Pod koniec lat 20. XIX stulecia do Jerozolimy przybyli z Anglii państwo Montefiore – Judith i Moses. Byli – jak powiada po prawie 200 latach współczesny nam Montefiore, Simon, znany pisarz, autor m.in. książek: „Stalin. Dwór czerwonego cara" i „Potiomkin. Książę książąt" – „pierwszymi przedstawicielami nowej klasy wpływowych i dumnych Żydów europejskich, pragnących usilnie pomóc swym nieoświeconym braciom z Jerozolimy".

Tymczasem ta ostatnia pod rządami osmańskiego paszy zwanego Mustafą Zbrodniarzem wyludniła się i pogrążyła w nędzy. Jak zanotowała Judith: „Ani śladu nie pozostało z miasta, które było kiedyś radością całej kuli ziemskiej". Państwo Montefiore swoją działalność w Jerozolimie rozpoczęli od odrestaurowania grobu Racheli pod Betlejem. Od razu zamierzali zaofiarować więcej – a mieli co! Urodzony we Włoszech Moses, wybitny finansista choć samouk, był szwagrem Nathana Rothschilda – ale sami Żydzi jerozolimscy prosili ich, by nie szastali zbytnio pieniędzmi, gdyż po ich wyjeździe Turcy obciążą ich jeszcze wyższymi podatkami.

Przyjeżdżając do Jerozolimy, Moses nie był przesadnie religijny, wyjeżdżał jako ortodoksyjny Żyd. Ponoć kiedy Montefiore wracali statkiem do Anglii, rozpętał się gwałtowny sztorm, a wtedy w trakcie największej nawałnicy Moses rzucił na fale kawałek macy pozostały z zeszłorocznego święta Pesach, który przezornie zabrał ze sobą w podróż. Oczywiście morze natychmiast się uspokoiło. Montefiore wierzył, że Bóg wziął w opiekę ludzi pielgrzymujących do Jerozolimy. Do dziś – zaświadcza Simon Montefiore – jego rodzina co roku w święto Pesach odczytuje relację Mosesa o tym cudownym wydarzeniu. W przedmowie do wydanej właśnie książki Simona Sebaga Montefiorego „Jerozolima. Biografia" (Wydawnictwo Magnum, Warszawa 2011) autor wyznaje, że do napisania jej przygotowywał się przez całe życie. I pisze dalej: „Z powodu powiązań rodzinnych, omówionych w tej książce, »Jerozolima« jest moją rodzinną dewizą. Niezależnie od więzi osobistych, starałem się opowiedzieć o tym, co się wydarzyło i w co ludzie wierzyli. Wracając do punktu wyjścia: zawsze były dwie Jerozolimy, doczesna i niebiańska, obie rządzone bardziej wiarą i emocjami niż rozsądkiem i faktami. A Jerozolima pozostaje środkiem świata".

Krok w krok za Biblią

Kiedy w trakcie lektury tej gigantycznej rozmiarami książki dzieliłem się z bliskimi swoimi wrażeniami, zdarzyło mi się usłyszeć: „Jerozolima? A cóż o niej można powiedzieć nowego, wszystko już dawno napisano". Otóż niekoniecznie. Rzeczywiście, powstały niezliczone książki (i filmy!), ale niewiele znajdziemy wśród nich opracowań historycznych. A Montefiore opowiedział dzieje tego wyjątkowego miasta, jak Bóg przykazał, chronologicznie, poczynając od Dawida. W tym miejscu niezbędna uwaga. Zdaniem Simona Montefiorego źródłem dziejów Dawida jest Biblia, a odkrycie steli z Tel Dan w 1993 roku kładzie kres wątpliwościom, czy Dawid istniał naprawdę.

Autor „Jerozolimy. Biografii" podąża krok w krok za Biblią. „Dlaczego mam psuć opowieść – zadaje retoryczne pytanie – która, by użyć hollywoodzkiej sztampy w tym przypadku usprawiedliwionej, jest najwspanialszą historią, jaką kiedykolwiek opowiedziano?". Cztery najważniejsze dla Jerozolimy epoki: Dawida, Jezusa, krzyżowców i trwającego po dziś dzień konfliktu arabsko-izraelskiego, są w zasadzie nam znane, ale czy rozumiane i odpowiednio odczytywane w kontekście dziejowym?

Montefiore nie napisał historii judaizmu ani tym bardziej islamu czy chrześcijaństwa i nie zamierzał rywalizować z Karen Armstrong, autorką „Jerozolimy. Jednego miasta, trzech religii", zagłębiając się w naturę Boga. Poprzez dzieje poszczególnych osób i rodów, które wpłynęły na kształt Jerozolimy, zaprezentował kalejdoskop kultur i tożsamości: arabskiej, żydowskiej, greckokatolickiej, rzymskokatolickiej, protestanckiej. Nie zapomniał o Koptach, Etiopczykach, niezliczonych odłamach żydowskich, nie pominął chyba nikogo. Opowiedział się nie po stronie jednej religii przeciw drugiej (choć co do proporcji wypadających na niekorzyść chrześcijaństwa można by mieć pretensje), lecz po stronie faktów. Przy czym pamiętał słowa palestyńskiego historyka Nazmiego al Dźube: „W Jerozolimie nie pytajcie mnie o fakty historyczne. Bez zmyśleń nic tu nie pozostanie". A zatem historia Jerozolimy musi być jednocześnie historią prawdziwą i historią legendarną. Żadne inne miasto nie ma takiego przywileju, ale jakież miejsce równać się może z tym świętym centrum dziejów świata?

Współczesne pole bitwy

Jerozolima miała swoje wzloty i upadki, rozrastała się i kurczyła, nigdy nie pozwalała zapomnieć o sobie. W czasach Dawida zajmowała prawdopodobnie 6 hektarów powierzchni, gdy pobliskie miasto Charon 80 hektarów, a ówczesny Babilon – 1000 hektarów. Dziś Jerozolima wielka jest, już w przeważającej mierze żydowska, ale wciąż zasługuje na miano najludniejszego miasta palestyńskiego. W zeszłym roku ludność Wielkiej Jerozolimy obliczono na 780 tysięcy: 514 800 Żydów (w tym 163 800 ortodoksyjnych) i 265 200 Arabów. Stare Miasto miało około 30 tys. arabskich i 3 tys. żydowskich mieszkańców. W nowych dzielnicach wschodniej Jerozolimy mieszkało 200 tys. Żydów. Montefiore zwraca uwagę, że wszystkie dzielnice miasta znajdujące się za murami zostały zbudowane w latach 1860 – 1948 przez Arabów, a także Żydów i Europejczyków. A więc „dzielnice arabskie, na przykład Szejch Dżarrah, nie są starsze od żydowskich, i ani mniej, ani bardziej legalne".

Co natomiast rzuca się w Jerozolimie już na pierwszy rzut oka? Niknie Jerozolima chrześcijańska. W 1995 r. doliczono się w mieście zaledwie 14 100 chrześcijan, nawiasem mówiąc, pozostających ze sobą w nieustannym sporze. Może dlatego tak chętnie przeczytałbym książkę bliźniaczą do tej, jaka wyszła spod pióra Montefiorego, tyle że napisaną przez rzymskiego katolika. Ale pewnie nie przeczytam.

Jerozolima to pole bitwy między Izraelczykami a Palestyńczykami. Ale to też coraz wyraźniej miejsce zmagań zachodniego sekularyzmu z fundamentalizmem islamskim. Tyle że nie do końca trzeba się zgodzić z tym, co pisze Montefiore: „Nowojorczycy, londyńczycy i paryżanie żyją w ateistycznym, świeckim świecie, w którym zorganizowana religia i jej wyznawcy co najwyżej wywołują drwiny (dotąd pełna zgoda – przyp. K.M.), tymczasem liczba fundamentalistycznych wyznawców religii abrahamowych – chrześcijan, Żydów i muzułmanów – ciągle rośnie".

Jeśli chodzi o chrześcijan, nie jest to do końca prawda, ale z pewnością dzisiejsza Jerozolima to, jak powiedział król Jordanii Abdullah II, „beczka prochu, która może wybuchnąć w każdej chwili. Wszystkie drogi i wszystkie konflikty w naszej części świata prowadzą do Jerozolimy". Czy prawnuk Abdullaha Popędliwego nie przesadza aby? Otóż nie.

Wartość bezcenna

Historia Jerozolimy to nie tylko historia tego miasta, które było i jest, ale także tego, które będzie. A istnieć ma dwa razy – na ziemi i w niebie. I tu się świat skończy – w dzień Sądu Ostatecznego. „Apokaliptyczna rola Jerozolimy – pisze Simon Montefiore – może być wyolbrzymiona, ale w obliczu zmian zachodzących w świecie arabskim to wyjątkowe połączenie władzy, wiary i mody wywiera wpływ na Uniwersalne Miasto, obserwowane przez czujne oko kamer dwudziestoczterogodzinnych programów informacyjnych i będące znów, pod pewnymi względami, centrum świata".

Kolejne rządy Stanów Zjednoczonych uważają pokój (i spokój) w Jerozolimie za warunek stabilizacji na Bliskim Wschodzie i uczynili z niego najważniejszy czynnik strategiczny w stosunkach z państwami arabskimi. Ale amerykańscy ewangelicy nadal czekają na koniec świata w tym właśnie Świętym Mieście. Dlatego też nie powinny być im obojętne sygnały z Iranu, gdzie od 1979 roku obchodzony jest Dzień Jerozolimy, która dla muzułmanów nie jest wyłącznie islamskim sanktuarium. To Jerozolima właśnie jednoczy na co dzień wrogich sobie irańskich szyitów i arabskich sunnitów, będąc jednakim sztandarem i dla Hezbollahu, i dla Hamasu; sztandarem antysyjonizmu i antyamerykanizmu. Irański prezydent Mahmud Ahmadineżad wielokrotnie deklarował, że okupacyjny reżim rządzący Świętym Miastem powinien zniknąć z kart historii, a rychłe przyjście „ukrytego" Dwunastego Imama, „sprawiedliwego, doskonałego Mahdiego" wyzwoli Jerozolimę.

Załóżmy jednak, co wydaje się więcej niż pewne, że prezydent Iranu nie doczeka się Mahdiego. Jakie będzie jutro miasta? Izraelski polityk Szymon Peres stwierdził jakiś czas temu, że „Jerozolima będzie stolicą obu państw, przedmieścia arabskie będą należeć do Palestyńczyków, a przedmieścia żydowskie do Izraela". A co ze Starym Miastem? I tu – uwaga, uwaga! – Simon Montefiore daje dojść do głosu zadziwiającym koncepcjom: „Jerozolimska Starówka stanie się czymś na podobieństwo zdemilitaryzowanego Watykanu zarządzanego przez międzynarodową komisję (...) może nawet jerozolimski odpowiednik watykańskiej gwardii szwajcarskiej". A że Arabowie nie lubią Amerykanów, a Izraelczycy Unii Europejskiej, „zadanie to mogłoby wykonać NATO wraz z Rosją"!

To nie pomyłka, dawny kult Rosjan dla Jerozolimy przybrał zdaniem Montefiorego nowoczesną formę, odpowiadającą autorytarnemu nacjonalizmowi Władimira Putina. To on w 2007 roku patronował zjednoczeniu byłego sowieckiego Patriarchatu Moskiewskiego z emigracyjną Rosyjską Cerkwią Prawosławną poza granicami Rosji. Pielgrzymi rosyjscy znów wypełniają ulice Jerozolimy, a Święty Ogień wozi się do Moskwy samolotem czarterowanym przez Ośrodek Chwały Narodowej i Fundację Apostoła Andrieja, na której czele stoi Władimir Jakunin, jeden z sowieckich dygnitarzy, były agent KGB. Przed grobem Dawida postawiono kiczowaty posąg „Cara Dawida", a prezesujący reaktywowanemu Towarzystwu Palestyńskiemu były premier Stiepan Stiepaszyn powiada: „Rosyjska flaga w centrum Jerozolimy jest wartością bezcenną".

Nikt w to nie wątpi, tyle że – pocieszmy się – przynajmniej na razie „żaden polityk izraelski nie zrezygnuje z roszczeń do kamienia węgielnego Świątyni, a żaden islamski dostojnik nie uzna zwierzchnictwa Izraela nad Sanktuarium".

Martwe dusze

Ale skoro się powiedziało „a", trzeba powiedzieć też „b". Rosyjsko-sowieckie tradycje są tu bogate. Także te nie tak znów odległe w czasie. Na początku lat 50. zeszłego wieku, jeszcze przed dojściem Nasera do władzy w Egipcie, zimna wojna w Jerozolimie nie ustępowała tej, która toczyła się w innym podzielonym mieście – Berlinie. I tak na przykład ówczesny wicekonsul amerykański Kai Bird radził CIA, by wyasygnowała 80 tysięcy dolarów na renowację złotych kopuł cerkwi Marii Magdaleny zbudowanej przez wielkiego księcia Sergiusza, gdyż jeśli nie CIA, to KGB wyłoży te pieniądze. A prawosławie rosyjskie podzielone było między Cerkiew z siedzibą w Nowym Jorku i jej moskiewską odpowiedniczkę. „Jordańczycy – pisze Simon Montefiore – wierni sprzymierzeńcy Stanów Zjednoczonych, oddali rosyjskie kościoły antykomunistycznej Cerkwi, natomiast Izraelczycy, pamiętając, że Stalin pierwszy uznał ich państwo, przekazali prawosławne nieruchomości na swoim terytorium Sowietom. Ci zorganizowali w zachodniej Jerozolimie misję pod kierownictwem »popa«, w rzeczywistości pułkownika KGB, dawnego doradcy rządu komunistycznego Korei Północnej".

To tłumaczy wiele z niepojętych zachowań Cerkwi, nie tylko w Jerozolimie zresztą. Ale w 1964 roku przybył tam z pielgrzymką papież Paweł VI. Swoją drogą to wtedy król Husajn rozkazał ponownie pozłocić ołowianą kopułę meczetu Omara, która od wieków miała – o czym nie mają pojęcia dzisiejsi pielgrzymi – kolor ciemnoszary. Papieża powitali książę Muhammad i księżna Firjal, towarzysząc mu w drodze do miasta, gdzie na spotkanie Pawła VI wyszedł gubernator Jerozolimy Anwar Nusajbe. Dostojny gość musiał jednak jak wszyscy przejść przez linię demarkacyjną przy Bramie Mandelbauma. Kiedy poprosił o zgodę na pomodlenie się w greckiej kaplicy na Kalwarii, prawosławny patriarcha kazał mu złożyć prośbę na piśmie, a następnie – a co! – odrzucił ją.

Generalnie zaś rosyjska ekspansja na Jerozolimę datuje się od XIX stulecia, francuski zakonnik zauważył wtedy, że z 4000 pątników przybyłych do Świętego Miasta na Boże Narodzenie katolików było... czterech, a cała reszta mówiła po rosyjsku. Montefiore utrzymuje, że ta miłość do Jerozolimy wzięła się z pobożności „wszystkich rosyjskich warstw społecznych: od kudłatych chłopów z zabitych deskami wsi syberyjskich po samego cara (...). Wszyscy oni wierzyli w prawosławną misję świętej Rusi". Wierzyli też, jak autor „Martwych dusz" Mikołaj Gogol, w uzdrowicielską moc Świętego Miasta. Rozczarował się jednak bardzo, po powrocie nie chciał opowiadać o Jerozolimie, ale dał się przekonać zaprzyjaźnionemu duchownemu, że jego dzieła są grzeszne. Spalił więc drugą część „Martwych dusz", by następnie zagłodzić się – jak sądzono – na śmierć. To ostatnie nie jest takie pewne: kiedy już w XX stuleciu otwarto jego trumnę, ciało leżało twarzą w dół.

Opętani Jerozolimą byli też zdaniem Simona Montefiorego Romanowowie.

W 1847 r. skradziono gwiazdę wmurowaną w posadzkę bazyliki Narodzenia w Betlejem. W swoim czasie podarowali ją Francuzi, teraz wszystko wskazywało na to, że ukradli ją Grecy. Kłótnia między zakonnikami o to, kto ma prawo do zastąpienia gwiazdy – Francuzi czy Rosjanie – przerodził się z czasem w konflikt dwóch cesarzy: Napoleona III i Mikołaja I. Naciskany przez nich sułtan wydał w 1852 r. dekret, w którym potwierdził dominującą pozycję prawosławia w bazylice Grobu Świętego. Reperkusje tego dekretu odbijają się czkawką do dzisiaj.

Święte obietnice

Tymczasem w Jerozolimie odmieniał się z wolna los żydowski. Za sprawą Mosesa Montefiorego sułtan zgodził się na odbudowę synagogi Hurwa zburzonej w 1720 r., jak również na kupno ziemi z przeznaczeniem na osadnictwo żydowskie. Melville, autor „Moby Dicka", tak przedstawiał Mosesa Montefiorego: „Ten krezus – wielki siedemdziesięciopięcioletni mężczyzna przybyły z Jaffy w lektyce niesionej przez muły". „Ten krezus" w końcu dożył lat 100 łącząc – jak pisze wyraźnie zafascynowany jego osobą Simon Sebag Montefiore – „dostojeństwo bogatego wiktoriańskiego baroneta z okresu świetności brytyjskiego imperium z godnością Żyda, który zawsze spieszył na pomoc swym braciom i nigdy nie sprzeniewierzył się judaizmowi". Autor „Jerozolimy. Biografii" przywołuje charakterystyczną dla swego przodka anegdotę. Otóż kiedy przyjechał do Rzymu „przeciąć jakąś antysemicką intrygę, jeden z kardynałów zapytał go, ile złota zapłacił mu Rothschild w zamian za sułtański dekret w sprawie »mordów rytualnych«. »Mniej niż dałem pańskiemu lokajowi za powieszenie płaszcza« – odpowiedział Montefiore". „Ten krezus" zawsze śnił o tym, że Święte Miasto stanie się kiedyś siedzibą żydowskiego imperium. Siedem razy tam przyjeżdżał, zawsze z wielkimi pieniędzmi, swoimi, a przede wszystkim Rothschildów. Po raz ostatni opuszczając Jerozolimę, orzekł, że „niechybnie nadchodzi czas, gdy spełnią się święte obietnice Boga dotyczące Syjonu".

Obietnice te na nic by się zdały, gdyby nie syjonizm, w swojej nowoczesnej formie wykoncypowany przez krytyka literackiego z Wiednia Theodora Herzla, który doszedł do wniosku, że Żydzi będą bezpieczni tylko w swojej ojczyźnie. Dla swojej sprawy postanowił pozyskać niemieckiego Kaisera – Wilhelma II, zawziętego antysemitę zresztą, ale to w niczym Herzlowi nie przeszkadzało. Przeciwnie, właśnie antysemici byli jego naturalnymi sojusznikami. W końcu Wilhelm II, usłyszawszy o syjonizmie, napisał: „Jestem całym sercem za tym, żeby Mośki wyjechały do Palestyny. Im wcześniej się wyniosą, tym lepiej". Herzlowi nie chodziło o nic innego. Gdy jednak sułtan odrzucił plany Herzla, Kaiser stracił zainteresowanie dla projektów zbudowania państwa żydowskiego za pieniądze zachodnich (a zatem i niemieckich) plutokratów.

Dwa różne nacjonalizmy

Następny egzotyczny sojusz z udziałem Niemców usiłował zawrzeć mufti Jerozolimy z Hitlerem. Mieli wspólnych wrogów: Brytyjczyków i Żydów. W listopadzie 1941 r. niemiecki führer przyjął Husajniego, który poprosił o poparcie planu „niepodległości i jedności Palestyny, Syrii i Iraku" oraz utworzenia Legionu Arabskiego mającego walczyć u boku Wehrmachtu. Ambitny zamiar muftiego – opanowania całego Bliskiego Wschodu i definitywnego „rozwiązania kwestii żydowskiej" – musiał jednak poczekać, aż Hitler upora się z Rosją i Wielką Brytanią. Husajni był niepocieszony; jeszcze w napisanych dużo później pamiętnikach dał wyraz przekonaniu, że „gdyby Niemcy zwyciężyły, to w Palestynie nie zostałoby śladu po syjonistach".

Żydzi z Jerozolimy oburzyli się na wieść o rozmowach muftiego z Hitlerem, ale trudno stwierdzić, że nacjonaliści arabscy przyjęli je z entuzjazmem. To były jednak dwa różne nacjonalizmy. A w Jerozolimie czasu wojny – jak pisał Hazem Nusajbe – „panował bezprecedensowy spokój i dobrobyt". Niewykluczone, że po części dlatego, że w twierdzy w Akce osadzony został  wraz z towarzyszami z Hagany pewien żydowski bojówkarz. Nazywał się Mosze Dajan.

A Święte Miasto na jakiś czas stało się ulubionym azylem władców zmuszonych w swoich krajach do emigracji. W hotelu King David mieszkali: Jerzy II, król Grecji, Piotr II, król Jugosławii, i cesarz Etiopii Hajle Sellasje. Ten ostatni chodził boso po ulicach miasta i kładł koronę u stóp ołtarza w bazylice Grobu Świętego. Jego modlitwy zostały wysłuchane, gdyż powrócił na tron etiopski, po latach jednak w zderzeniu z marksizmem utraciły swoją moc. W 1974 r. został zamordowany na rozkaz marksistowskiej Rady Wojskowej, po czym Ryszard Kapuściński napisał „Cesarza".

Apokaliptyczna ekstaza

Simon Sebag Montefiore, pisząc „Jerozolimę. Biografię", obficie, w znacznie większym stopniu niż jego poprzednicy korzystał ze źródeł arabskich. Po raz pierwszy też opowiedział, jakby żywcem przeniesioną z filmów o Indianie Jonesie, historię kapitana Monty'ego Parkera, który po skorumpowaniu rządu młodotureckiego w Stambule (włącznie z wielkim wezyrem) otrzymał zgodę na podjęcie prac wykopaliskowych w Jerozolimie mających na celu – ni mniej, ni więcej – odnalezienie ukrytej rzekomo przez Żydów Arki Przymierza.

Z początku wszystko szło jak po maśle, kiedy jednak Parker ze swymi ludźmi przebranymi za Arabów zakradli się na Wzgórze Świątynne i na terenie Kopuły na Skale zerwali chodnik, by dostać się do podziemnych tuneli, miarka się przebrała. W kwietniu 1911 r. mufti potępił spisek turecko-brytyjski, a tłum jerozolimian wsparty pielgrzymami ruszył bronić Szlachetnego Sanktuarium. Parkerowi udało się zbiec, ale część jego wspólników i ochroniarzy trafiła do więzienia. W mieście tymczasem rozeszły się plotki, że Anglik ukradł i wywiózł za jednym zamachem: Arkę Przymierza, koronę Salomona i miecz Abrahama. „Fiasko Parkera – pisała Bertha Spafford – omal nie spowodowało masakry chrześcijan. Podczas naszego długiego pobytu w Jerozolimie nigdy nie byliśmy tego bliżsi". Zmarły w 1962 r. Parker przez pewien czas próbował jeszcze wyjaśnić całą sprawę, nikt jednak go nie słuchał. Współpracownicy archeologa amatora stanęli przed sądem, ale ponieważ nic im nie udowodniono, zostali uniewinnieni. Oczywiście, niczego nie ukradziono, skarb okazał się mrzonką, a archeolodzy są odtąd w Jerozolimie źle widziani. Chyba że żydowscy.

„Z perspektywy czasu widać – pisze Simon Montefiore – że władza nad Jerozolimą stopniowo zmieniła atmosferę panującą w Izraelu, tradycyjnie świecką, socjalistyczną, nowoczesną. Jeśli państwo miało jakąś religię, to była to równie dobrze judejska archeologia, jak ortodoksyjny judaizm".

Po zdobyciu Jerozolimy w wojnie sześciodniowej zapanował entuzjazm nie tylko wśród Żydów. „Znacznie liczniejsi od nich – czytamy – i potężniejsi ewangelikanie, zwłaszcza amerykańscy, również popadli w chwilową, niemal apokaliptyczną ekstazę. Wierzyli, że dwa warunki konieczne do nadejścia Sądu Ostatecznego zostały spełnione: Izrael powstał na nowo i Jerozolima stała się żydowska. Pozostało tylko czekać na odbudowę Trzeciej Świątyni i siedem lat udręk, po których nastąpi bitwa w Armagedonie, a Święty Michał przybędzie na Górę Oliwną, aby walczyć z Antychrystem na Wzgórzu Świątynnym".

Z wielu sondaży, utrzymuje Montefiore, wynika, że 40 procent Amerykanów spodziewa się powtórnego przyjścia Chrystusa właśnie w Jerozolimie. W Polsce podobne sondaże nie są przeprowadzane, a szkoda. Pielgrzymki do Ziemi Świętej cieszą się wszak niesłabnącym powodzeniem. Warto przed wyruszeniem w drogę przeczytać dzieło Simona Sebaga Montefiorego nie tylko o Świętym Mieście trzech religii, ale też o zaklętej w jego murach ludzkiej historii. O dziejach wielu rodów: potomków Dawida, Machabeuszy, Herodian, Umajjadów, a także następców Baldwina i Saladyna, aż do Husajnich, Chalidich, Spaffordów, Rothschildów i, jakże by inaczej, Montefiore. ?

Simon Sebag Montefiore „Jerozolima. Biografia". Magnum 2011