Państwa bałtyckie oczekują takich zmian w Koncepcji Strategicznej NATO, która zapewni skuteczną obronę ich terytorium w razie agresji Rosji. Jakie są szanse?

To wymagałoby znaczącego wzmocnienia obecności wojskowej w regionie, a patrząc choćby na stanowisko Scholza nie widzę szans. Trzeba by zapewnić poważne siły lotnicze i siły o wysokiej gotowości, które odpierają ten pierwszy atak. Mówi się o siłach w liczbie brygady w każdym z tych krajów, ale przynajmniej ze strony Niemiec nie widzę gotowości do wysłania brygady.

Po raz pierwszy od dekad istnieje realne zagrożenie ataku na jednego z członków NATO. Czy kraje Europy Zachodniej to rozumieją?

Może to zaskakujące, ale Hiszpania bardziej się tym przejmuje, choć przecież geograficznie jest bardziej oddalona od Rosji. To wynika z problemów z ruchami separatystycznymi w Katalonii i tego, że Hiszpanie widzą, jak Rosja ingeruje w ich sprawy wewnętrzne. We Francji wręcz przeciwnie. Eksperci od bezpieczeństwa dostrzegają zagrożenie ze strony Rosji, ale politycy czy szeroka opinia publiczna nie traktują tego jako zagrożenia egzystencjalnego. Podobnie w Niemczech. Szczerze mówiąc, jestem oszołomiony tym, co myślą politycy w Europie Zachodniej. W sprawie Ukrainy są niesłychanie ostrożni, powtarzają ciągle, że nie możemy się dać wciągnąć w tę wojnę. Z drugiej strony, gdy mowa o obronie NATO, to zmieniają myślenie o 180 stopni i mówią, że Rosja nigdy nie zaatakuje. Sądzę, że długo byli w idealistycznej bańce, w której wojna jest niemożliwa i będziemy żyli w wiecznym pokoju. I brakuje im kompetencji intelektualnych do pogodzenia się z rzeczywistością.

Kiedy rozmawiam nieoficjalnie z dyplomatami państw bałtyckich, to nie są też wcale pewni poparcia ze strony USA.

Cieszę się, mogąc krytykować Scholza i niemiecki rząd, ale niestety Waszyngton wcale nie jest lepszy. W Berlinie Zieloni i liberałowie są bardziej jastrzębi, a SPD zachowawcza. Podział widzimy też w Waszyngtonie. W Białym Domu jest hamulcowy Sullivan (doradca ds. bezpieczeństwa narodowego – red.), a departamenty stanu i obrony chciałyby bardziej zdecydowanych działań. Jest takie przekonanie w Białym Domu, w Partii Republikańskiej i generalnie wśród polityków młodego pokolenia, też w Partii Demokratycznej, że jedynym zagrożeniem są Chiny, a sprawy europejskie trzeba zostawić Europejczykom. USA miałyby się włączać tylko w sprawach fundamentalnych, np. odstraszania nuklearnego. A Europę definiują jako Francję i Niemcy.

Stoltenberg zasugerował przed szczytem 300 tys. żołnierzy gotowych do wysłania na wschodnią flankę. To byłaby prawdziwa zmiana?

Szczerze mówiąc, jestem tym trochę zaskoczony i chciałbym poznać więcej szczegółów. Bo wiadomo, że siły gotowości NATO muszą dotrzeć na miejsce w ciągu maksimum 30 dni. Chciałbym wiedzieć, czy to ma dotyczyć tych 300 tys. czy może będzie jakoś stopniowane? Na przykład 50–100 tys. w ciągu 30 dni, a pozostali w ciągu 60 czy 90 dni? Inaczej to jest niemożliwe do zrealizowania. Większość armii w Europie ma charakter zawodowy, nie da się szybko i łatwo zwiększyć ich liczebności, szczególnie na wymaganym poziomie gotowości bojowej.