Sądy prowadzą tylko rejestr swoich decyzji o kontroli operacyjnej, na którą wydają zgody służbom, ale nie mają prawa ich po czasie weryfikować, a klauzule tajności mogą zdjąć z nich tylko wnioskodawcy.

Tymczasem wnioski o kontrolę tworzy się nawet w oparciu o „notatkę służbową" funkcjonariusza czy agenta, bez sprawdzenia, czy relacja jest prawdziwa. Sędziowie do tych spraw nie są losowani, a wyznaczani w oficjalnym grafiku dyżurów. To również rodzi pole do nadużyć. „Rzeczpospolita" przeanalizowała, jak w praktyce wygląda zarządzanie kontroli.

Czytaj więcej

Pegasus, czyli podsłuchowa anarchia służb

Wniosek o zarządzenie lub przedłużenie kontroli operacyjnej to trzy strony. Na samo uzasadnienie, m.in. opis przestępstwa, służba ma ledwie pół strony A4. Dokument tak skonstruowano, że wnioskodawca nie musi podawać personaliów osoby, którą chce podsłuchiwać. Z kolei sąd musi uzasadniać jedynie odmowy – zgód już nie.

Lakoniczną notatkę urzędową z przeprowadzonej kontroli operacyjnej otrzymuje tylko prokurator generalny (lub okręgowy). Ale już nie sąd, który po wydaniu zgody na inwigilację – traci całkowitą kontrolę nad sprawą. To przepisy z 2014 r., których do dziś nie znowelizowano.

Niedostatki systemu potwierdza sytuacja polityczna – trwa dyskusja o inwigilacji senatora Brejzy, a on sam nie ma wglądu w materiały.

– Prawo do uzyskania informacji o tym powinno być standardem, a nie wyjątkiem – mówi Wojciech Klicki z Fundacji Panoptykon.