Czytaj dalej już od 9,90 zł (zamiast 39 zł)
Dostęp do treści RP.PL w serwisie i aplikacji:
- codzienne wiadomości, wartościowe komentarze i opinie na serwisie
- pogłębione reportaże i publicystyka w Plusie Minusie
Nawet sojusz z liberalnymi demokratami nie da liderowi torysów Davidowi Cameronowi większości. Fot. Toby Melville
Opublikowany na trzy dni przed czwartkowym głosowaniem sondaż YouGov daje laburzystom i torysom po 33 proc. głosów. Jak obliczył „Financial Times", ugrupowanie Eda Milibanda może liczyć na 270 mandatów w 650-osobowym parlamencie, a partia Davida Camerona 274. To zdecydowanie poniżej 325 deputowanych potrzebnych do zbudowania większości. Ponieważ oba ugrupowania idą w sondażach łeb w łeb od wielu miesięcy, nikt się nie spodziewa, aby któreś z nich zdobyło znaczącą przewagę w ostatnich kilkudziesięciu godzinach kampanii.
– Istniejący od końca XVIII wieku system dwupartyjny ostatecznie odszedł w przeszłość – tłumaczy „Rz" prof. Kevin Theakston, dyrektor Szkoły Politologii i Studiów Międzynarodowych University of Leeds. – To wynik głębokich zmian socjologicznych: nie ma już wielkoprzemysłowej klasy robotniczej, podstawy elektoratu laburzystów, nie ma też tradycyjnej klasy średniej, która głosowała na konserwatystów. Społeczeństwo jest bardzo zatomizowane i wybiera różne opcje. Tym bardziej że media stały się niezwykle krytyczne w ocenie świata polityki – dodaje.
Potencjalnym koalicjantem Camerona mogliby być liberalni demokraci, którzy współtworzą z konserwatystami obecny rząd. Jednak partia Nicka Clegga zapewne straci połowę z posiadanych 57 mandatów. Z takim partnerem obecnemu premierowi nadal nie uda się więc zbudować większości w parlamencie.
Czytaj dalej już od 9,90 zł (zamiast 39 zł)
Dostęp do treści RP.PL w serwisie i aplikacji: