Giorgia Meloni przeszła do historii: w ciągu przeszło półtora wieku, jaki upłynął od zjednoczenia kraju, jeszcze nigdy kobieta nie stała na czele rządu. Teraz to jej jest sądzona ta rola. Jednak liderka Braci Włochów (FdI), choć znana ze spektakularnych popisów retorycznych, woli zachować spokój.

– To nie jest koniec, ale początek naszej drogi. Włosi powierzyli nam swój los i nie możemy ich zawieść – oświadczyła w swoim sztabie wyborczym.

Mattarella zostaje

Wstępne wyniki głosowania są dla ugrupowania Meloni spektakularne. Uzyskało ponad 26 proc. głosów, zdecydowanie więcej niż pozostałe dwie partie, z którymi przyjdzie jej rządzić: populistyczna Liga Matteo Salviniego (8,9 proc.) i Forza Italia (FI) Silvio Berlusconiego (8,3 proc.). To daje FdI ogromną przewagę, bo zgodnie z włoską ordynacją wyborczą jedna trzecia mandatów jest przyznawana na zasadzie większościowej.

– Meloni zdaje sobie jednak sprawę, że włoski wyborca jest kapryśny. W ostatnich wyborach w 2018 r. partia Meloni dostała ledwie 4,4 proc. głosów i poparcie dla niej może równie szybko się załamać, jak poszybowało w górę – wskazuje „Rz” Eleonora Poli z Włoskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych w Rzymie.

Czytaj więcej

Anna Słojewska: Meloni nie oznacza rewolucji w UE

Bracia Włosi, ugrupowanie utworzone ledwie dziesięć lat temu, mające korzenie w postfaszystowskim ruchu społecznym utworzonym przez spadkobierców Benita Mussoliniego. Ale nie to było głównym powodem jego sukcesu w minioną niedzielę. Chodzi o jedyną poważną siłę, która nie weszła w skład rządu jedności narodowej Maria Draghiego. Przywykli do dobrego życia Włosi ze wstrętem przyjmują reformy, które starał się przeprowadzić były prezes Europejskiego Banku Centralnego (EBC). I postawili na Meloni.

Tyle że kondycja kraju nie jest dobra. Na wiadomość o zwycięstwie populistycznej prawicy rentowność włoskich dziesięcioletnich obligacji poszybowała do 4,5 proc. Dla kraju, którego dług sięga 150 proc. PKB, taki skok, jeśli miałby trwać, byłby zabójczy. Tym bardziej wobec spodziewanego dalszego podnoszenia stóp procentowych przez EBC.

Meloni musi więc powstrzymać swój radykalny zapał, aby utrzymać poprawne stosunki z europejską centralą. Jest od niej zresztą uzależniona także w inny sposób: poprzez wart 200 mld euro (najwięcej wśród krajów „27”) darowizn i pożyczek Fundusz Odbudowy.

Testem odpowiedzialności premier będzie tej jesieni budżet kraju na 2023 r. Jej koalicyjni partnerzy chcą wprowadzić podatek liniowy i zasadniczo obniżyć presję fiskalną, na co Włochów nie stać. Proponują też podniesienie pensji minimalnej do 1 tys. euro. Miałaby to być droga na skróty do dobrobytu w stosunku do planu Draghiego, który forsował m.in. reformę systemu sądownictwa czy ukrócenie korupcji w wielkich przedsiębiorstwach państwowych.

Mimo spektakularnego sukcesu trójpartyjnej koalicji nie udało się uzyskać większości konstytucyjnej (dwóch trzecich mandatów). To oznacza, że proponowana przez Berlusconiego reforma ustawy zasadniczej, w tym wprowadzenie systemu bezpośredniego wyboru prezydenta, nie dojdzie do skutku. Obecna głowa państwa Sergio Mattarella, który na początku roku rozpoczął drugą kadencję, pozostanie więc gwarantem utrzymania państwa prawa i demokracji. Utworzony po upadku Mussoliniego system równoważenia różnych organów władzy dla uchronienia demokracji nadal będzie funkcjonował. To jest inna sytuacja niż w Polsce i na Węgrzech.

Mimo to powołanie Meloni na szefową rządu stanowi cezurę w historii Unii. Uwspólnotowienie długu w czasie pandemii oraz wykucie kolejnych pakietów sankcji przeciw Rosji po inwazji na Ukrainę zdawało się wskazywać, że Wspólnota szykuje się do kolejnego, federacyjnego skoku, być może największego od wprowadzenia euro przed prawie ćwierć wiekiem. Teraz jednak jest jasne, że górę biorą nastroje odśrodkowe, nacjonalistyczne. Bo też układ polityczny we Włoszech wpisuje się w szerszą tendencję. W Szwecji skrajna prawica (Szwedzcy Demokraci) będzie największym ugrupowaniem współtworzącym rząd. We Francji liderka Zjednoczenia Narodowego Marine Le Pen uzyskała 41,5 proc. głosów w wyborach prezydenckich w kwietniu i walnie przyczynia się do odebrania zapleczu politycznemu Emmanuela Macrona większości w Zgromadzeniu Narodowym. A w Hiszpanii do przejęcia władzy po wyborach jesienią 2023 roku szykują się Partia Ludowa i postfrankistowski Vox.

Podział lewicy

W noc wyborczą pierwszy z gratulacjami pospieszył dyrektor gabinetu politycznego Viktora Orbána Balázs Orbán. – W tych trudnych czasach potrzebujemy bardziej niż kiedykolwiek przyjaciół, którzy podzielają wspólną wizję i podejście do wyzwań, przed którymi staje Europa – napisał na Twitterze. Mateusz Morawiecki ograniczył się do krótkiego: „gratuluję”.

Bo też Meloni może się okazać zdradliwym sojusznikiem. Co prawda przed wyborami przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen ostrzegła, że może sięgnąć do tych samych instrumentów, które stosuje wobec Polski i Węgier, gdyby demokracja we Włoszech została ograniczona. Nie da się więc wykluczyć, że na płaszczyźnie sporu o praworządność dynamika sporu się teraz zmieni.

Ale już o wiele mniej pewna jest postawa Włoch, gdy idzie o utrzymanie twardego kursu wobec Rosji. Co prawda Meloni od wielu miesięcy popierała jednoznaczną postawę Draghiego w tej sprawie: forsowanie kolejnych sankcji, wysyłanie broni Ukraińcom i przyznanie Ukrainie statusu kraju kandydackiego do Unii. Jednak jeszcze przed wyborami Berlusconi uznał, że Putin winny nie jest, bo chciał jedynie „osadzić przyzwoitych ludzi” na miejscu Zełenskiego. A Salvini ostrzegał, że sankcje bardziej szkodzą Włochom niż Rosjanom. Gdy więc rząd Meloni znajdzie się w tarapatach, jest wielce prawdopodobne, że złagodzi stanowisko wobec Moskwy, byle uratować gabinet. Zmianę dynamiki w tej sprawie w Radzie UE widać zresztą już teraz. Do Polski i krajów bałtyckich, które forsują kolejny pakiet sankcji w odpowiedzi na zapowiedź aneksji przez Kreml kolejnych ziemi ukraińskich, przyłączyły się Niemcy. Węgry zapowiadają, że w żaden sposób się na to nie zgadzają. A Włochy, tak w tej sprawie aktywne za Draghiego, teraz milczą.

Sukces Meloni jest jednak też w ogromnym stopniu wynikiem porażki włoskiej lewicy. Szczególnie słaby wynik uzyskała Partia Demokratyczna (19 proc.) byłego premiera Enrica Letty. Nie udało mu się zbudować koalicji z innymi siłami tej rodziny politycznej, w szczególności z Azione.

Przed katastrofą kraj uratował poprzednik Draghiego Giuseppe Conte, który osiągnął całkiem niezły (wobec oczekiwań) wynik dla swojego radykalnego Ruchu Pięciu Gwiazd (15,5 proc.), w szczególności na południu kraju. Kluczowe było tu wprowadzenie z jego inicjatywy programu minimum socjalnego.