Używając metafory piłkarskiej, obecna gra o Senat rozgrywa się na boisku republikanów, a opozycja jest w defensywie i znajduje się wręcz w sytuacji podbramkowej. Demokraci muszą bronić swoich senatorów w konserwatywnych stanach, takich jak Missouri, Indiana, Wirginia Zachodnia, Montana i Dakota Północna, gdzie Donald Trump jest niezwykle popularny. Dlatego wynik tego głosowania nie będzie precyzyjnie odzwierciedlał nastrojów w całej Ameryce i najprawdopodobniej w nowej kadencji Senatu przewaga jednej partii nad drugą będzie nieznaczna, tak jak obecnie (republikanie mają niewielką przewagę 50 do 49).

Inna sytuacja jest natomiast w Izbie Reprezentantów. Do niej kongresmeni są wybierani w 435 jednomandatowych okręgach wyborczych i według sondaży demokraci mają przewagę (wahającą się od 5 do 10 punktów proc.), która daje im poważną szansę na przejęcie władzy z rąk republikanów w Izbie.

Słabi republikanie to silny Trump

Obie partie idą do wyborów podzielone. Na prawicy rywalizują ze sobą umiarkowani konserwatyści o poglądach zbliżonych do zmarłego niedawno senatora Johna McCaina z populistami mówiącymi językiem Donalda Trumpa. Na lewicy bardziej radykalna w poglądach socjaldemokracja konkuruje z tradycyjnym, centrowym skrzydłem uosabianym przez Billa i Hillary Clintonów. Spory o tożsamość obydwu partii widać najwyraźniej w coraz ostrzejszej walce o przywództwo w Izbie Reprezentantów, która rozpocznie kadencję w styczniu 2019 r.

Sytuacja u republikanów wydaje się mniej skomplikowana. Po pierwsze, na polityczną emeryturę odchodzi 48-letni przewodniczący obecnej Izby – Paul Ryan, epigon reaganowskiego konserwatyzmu i specjalista od pilnowania dyscypliny budżetowej. Przedwczesna rezygnacja świadczy o tym, że sam poczuł, iż stopniowo tracił władzę nad klubem poselskim. Wczesną wiosną polityk z mozołem pracował nad kompromisową wersją ustawy imigracyjnej, ale najbardziej zagorzali trumpiści w partii zagrozili mu rokoszem, dlatego w kwietniu ogłosił, że nie będzie kandydować na kolejną kadencję.

O sukcesję po nim powalczy dotychczasowy numer dwa wśród konserwatystów, szef klubu republikańskiej większości w Izbie Kevin McCarthy z Kalifornii oraz republikanin numer trzy Steve Scalise z Luizjany, rzecznik klubowej dyscypliny (tę funkcję określa się zwyczajowo mianem „Whip", czyli tłumacząc dosłownie – bat). Obydwaj są w stanie pogodzić w partii dwie ścierające się frakcje – radykalniejszą, prezydencką z tą bardziej tradycyjną, centrową. Problem w tym, że jeżeli po wyborach republikanie utracą większość, to okrojona reprezentacja będzie się składać w większości z ludzi Trumpa. Najbardziej bowiem narażeni na przegraną są kongresmeni z okręgów, gdzie dominuje umiarkowany elektorat. Ci, którzy mogą być pewni reelekcji, wywodzą się z dystryktów, gdzie głowa państwa cieszy się wciąż ponad 60-procentowym poparciem. Dlatego w tym wszystkim wyzwanie McCarthy'emu i Scalise'owi planuje rzucić Jim Jordan z Ohio, lider wewnątrzpartyjnej grupy Freedom Caucus (Stronnictwo Wolności). To ultrakonserwatyści i libertarianie wywodzący się z ruchu Tea Party, który zrodził się w 2010 r. po wyborze na prezydenta Baracka Obamy i gromadził jego najzagorzalszych przeciwników. Dziś politycy z dawnego Tea Party zostali „rozpuszczeni" w ludzie Trumpa. Dlatego też wszyscy wiedzą, że Jim Jordan to głos prezydenta w Izbie Reprezentantów. Kiedykolwiek głowa państwa powie coś, co się okazuje nie do końca być prawdą, polityk idzie w zaparte i broni go jak lew.

Szwedzi na Bronksie

Choć demokraci szykują się do przejęcia władzy w Izbie, to sytuacja u nich jest o wiele bardziej skomplikowana. Partii brakuje spójnej tożsamości, która przekonałaby większość elektoratu, a to, co łączy ze sobą poszczególnych członków, to przede wszystkim niechęć do Donalda Trumpa. Lewicowe media zakochały się w 29-letniej Alexandrii Ocasio-Cortez, która w prawyborach w 14. okręgu wyborczym do Izby Reprezentantów z Nowego Jorku wbrew sondażom i przy wielkim zaskoczeniu wszystkich obserwatorów sceny politycznej pokonała prominentnego kongresmena Josepha Crowleya, który miał ambicję powalczyć o przywództwo w klubie i całej partii. Debiutantka polityczna, córka przedwcześnie zmarłego architekta z Nowego Jorku oraz gospodyni domowej z Portoryko, przedstawia się jako socjaldemokratka w skandynawskim stylu. W kluczowych kwestiach proponuje rozwiązania zachodnioeuropejskie, m.in. całkowite upaństwowienie systemu ubezpieczeń zdrowotnych, refundację kosztów studiowania, reformę więziennictwa oraz radykalne ograniczenie dostępu do broni palnej. Bez wątpienia Ocasio-Cortez jest obecnie na medialnej fali. Jeździ po kraju wraz ze swoim mentorem, senatorem Bernie Sandersem i pomaga w kampanii najbardziej postępowym kandydatom. Problem jednak polega na tym, że przy interpretowaniu zwycięstwa młodej polityk komentatorzy popełniają często kluczowy błąd. Bo Alexandria Ocasio-Cortez niby pobiła Crowleya różnicą 57 do 43 proc., ale udało jej się to przy frekwencji wynoszącej niecałe 12 proc. Poza tym 14. okręg wyborczy w Nowym Jorku (zajmujący część dzielnic Bronx i Queens) to jeden z najbardziej lewicowych w całym kraju, republikanów tam prawie nie ma. Dlatego zarówno debata, jak i rezultaty plebiscytu wewnątrz Partii Demokratycznej, na dodatek przy znikomej frekwencji, nie mogą nawet w minimalnym stopniu stanowić wiarygodnego odbicia dyskursu politycznego na poziomie całych Stanów Zjednoczonych. Rzeczywistość jest taka, że znacząca większość Amerykanów na razie nie chce budowania w USA „drugiej Szwecji".

Żołnierz, seniorzy i Afroamerykanin

Nawet przy najkorzystniejszym wyniku wyborów dla demokratów, czyli w sytuacji odbicia republikanom 50–60 miejsc w Izbie, frakcja Ocasio-Cortez będzie liczyć góra kilkunastu członków. W takiej sytuacji niemożliwy będzie atak na dotychczasowe przywództwo, czyli przewodniczącą klubu Nancy Pelosi i rzecznika dyscypliny klubowej Steny'ego Hoyera z lewej flanki. Tymczasem większość miejsc, które wedle sondaży zwolnią centrowi republikanie, zostanie zajęta przez centrowych demokratów. Tę grupę uosabia 34-letni Conor Lamb, były żołnierz piechoty morskiej i prokurator okręgowy, który wygrał niedawno wybory uzupełniające do Izby w uchodzącym za umiarkowanie konserwatywny okręgu w Pensylwanii. Nie jest to postać szablonowa. W czasie kampanii krytykował republikańskie wysiłki na rzecz likwidacji systemu ubezpieczeń zdrowotnych tzw. Obamacare, ale sprzeciwia się jednocześnie całkowitemu przejęciu odpowiedzialności za ubezpieczenia zdrowotne przez państwo. Poza tym popiera wprowadzenie przepisów nakazujących skuteczniejsze profilowanie osób chcących nabyć broń, lecz nie zgadza się na odgórny zakaz jej sprzedaży. Z kolei w drażliwej kwestii zaporowych ceł na produkty importowane z Chin zgadza się z polityką Białego Domu. Lamb ganił też z pozycji prawicowych w prawyborczej kampanii przewodniczącą klubu Nancy Pelosi i upominał się o konieczność zmiany kierownictwa po wyborach. Warto jednak zaznaczyć, że jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żeby konkurencję o fotel przewodniczącego Izby Reprezentantów czy klubu poselskiego wygrał partyjny debiutant.

Pretendent, który poważnie myśli o sięgnięciu po przywództwo, będzie musiał zjednoczyć wszystkie nurty w wyjątkowo dziś rozdrobnionej Partii Demokratycznej. Dlatego zmiana – jeśli już do niej dojdzie – może być bardziej pokoleniowa aniżeli tożsamościowa. Nancy Pelosi ma 78 lat, Steny Hoyer – 79. Trzeci w kolejce Jim Clyburn jest w wieku szefowej. Z ambicjami nie kryje się 56-letnia kongresmenka Cheri Bustos z Illinois. O jej sile i autorytecie świadczy to, że potrafi wygrywać wybory w prowincjonalnym okręgu zdominowanym przez „lud Trumpa". Prowadzi szeptaną kampanię wyborczą, a członków partii przekonuje, że ugrupowania do porządku może doprowadzić ktoś, kto ma kontakt z peryferyjną Ameryką, a nie przedstawiciele elit wschodniego (Hoyer) i zachodniego (Pelosi) wybrzeża. Innym kandydatem do przywództwa wśród demokratów jest czarnoskóry nowojorczyk Hakeem Jeffries, po cichu liczący szable. Nie można jednak lekceważyć zbliżającego się do osiemdziesiątki tandemu Pelosi–Hoyer. Obydwoje są obecni w Izbie od czasów Ronalda Reagana, znając politykę od podszewki. Przetrwali wielkie rewolucje i małe rewolty, mogą kokietować członków klubu intratnymi posadami w komisjach kongresowych oraz mają niemal nieograniczony dostęp do sponsorów.

Wszyscy ludzie prezydenta

Niektórzy politycy i publicyści spodziewają się, że na wynik wyborów do Kongresu wpłyną postępy w śledztwie Roberta Muellera, specjalnego prokuratora powołanego przez Ministerstwo Sprawiedliwości do zbadania związków Donalda Trumpa z Kremlem. Mueller sprawdza możliwość ewentualnej ingerencji Rosji w wybory prezydenckie w 2016 r., potencjalnej zmowy między ekipą prezydenta a ludźmi Putina oraz tzw. obstrukcji sprawiedliwości (Obstruction of Justice). W ostatnim punkcie chodzi o to, że Trump wyrzucił z pracy szefa FBI Jamesa Comeya, kiedy ten miał być blisko wszczęcia śledztwa w sprawie interesów prezydenta. Na razie zarzuty usłyszało kilkunastu współpracowników głowy państwa, w tym wiceszef kampanii wyborczej Rick Gates, doradca ds. polityki zagranicznej George Papadopoulos i były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego gen. Michael Flynn. A były szef sztabu wyborczego Paul Manafort został pod koniec sierpnia uznany przez ławę przysięgłych za winnego ośmiu przestępstw, w tym składania fałszywych zeznań i prania pieniędzy. Tymczasem w mijającym tygodniu zaufany macher prezydenta Roger Stone rozesłał po politycznych przyjaciołach e-mail z prośbą o pieniądze na adwokatów, bo spodziewa się, że śledczy zapukają do niego w następnej kolejności.

Biały Dom się niecierpliwi i oczekuje od Muellera, że jeśli coś ma na samego Donalda Trumpa, to niech się z raportem pospieszy, żeby wyborcy mogli to sami ocenić. „Do wyborów zostało mniej niż 60 dni. Jeśli specjalny prokurator chce pozostać ponadpartyjny, powinien czym prędzej ogłosić, czy ma dowody na zmowę albo obstrukcję sprawiedliwości" – napisał na Twitterze prezydencki prawnik i b. burmistrz Nowego Jorku Rudy Giuliani. Demokraci zresztą też się niecierpliwią. Pamiętają, jak niecałe dwa lata temu szef FBI Comey na tydzień przed wyborami poinformował członków Kongresu, że znalazły się nowe e-maile Hillary Clinton mogące wskazywać na to, że kandydatka dopuściła się złamania tajemnicy państwowej. I chociaż potem śledztwo umorzono, tamta rewelacja była jednym z głównych czynników, które mogły zadecydować o jej przegranej. Teraz opozycja liczy, iż pojawią się kwity obciążające samego prezydenta. Ale prokurator Mueller nieraz dowiódł, że jest państwowcem i nie pracuje według kalendarza politycznego. Działa skrupulatnie i uruchamia się dopiero wtedy, gdy dowody są przekonujące.

Nie jest tajemnicą, że prezydent serdecznie nienawidzi prokuratora generalnego Jeffa Sessionsa i jego zastępcy Roda Rosensteina, albowiem to oni są przełożonymi Muellera i od nich (a szczególnie od Rosensteina, bo Sessions wyłączył się ze sprawy, sygnalizując potencjalny konflikt interesów) zależy jego dalsza praca. Gdyby chciał ich obydwu wyrzucić i powołać na stanowiska ludzi skłonnych wyrzucić specjalnego prokuratora, to mielibyśmy do czynienia z precedensem na miarę epizodu z afery Watergate, zwanym „masakrą sobotniej nocy", który wydarzył się w 1973 r. Prezydent Richard Nixon zwolnił wówczas niemal całe kierownictwo resortu sprawiedliwości i kazał najwyżej postawionemu spośród pozostałych zwolnić specjalnego prokuratora Archibalda Coxa zajmującego się sprawami niechlubnych taśm. Republikanie z obydwu izb Kongresu uznali to za ewidentne nadużycie władzy, zapanował polityczny konsensus do przeprowadzenia impeachmentu, osamotniony prezydent podał się do dymisji. Ale w 2018 r. ten scenariusz się nie powtórzy. Z Białego Domu dochodzą głosy, że Sessions, a może i Rosenstein, stracą pracę dopiero po wyborach. Wszystko wskazuje na to, że republikanie z Senatu dają prezydentowi zielone światło na takie działania, a partia nie uzna tego za nadużycie władzy, tak jak pozostała lojalna wobec prezydenta, gdy zwolnił Comeya.

Zwrotu akcji nie będzie

Jednocześnie nie ustają dywagacje, czy Donald Trump stanie w obliczu impeachmentu, czyli procedury odwołania go z urzędu. Dzisiaj nie ma zbyt wielu argumentów przemawiających za tym, że tak się stanie. I po wyborach najprawdopodobniej nic się nie zmieni. Dlatego, że po pierwsze, dotychczas Mueller nie postawił żadnych zarzutów gospodarzowi Białego Domu. Spekulacyjna aura, w której padają hasła, że Trump musiał wiedzieć o tej czy tamtej rozmowie, pod względem odpowiedzialności prawnej niczego nie zmienia.

Procedura impeachmentu polega na tym, że kongresmeni decydują o postawieniu prezydenta w stan oskarżenia i wysyłają swoją delegację w charakterze kolektywnego prokuratora do Senatu, gdzie odbywa się proces pod przewodnictwem prezesa Sądu Najwyższego. Republikanie w Izbie nie będą skorzy do wszczęcia tej operacji, bo ich wyborca tego nie chce. Wśród twardego elektoratu prawicy prezydentowi ufa prawie 90 proc. głosujących. Co więcej, uważają, że śledztwo Muellera jest spiskiem waszyngtońskich elit. Lewica natomiast ma inny problem. Jeśli zacznie się impeachment, ustanie normalna praca władzy ustawodawczej i w kolejnym cyklu wyborczym republikanie powiedzą, że demokraci się uwzięli na niewinnego Trumpa, a w gruncie rzeczy dokonują obstrukcji prac legislatywy. Poza tym wreszcie, jeżeli elektoraty obydwu partii są zdeterminowane i bezwzględnie lojalne wobec władz stronnictwa, o wyniku wyborów prezydenckich zadecydują niezależni. Demokratom łatwiej ich będzie przeciągnąć na swoją stronę, jeśli twarzą i kandydatem republikanów będzie już dostatecznie skompromitowany Donald Trump, a nie Mike Pence, który zostałby głową państwa, gdyby impeachment się udał i najpewniej walczył o następną kadencję. Impeachment nie jest więc na rękę żadnej z partii.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95