświadczenie i zagłosują. Trochę ponosimy koszty braku obywatelskiego wychowania. Niewiele jest też wiedzy o tym, czym zajmuje się sejmik, marszałek, władza samorządowa.

Czytaj więcej

Wojciech Szczurek, prezydent Gdyni: To była najtrudniejsza kadencja

A jak dalej będą zaangażowani samorządowcy ogólnokrajowo? Jak będzie się układało teraz na linii rząd–samorząd.

Trzeba ze sobą rozmawiać, wcześniej, za rządów PiS, tego nie było. Prawo głosu mieli tylko ci, którzy szli ramię w ramię z rządem Morawieckiego. Cieszę się, że minister Domański z nami rozmawia. I pyta się strony samorządowej. To dobry model. Minister Nowacka też wiele rzeczy konsultowała. Rozmawiamy. Strona samorządowa musi być partnerem, a nie klientem, który wg uznania w centrali dostaje jakieś czeki. Wszystkie partie obecnie rządzącej koalicji miały zresztą decentralizację na sztandarach i to mnie cieszy. A my, samorządowcy, widzimy praktyczne konsekwencje realizacji regulacji z centrum. Z drugiej strony potrzebujemy narzędzi, by realizować nasze cele na poziomie lokalnym. Rząd i samorząd jest od siebie wzajemnie zależny. Tylko musimy nauczyć się wzajemnie rozmawiać, słuchać i konsultować. Rząd musi pytać samorządowców o opinię. Komisja Wspólna Rządu i Samorządu musi działać, tak jak określają to reguły demokracji.

Samorządowcy będą musieli nauczyć się mówić nowemu rządowi „nie”?

Musimy być w stanie to robić. Konsultacje nie oznaczają, że samorządowcy będą się na wszystko zgadzać. Podkreślam, że dialog jest niezbędny, bo bez niego nie może być mowy o wspólnocie i zasypywaniu podziałów, które przez ostatnie osiem lat tak skrupulatnie rząd PiS budował. Wszyscy widzieliśmy, do czego doprowadziła taka polityka. Zwycięstwo 15 października to za mało. Teraz czas na Polskę lokalną.

Polityka
Zuzanna Dąbrowska: Wybory do PE – eurosceptycyzm w wersji light
Polityka
Gibała: Chcę pokazać, że w Krakowie nadszedł koniec epoki boomerów
Polityka
Rządowe dylematy mieszkaniowe. Nowe pomysły w pakiecie
Polityka
Marek Migalski: Toksyczne związki lewicy
Polityka
Łukasz Warzecha: Kradzież czasu i wysiłku