Istnieje wciąż w Rosji dziennikarstwo?

Istnieją, oczywiście, prawdziwi dziennikarze, którzy swój zawód traktują jako misję, ale państwo robi wszystko, by nie mieli możliwości tej misji realizować. Rosja ma specyficzną tradycję ustalania własnych pojęć, co wynika z jej tzw. kultury strategicznej. I pod różnymi pojęciami rozumie się tam zupełnie inne rzeczy niż u nas, na Zachodzie. Dlatego dziennikarzami nazywa się też ludzi, którzy z dziennikarstwem – takim, jak my je rozumiemy – nie mają właściwie nic wspólnego. Lepiej byłoby ich nazywać pracownikami państwowego przemysłu medialnego.

Czytaj więcej

Norymberga dla heroldów wojny

Bada pan tzw. kulturę strategiczną. Czym się wyróżnia ta rosyjska?

Kultura strategiczna to pewien wzorzec zachowań, kultywowany w związku z tradycją i systemem politycznym. I w Rosji, niezależnie od kolejnych form rządów – które i tak były tam dość podobne – sposób zachowania zawsze był dość mocno ofensywny. Nigdy nie był nastawiony na współpracę, tylko na stosowanie przemocy, mniej lub bardziej legitymizowanej państwowo. To skomplikowany rosyjski konstrukt psychologiczny, niestety, powielany z pokolenia na pokolenie.

Jaką rolę w tej kulturze strategicznej pełnią reżimowi „dziennikarze”?

Propaganda mocno wspiera tę kulturę, stąd też znaczenie tego, co ludzie widzą w telewizji, bo telewizja jest głównym źródłem informacji dla ogromnej większości Rosjan. Na Zachodzie mamy dziś zupełnie inną przestrzeń medialną. U nas to ludzie, wymieniając się informacjami w przestrzeni wirtualnej, narzucają tematy, które potem podchwytują media. A w Rosji wciąż to działa jak w erze przedinternetowej – to media głównego nurtu narzucają odbiorcom, co mają myśleć. To, co widać w telewizji, Rosjanie nadal odczytują jako obraz otaczającego ich świata.

A czy przekaz propagandowy Kremla kierowany na zewnątrz mocno się różni od tego przygotowanego dla rosyjskich obywateli?

W tej chwili nie, co jest kuriozalne. Wcześniej, podczas aneksji Krymu, na użytek zewnętrzny Rosjanie podnosili argumenty o prawie narodów do samostanowienia i powoływali się na casus Kosowa. Oczywiście, te dwie sprawy nie miały ze sobą za wiele wspólnego, ale w jakiś sposób próbowali uzasadnić swoją agresję. Trochę inaczej zaś mówili o tej aneksji własnym obywatelom. Ten przekaz zamykał się w haśle „Krym jest nasz”. Natomiast dzisiaj narracje dotyczące agresji wojskowej w ogóle się nie różnią, Rosjanie nie próbują się z tej agresji nikomu na Zachodzie tłumaczyć.

Czytaj więcej

Hejterzy na usługach Putina. Lista rosyjskich propagandystów jest bardzo długa