Do Yambio, 350 kilometrów na południowy zachód od Juby, można jechać cały dzień autobusem albo lecieć półtorej godziny oenzetowską cessną za 200 dolarów w obie strony. Jeżdżą zwykli ludzie, siostry zakonne i nieliczni zachodni turyści spragnieni przepraw przez rozmyte deszczem drogi, niebezpiecznych wywrotek pojazdów, czekania w buszu na pomoc, która nigdy nie nadchodzi, i innych mocnych wrażeń, o których potem będzie można opowiedzieć znajomym przy dobrej kolacji. Samolotami latają zwykle pracownicy ONZ i organizacji pomocowych, politycy, dziennikarze i gwiazdy Hollywoodu, które na własne oczy chcą zobaczyć nędzę Afryki. Z tym że do Yambio jeszcze żadna wielka gwiazda nie dotarła. Politycy, nawet południowosudańscy, też rzadko tu bywają. Z pozarządowych organizacji pomocowych znalazłem jedną – Lekarzy bez Granic. Amerykanin z rozbieganymi oczami, z którym przez chwilę rozmawiałem, sprawiał wrażenie, jakby cierpiał na połączenie depresji z ADHD. – It’s tough here, man – powtarzał, przestępując z nogi na nogę. Ciężko tu jest, nie da się wytrzymać. Uspokoił się na moment, gdy spytałem, ile jeszcze mu zostało. – Dwa tygodnie, dwa tygodnie, i wracam! – mówił z promienną twarzą. – Bardzo interesujące doświadczenie, ale chyba go nie powtórzę.

[wyimek][b][link=http://www.rp.pl/artykul/398643_W_strachu_przed_boza_armia.html" "target=_blank]Zobacz fotocast[/link][/b][/wyimek]

Jest też UNICEF i baza ONZ, która przypomina porzuconą zajezdnię MPO na Polu Mokotowskim – jakieś zardzewiałe kontenery, opony walające się po zarośniętym wysoką trawą podwórku i bramka ze śpiącym strażnikiem. Tylko białe landrovery z logo ONZ i kilku pracowników z identyfikatorami na szyi zdradzają, że do Yambio również dociera międzynarodowa troska.

Stolica Zachodniej Prowincji Równikowej to trzykilometrowa bita droga z domami po obu jej stronach, jeden hotel turystyczny, kilka kościołów, siedziba biskupa diecezji Tambura-Yambio, akademia policyjna, dwa ronda, na których czasami jeden z adeptów akademii kieruje ruchem. Jest nawet lokalne radio i targ, na którym można kupić wspaniałe owoce – ta prowincja to jeden z najżyźniejszych rejonów Afryki Równikowej. – W Yambio zjesz najlepsze pomarańcze, najlepsze mango, cebula jest słodka, cytryny soczyste, a awokado osiąga wielkość małego arbuza – opowiadała mi w Dżubie Ann, Kenijka, która spędziła w Zachodniej Prowincji kilka miesięcy. – Ale to nie jest miejsce do normalnego życia. Nie jest, bo w Yambio wszyscy się boją. – Do miasta nie przychodzili już ze dwa lata – mówi mi ojciec Igantius Mborihenga, sekretarz biskupa. – Ale kiedy kładę się spać, to nie wiem, co się wydarzy w nocy. Kiedyś byli również u nas, w siedzibie biskupa. Weszli do refektarza i zabrali wszystkie sztućce. Potem podeszli nawet do pokoju biskupa i zaczęli walić do drzwi. Ale nie otworzył im i poszli gdzie indziej. Potem przez kilka tygodni nie mogłem spać.

– Wystarczy, że ludzie usłyszą strzały w okolicy, od razu wpadają w panikę. Tłumy uciekają z jednej strony miasta na drugą, to jest straszny widok – mówi mi Joseph, dozorca w hotelu. – Niedawno armia urządziła ćwiczenia w strzelaniu tuż pod miastem i zapomniała o tym ludziom powiedzieć. Co tu się działo! Mało się ludzie nie potratowali nawzajem…

[srodtytul] Wiedźma rusza do boju[/srodtytul]

6 sierpnia 1986 roku Lakwena powiedział Alicji, że zwykłe uzdrawianie i przepowiadanie przyszłości to za mało. Żyjący na północy Ugandy lud Aczoli cierpiał pod rządami prezydenta Yoweri Museveniego. Aby położyć temu kres – mówił Lakwena do Alicji – musisz powołać armię, która zniszczy zło i zaprowadzi pokój na ziemi.

Alicja Auma była zwykłą nieszczęśliwą kobietą, jakich w tej części Afryki wiele. Mimo dwóch małżeństw nie urodziła dziecka, a do tego najwyraźniej zwariowała. Straciła słuch i mowę, często traciła przytomność. Ojciec zabrał ją do 11 czarowników, ale nic nie pomogli. Alicja poszła więc do lasu na 40 dni, a gdy wróciła, oznajmiła światu, że przemawia przez nią Lakwena. Dla Aczoli zamieszkujących północ Ugandy słowa Lakweny są święte. Jest on bowiem wysłannikiem Ducha Świętego, najpotężniejszego ze wszystkich duchów.

W ten sposób powstał Ruch Ducha Świętego, wielka religijna armia, na której czele stała Alicja. Od czasu, gdy skontaktował się z nią Duch, znana była jako Alice Lakwena, dowódca wielkiej bożej armii, dzięki której Aczoli zostaną wyzwoleni nie tylko od cierpienia, ale również od zemsty duchów ofiar, które niechybnie padną z ich rąk na drodze do wolności i dobrobytu.

Autopromocja
Panel dyskusyjny "Rozwój sektora PRS"

Dla wielu klientów zakup mieszkania stanie się nieosiągalny

OGLĄDAJ RELACJĘ

Początkowo boża armia odnosiła sukcesy, miażdżąc żołnierzy Museveniego i dochodząc niemal do Kampali. Alicja przekazywała żołnierzom polecenia od Lakweny: wysmarowani olejem mieli być niewidoczni dla wrogów, nigdy nie wolno im było uciekać ani wycofywać się z pola bitwy, nie mieli prawa zabijać węży ani pszczół, zamiast tego rzucali we wroga kamieniami, które zmieniały się w powietrzu w roje pszczół i jadowite węże. Ta taktyka przynosiła znakomite rezultaty. Co prawda niektórzy członkowie bożej armii ginęli, ale tylko ci, którzy nie wysmarowali się olejami albo w inny sposób obrazili Lakwenę. Wojsko Alicji posuwało się na południe w kierunku Kampali – przy poparciu wielu innych plemion, które miały własne powody, by nienawidzić rządu Museveniego.

Jednak w 1997 roku karta wojny obróciła się przeciwko bożej armii. W lesie niedaleko Dżindża pod Kampalą rządowe wojska dokonały jatki wśród żołnierzy Ruchu Ducha Świętego, a sama Lakwena uciekła do Kenii. Wrogowie twierdzili, że oszukała ludzi, nie była żadnym medium, wykorzystywała najwyżej swoje moce do niszczenia innych. Kto wie, może była tylko zwykłą wiedźmą. Co prawda tuż przed śmiercią w 2007 roku w obozie uchodźców w Kenii twierdziła jeszcze, że wynalazła lekarstwo na AIDS, ale nikt jej już nie uwierzył. Umarła w samotności na jakąś nieznaną chorobę.

[srodtytul]To nie dzieci, to żołnierze[/srodtytul]

Tymczasem w Ugandzie w bożej armii rolę dowódcy i wysłannika Ducha Świętego przejął dawny konkurent Alicji Joseph Kony. Działając od 1986 roku równolegle do Ruchu Ducha Świętego Alicji, Kony stosował taktykę, której ona nie popierała. – Lakwena nie chce, byśmy porywali dzieci, zabijali jeńców i cywilów – mówiła Alicja. Ale Kony jej nie słuchał. Zabijał, gwałcił, plądrował wsie. Napadał na szkoły i uprowadzał dzieci, młodych chłopców uczył mordować, czasem ich pierwszymi ofiarami byli rodzice albo krewni, kobiety. Dziewczynki rozdawał swoim żołnierzom jako niewolnice seksualne. Z czasem w jego armii, z nielicznymi wyjątkami, walczyły wyłącznie dzieci i to był ewenement na skalę światową.

Od Alicji przejął niektóre metody walki. Lubił na przykład atakować formacjami na kształt krzyża pokropionymi święconą wodą. Podobno czasami opuszczał swoich żołnierzy i całymi dniami leżał nago na słońcu, wystawiając namaszczone olejem ciało na termity. Potem tygodniami siedział samotnie w grocie. Dzieciom żołnierzom tłumaczył, że gdy na swoim ciele zrobią olejem znak krzyża, nie dotkną ich kule. Niektórych oleje chroniły, ci, którzy ginęli, pewnie nie mieli wystarczającej wiary.

On sam uznawał się za medium Lakweny. Ludzie, którzy go spotkali, mówili, że jest mesjaszem albo opętanym przez Złego. Okrucieństwo przechodzące wszelkie granice stało się jego narzędziem walki, duchowa ekstaza i religijne szaleństwo metodą manipulowania ludźmi. Od początku lat 90. jego wojsko przyjęło nazwę Armia Oporu Pana (LRA), a deklarowanym celem Kony’ego stało się zaprowadzenie w Ugandzie systemu opartego na dekalogu.

Nikt nie wie do końca, ilu żołnierzy liczy LRA, niektórzy mówią, że tysiąc, inni, że może nawet 3 tysiące. Oskarżyciele LRA twierdzą, że od 1986 roku Kony wcielił siłą do swojej armii 10 tysięcy chłopców. I to ci kilkunastoletni chłopcy są najbardziej okrutnymi mordercami, to również oni najczęściej giną w starciach z ugandyjskim wojskiem. Dla Kony’ego nie stanowi to jednak problemu – zawsze można napaść na następną szkołę czy wioskę.

Dotychczasowe próby negocjacji z Konym nie powiodły się, podobnie jak mediacje w celu zakończenia porywania dzieci, m.in. prowadzone przez Watykan. „W naszej armii nie ma dzieci, są tylko żołnierze” – mówił Kony Janowi Egelandowi, negocjatorowi z ONZ w 2006 roku. Próba zabicia go w 2006 roku przez wyszkolonych w USA gwatemalskich komandosów nie powiodła się – wszyscy komandosi zostali zabici przez Kony’ego. Próby rozdarcia ruchu od wewnątrz kończą się tragicznie. Pod koniec 2007 roku podobno osobiście dokonał egzekucji na swoim zastępcy Vincencie Ottim i kilku innych dowódcach, którym przestał ufać.

List gończy wystawiony przez Międzynarodowy Trybunał Karny w 2005 roku nie zrobił na nim wrażenia. Ofensywa armii ugandyjskiej przeciwko LRA na początku 2009 roku przyniosła mieszane efekty. Kony został co prawda wyparty z Ugandy, ale przeniósł się do buszu na południu Sudanu, na pogranicze Demokratycznej Republiki Konga oraz Republiki Środkowoafrykańskiej.

To właśnie ze względu na Josepha Kony’ego i jego Armię Oporu Pana mieszkańcy Yambio żyją codziennie w strachu o własne życie.

[srodtytul]Nie wiem, kiedy mnie porwali[/srodtytul]

W ośrodku pomocy dla kobiet w Yambio umieszczono sierociniec dla dzieci uciekinierów z armii Kony’ego. Idia, drobna dziewczynka, która mówi tak cicho, że jej prawie nie słychać, ma na głowie dziwne placki łysiny.

– Kazali mi nosić na głowie ciężkie rzeczy – mówi.

– Czyli co? – pytam

– Kiedyś jeden żołnierz okręcił mi głowę drutem i postawił na to garnek z wrzącą wodą. Gdy szłam, ta woda parzyła mi plecy i ramiona. Oni się śmiali. Potem na ten garnek postawili następny, upadłam, bili mnie.

– Ile masz lat? – pytam.

– Nie wiem.

– Kiedy cię porwali?

– Nie wiem. Nie pamiętam. W buszu ciągle byliśmy w ruchu, ciągle szliśmy albo uciekaliśmy. Spokój był tylko, gdy napadli na jakąś wieś i dzielili się łupem. Wtedy chwilę byliśmy w miejscu. Oni się bawili. A zaraz potem znowu uciekaliśmy. Torturowali mnie i przez cały czas wykorzystywali. Musiałam im służyć.

Siamo została porwana w miejscowości Nabanga. Do ośrodka w Yambio trafiła zaledwie dzień wcześniej. Uciekła z dzieckiem, które urodziła w niewoli. – Kiedy urodziłaś dziecko? – pytam. – Nie wiem, chyba jakieś cztery lata temu.

Przez tydzień ukrywała się z dzieckiem w buszu, uciekała, dzień i noc uciekała. Jadła jakieś liście, korzenie, umierała ze strachu przed ludźmi i drapieżnymi zwierzętami, których w tych lasach pełno. Potem wyszła z dżungli i trafiła na jakichś ludzi, którzy zawieźli ją do miejscowości Tambura. A stamtąd wczoraj trafiła do ośrodka.

Pytam Siamo, czy czuje się tu bezpieczna. – Nie jestem bezpieczna, tamto ciągle jest ze mną. Boję się, że znowu przyjdą, rozpoznają mnie i moją córkę.

Anthony Modia jest ministrem rozwoju społecznego Zachodniej Prowincji Równikowej. Do jego obowiązków należy zapewnienie opieki dzieciom w ośrodku. – LRA terroryzuje całą prowincję – mówi. – Atakują wioski, zabijają ludzi i porywają dzieci, nawet pięcioletnie. Chłopców uczą zabijać, a jeśli któryś się opiera, to męczą go tak długo, aż ulegnie. Uczą zabijać w najbardziej okrutny sposób, maczetami albo pałkami. Potem takie dziecko, które raz zabije, może zabijać zawsze, kiedy mu każą.

Pytam ministra, dlaczego nie da się pokonać armii Kony’ego. – Oni działają małymi grupkami, są ciągle w ruchu, tu jest bardzo gęsty las. Atakują tylko nieuzbrojonych cywilów. Przed armią uciekają. – Czy południowosudańska armia SPLA wystarczająco chroni tych ludzi? – Wojsko się stara, ale niewiele może zrobić – tłumaczy minister Modia.

– To bzdura, minister tak mówi, bo jest jednym z nich – ojciec Steven, miejscowy ksiądz, jest pełen goryczy. – Jedyna armia, która tutaj cokolwiek robi, to są Ugandyjczycy. To oni atakują oddziały Kony’ego w Sudanie i Kongu. Nikt z SPLA nie będzie ryzykował życia. Sudańczykom od dawna nikt nie płaci, nie będą nadstawiali karku. Ta prowincja jeszcze żyje tylko dzięki Ugandyjczykom i Arrow Boys.

– Dzięki komu?

– Arrow Boys. Łucznikom.

[srodtytul]Milicja myśliwych[/srodtytul]

Na granicy Yambio, tuż przy drodze prowadzącej do buszu, znajduje się kościół episkopalny. Na podwórku przed świątynią spotykam miejscowego pastora Bernarda Fuoro.– Kiedyś domy ciągnęły się jeszcze ze 2 kilometry w las, ale teraz ludzie wycofali się do miasta. Odchodzą ze swoich pól, zostawiają tak żyzną ziemię, bo się boją. Ale ja nie wyprowadzam się ze swojego domu.

Dom Bernarda znajduje się w buszu ze 2 kilometry od kościoła. Według tutejszych standardów to już linia frontu. – Teraz wszędzie w tych lasach są nasi łucznicy. Ale trzy lata temu nikogo nie było i mało mnie nie zabili. Strzelali do mnie trzy razy, ale nie trafili – mówi pastor Fuoro.

Po chwili dołącza do nas Richard Thomas Nzame, energiczny 30-latek z szeroką przerwą między przednimi zębami. – Arrow Boys, czyli łucznicy, to są chłopcy, którzy bronią swoich społeczności przed atakami LRA – wyjaśnia.

– Jesteśmy wyposażeni w łuki i strzały, organizujemy nocne patrole, chodzimy po buszu. Gdy spotykamy jakichś ludzi w lesie, to ich zatrzymujemy i przesłuchujemy. Jeżeli to są zwykli mieszkańcy, to ich puszczamy wolno, jeśli wydają nam się podejrzani, to zatrzymujemy ich do rana, przekazujemy armii albo policji.

Richard jest dowódcą łuczników w Yambio. Pytam, co myśli o LRA. – LRA zabija naszych ludzi. Plądrują nasze domy, porywają dzieci. Oni mają karabiny, my mamy łuki. Gdy wiemy, w jakiej okolicy się znajdują, to organizujemy na nich zasadzki. Napadamy na nich i ostrzeliwujemy z łuków. Jeśli któregoś ranimy, to umiera w mękach. Nasze strzały to nie kule, ale jak już wejdą w ciało, to trudno je wyjąć. A oni nie mają tam lekarzy, nie mogą iść do szpitala. Nie mogą też sobie pozwolić na to, by ciągnąć rannych ze sobą, więc zostawiają ich na pewną śmierć. Oni nas się boją, bo nikt nie chce być trafiony naszą strzałą.

Siłą Arrrow Boys jest również bliska współpraca z jedyną armią zainteresowaną wykończeniem Kony’ego – Ugandyjczykami. Dla LRA obecność łuczników oznacza, że tuż za nimi czają się żołnierze armii ugandyjskiej już nie z łukami, tylko z karabinami maszynowymi, samolotami i oddziałami specjalnymi. Pytam o rozmieszczeni grup Arrow Boys.

– Z Yambio do granicy z Kongiem jest 21 mil. Mamy nasze oddziały na całym tym terenie. Działamy w całej Zachodniej Prowincji Równikowej, jest nas prawie 3 tysiące. Jesteśmy zwykłymi ludźmi z tej okolicy, nie mamy wyszkolenia wojskowego, nie mamy broni palnej, ale wielu z nas to myśliwi. Wiemy, jak poruszać się w buszu, i to jest nasza przewaga nad nimi.

– Czy często udaje się wam ich zabić?

– Zabijamy ich. Czasem zostawiamy ciała w buszu, czasem zabieramy je do wsi i pokazujemy ludziom, żeby wiedzieli, kim są ci z LRA. I mogą rozpoznać wśród tych trupów ludzi, którzy na nich wcześniej napadali.

– Czy wierzysz, że możecie wygrać wojnę z LRA? Przecież Kony’ego nie umieją zabić nawet Amerykanie. Dlaczego wam ma się udać?

– Wygramy wojnę z LRA, bo to jest nasz busz, znamy tu każde przejście, każdy strumyk. Ta wojna zabierze dużo czasu, bo oni mają broń palną, a my tylko łuki, maczety, dzidy. Nie mamy pieniędzy, nikt nam nie płaci. Ale w końcu wygramy, bo mamy poparcie ludzi. Wspierają nas, nawet policja z nami współpracuje.

Richard ma rację. Władze sudańskie zostawiły Zachodnią Prowincję Równikową na pastwę armii Kony’ego, ale nie mają przynajmniej nic przeciwko temu, by łucznicy zaprowadzali na tym terenie własną sprawiedliwość.

– Ja nie wiem, czy to dobrze – mówi ojciec Steven. – Wiadomo, że ludzie będą wspierać tych łuczników, bo to są miejscowe chłopaki i zapewniają nam jako taki spokój. Tylko że na naszych oczach tworzy się właśnie nowa milicja. Richard i jego koledzy za kilka miesięcy czy lat będą chcieli się liczyć w tutejszej polityce. Powie: „Broniłem was, teraz czas, żebyście mi się odpłacili”. I wtedy mogą się pojawić kłopoty.

[srodtytul]Znak wiary[/srodtytul]

Jedziemy drogą z Yambio na wschód. Mijamy miejscowość Rimenze około 35 kilometrów od Yambio i trafiamy do obozu uchodźców Makpandu. Mieszka tu kilka tysięcy Kongijczyków z plemienia Zande. Wszyscy pochodzą z okolic miasta Doruma w DR Kongo, jakieś 80 kilometrów stąd. Trafiali do obozu grupami, pierwsza uciekła przed LRA z parafii Duru 7 września 2008 roku. To właśnie wtedy żołnierze Kony’ego przyszli do Duru, spalili misję katolicką, spalili domy, porwali też wiele dzieci ze wsi. Weszli do szkoły i po prostu zabrali je ze sobą. Niektórym do tego czasu udało się uciec, wielu ciągle znajduje się w ich rękach.

Ci pierwsi uciekinierzy z Dorumy to byli szczęściarze. Pozostali mieli paść ofiarą jednej z największych zbrodni Armii Oporu Pana w historii. 25 grudnia 2008 roku, w Boże Narodzenie, oddział LRA wszedł do kościoła w miejscowości Faradje i po prostu pociął maczetami na kawałki 150 osób. W tym samym czasie inne oddziały Kony’ego zamordowały 75 osób w kościele niedaleko Dungu, spaliły kościół i zabiły 48 osób w Bagandi oraz 213 osób w Gurba. Takie są dane Caritasu, ONZ podaje nieco niższe, twierdząc, że w trakcie „masakr bożonarodzeniowych” w Demokratycznej Republice Konga przy granicy w Sudanem LRA zabiła w sumie 189 osób. Uchodźcy w Makpandu to między innymi ludzie, którym udało się wtedy ujść z życiem.

Przechadzam się po obozie, całkiem dobrze zorganizowanym. Na targu wre życie, ludzie dobudowują jakieś dodatkowe pokoje do swoich lepianek, kobiety pracują w warsztacie krawieckim, mężczyźni kopią latrynę, inni wypalają cegły z gliny. Działają pompy wodne, na głównym placu trwa dystrybucja jedzenia. Każdy jest rejestrowany, zostawia odcisk palca i dostaje kartkę żywnościową.

W obozie działa szkoła. 171 dzieci podzielonych na pięć oddziałów. Wchodzę na zajęcia w pierwszej klasie, gdzie nauczyciel właśnie przymierza się do wychłostania kilkuletniej dziewczynki. Gdy zauważa gościa, szybko odkłada kij i zaprasza do środka. Dzieci rozumieją, co się stało, wybuchają śmiechem, zapłakana dziewczynka szybko ucieka z klasy.

– Niektóre z tych dzieci to sieroty, inne mają rodziców tutaj, jeszcze inne zostawili ich w Kongu – tłumaczy mi mój przewodnik po obozie Mbiko Jezu Nungalete. W języku Zande jego imię znaczy „Bogu dzięki”. – Zostaną tu tak długo, jak długo w Kongu będzie trwała wojna z LRA. Mbiko Jezu prowadzi mnie na spotkanie z kilkoma chłopcami, którzy uciekli LRA. I znów słyszę te same historie: – Nie pamiętam, kiedy mnie porwali – mówi Aniru. – Nie wiem, jak długo byłem z nimi. Chyba jakieś trzy lata. Przez cały czas nosiłem dla nich rzeczy i pracowałem. Owoce, ziarno, kasawa. Gdy nie mogłem nosić, bili mnie.

Uciekłem, gdy nasz obóz zaatakowali żołnierze ugandyjscy, wszyscy się rozpierzchli i skorzystałem z okazji. Moja mama jest w Duru. Mój tata umarł, został przez nich zabity. Dopóki wojna trwa, nie wrócę do mamy. Nie myślę o tamtym czasie, nie chcę o tym myśleć. Boję się, że wrócą. Spotykam ojca Mario, włoskiego misjonarza ze zgromadzenia kombonianów, któremu ludzie Kony’ego spalili kościół w Duru. – Niczego tutaj nie można być pewnym – mówi, gdy pytam go o obecność LRA w okolicy. – Jak dotąd jeszcze tu w obozie nie byli. Ale na pewno wiedzą, że tu jesteśmy, i wiedzą, kim jesteśmy. Uciekliśmy raz spod ich karabinów i maczet, może będą chcieli spróbować znów nas dopaść.

Pytam ojca Mario, co właściwie robi w tym miejscu. Jest Włochem, w każdej chwili może opuścić ten obóz, zostawić za sobą tę nędzę i beznadzieję, ratować życie i resztki zdrowia. – Nie mogę opuścić tych ludzi – mówi. – To są moi parafianie i moim obowiązkiem jest być z nimi w tej chwili. Jak mógłbym ich opuścić? Zresztą ja jestem takim samym uchodźcą jak oni. Mnie LRA też spaliła dom, nie mam się gdzie podziać. Nie wiemy, co się wydarzy, ale żyjemy nadzieją, że życie zwycięży.

Wyjeżdżam z Makpandu, ale wcześniej zatrzymuję się przy ogromnym krzyżu, który mieszkańcy postawili przy wejściu do obozu. Stoi na kopcu, który wygląda jak mogiła. Pytam Mbiko Jezu Nungalete, kto leży pochowany pod krzyżem.

– Nikt tu nie leży – mówi z uśmiechem. – To nie jest żaden grób, tylko znak naszej wiary. Po prostu krzyż się przewracał i żeby stał prosto, dosypaliśmy mu trochę ziemi. Teraz nic go nie ruszy.