Marian Para z Dobczyc za rok skończy 80 lat. Jest w świetnej formie, ale nie ma pewności, czy dożyje chwili, kiedy w niepodległej RP usłyszy, że jego mama Maria została w PRL niesłusznie skazana na dwa lata więzienia.

Skazano ją za to, że we wrześniu 1948 roku w małopolskiej wsi Stadniki „otrzymawszy wiadomość, iż Franciszek Mróz jest członkiem bandy terrorystyczno-rabunkowej, nie zawiadomiła natychmiast władzy powołanej do ścigania przestępstw". Zamiast tego poszła do pobliskiego klasztoru i sprowadziła do Mroza i jego kolegów walczących z sowiecką okupacją Polski księdza.

Maria Para znała Mroza, żołnierza AK, a potem oddziału Wolność i Niezawisłość, współpracującego ze słynnym Józefem Kurasiem „Ogniem", od lat. Wiedziała, że partyzant przygotowuje się do potajemnego ślubu z łączniczką Celiną Drozdowicz z Dobczyc. Wiedziała też, że zarówno on, jak i jego towarzysze broni, którzy mieli uczestniczyć w uroczystości, potrzebują duchowego wsparcia.

Ale ta prosta kobieta, która za sprowadzenie „bandycie" księdza spędziła za kratami dwa lata, i tak miała szczęście.

Ksiądz Stefan Muniak, który zgodził się udzielić ślubu „wyklętym" narzeczonym, został skazany w 1951 roku na siedem lat więzienia. Zachowała się notatka naczelnika zakładu w Nowym Wiśniczu, gdzie kapłan odbywał karę: „Nie stosować amnestii – zła opinia".

Franciszka Mroza oskarżono o, prócz próby obalenia ustroju, m.in. zamachy na funkcjonariuszy UB i członków partii, posiadanie broni, kradzieże pieniędzy, butów, świni, a także... próbę obrabowania fabryki cukierków „Kryształ" w Krakowie.

Jego dowódcę Józefa Mikę – także żołnierza AK, a po 1945 roku w oddziale NSZ – uznano za winnego tego, że od września 1947 do października 1950 roku na terenie powiatów myślenickiego, bocheńskiego i limanowskiego „w zamiarze zmiany przemocą ustroju państwa polskiego dopuścił się zamachów na osoby będące urzędnikami państwowymi lub członkami PZPR".

Obu w maju 1951 roku skazano na karę śmierci. Sąd nie zgodził się, by świadkowie obrony (tacy jak Maciej i Maria Jakubowicz, Żydzi, którym pomagał, gdy się ukrywali w czasie okupacji) opowiadali o zasługach Mroza.

W czerwcu 1951 roku i Mróz, i Mika zostali straceni.

Ukarana rodzina

Ten wyrok w niepodległej RP anulowano. W 1996 roku krakowski sąd orzekł, że żołnierze wyklęci nie byli – jak uznali komuniści – pospolitymi przestępcami, lecz walczyli o niepodległą Polskę. Sędzia usprawiedliwił nawet metody działania Miki i Mroza – „brutalne i trudne do zaakceptowania w czasie pokoju".

– Niestety, w przypadku mojej mamy Sąd Wojewódzki w Krakowie uznał w 1994 roku, że wyroku z czasów PRL unieważnić nie może, bo nie ma dowodów na jej działalność niepodległościową. Dlatego nie zastosował ustawy z 23 lutego 1991 roku – relacjonuje Marian Para.

A właśnie przepisy tej ustawy umożliwiają uznanie za nieważne orzeczeń wydanych wobec represjonowanych za działalność na rzecz niepodległego bytu państwa polskiego. Mało tego, ten sam sąd niepodległej RP uznał, że organizacja, w jakiej działał Franciszek Mróz, miała „kontrowersyjny charakter".

Maria Para formalnie wciąż pozostaje więc przestępczynią. Tak jak chciał wojskowy sędzia, który w 1951 roku orzekł, że jej czyn był „szczególnie niebezpieczny w okresie odbudowy państwa polskiego".

Sąd Apelacyjny w Krakowie, do którego odwołał się syn kobiety, również nie unieważnił orzeczenia z lat 50. Stwierdził w 1994 roku, że działanie Marii Pary było „czynem jednorazowym, być może powodowanym obawą o utratę życia". Orzekł tak na podstawie analizy akt Wojskowego Sądu Rejonowego z lat 50. A komunistycznym śledczym nie udało się wykryć np. tego, że Maria Para często piekła dla oddziału Mroza chleb, ani tego, że jej rodzina przechowywała broń żołnierzy AK.

Sąd niepodległej RP nie wziął też pod uwagę tego, ile mogłoby kosztować ją wyznanie takiej „winy". Ani tego, że rodziny żołnierzy wyklętych oraz ludzie, którzy ich wspierali, w PRL byli nieustannie prześladowani.

Zofia Mika, siostra Franciszka, wspomina, że w 1948 roku rodzinie zburzono dom. Ich matka wraz z dziećmi na półtora roku zamieszkała w stodole. Ale i tę komuniści rozebrali. Ze strachu przed represjami prawie nikt we wsi nie odważył się udzielić im schronienia. Czasami tylko ktoś użyczał Mikom koni. Tylko dzięki temu 14-letni brat „wyklętego", Stanisław, nocami mógł orać pole.

Jak podkreślali po latach bliscy prześladowanych, najtrudniejsze do zniesienia były represje psychiczne. Napiętnowani jako „rodzina bandyty" żyli w poczuciu krzywdy, poniżenia i strachu, który paraliżował ich w kontaktach z ludźmi.

Ubeckie leczenie

Orzeczenia sądów III RP w takich sprawach co najmniej mnie dziwią – mówi Ziemowit Kalinowski, myślenicki historyk, który od lat bada aktywność podziemia niepodległościowego w tym rejonie, autor wydanej we wrześniu 2013 roku książki „Bohaterowie wyklęci na ziemi myślenickiej 1945–56". – Spotykam ludzi, którzy podczas śledztwa na UB i w więzieniu przeszli piekło. Tymczasem z uzasadnienia sądu z lat 90. wynika, że Maria Para powinna była przyznać się stalinowskim śledczym do regularnej pomocy Franciszkowi Mrozowi, którego znała od dzieciństwa. Tyle że taki donos na samą siebie kosztowałby ją znacznie surowszy wyrok. Doświadczyłaby jeszcze więcej represji.

Zwłaszcza że władze komunistyczne i tak zainteresowały się jej bliskimi. Aresztowano i pobito jej męża. Zatrzymano syna. – W październiku 1952 roku w liceum w Gdowie, w którym się uczyłem, zawiadomiono mnie nagle, że muszę natychmiast stawić się w Prezydium Rady Narodowej w Myślenicach – wspomina Marian Para.

Gdy chłopak się tam zjawił, aresztowano go i przewieziono do siedziby Urzędu Bezpieczeństwa. Funkcjonariusz, który go tam dostarczył, pokazał mu napis na budynku: „Powiatowa Kasa Chorych". Urząd Bezpieczeństwa bowiem, który przejął gmach, nie usunął śladów dawnego właściciela. – Tu się leczy chorych ideologicznie – poinformował ubek 18-latka.

Licealista wkrótce zrozumiał, co to oznacza. Aresztowano go na sześć miesięcy. Na UB był brutalnie przesłuchiwany – czasami dzień i noc. – Zarzucono mi, że kierowałem w liceum tajną organizacją, mówiłem o Katyniu i sprzeciwiałem się obowiązkowym dostawom, jakie narzucono wsi – opowiada Para. Jeden z oprawców uderzył go bronią tak mocno, że blizna została do dziś. Jak się potem okazało, doniósł na niego kolega, także przesłuchiwany przez bezpiekę.

Aresztowanie zmieniło całe jego życie. Maturę zdał w liceum dla pracujących w Krakowie, bo w Gdowie dano mu do zrozumienia, że nie ma na to szans. Musiał zapomnieć o studiowaniu stomatologii, o czym marzył. Zaczął pracować w drukarni. Choć zwolniono go z aresztu, musiał regularnie meldować się na posterunku MO. Żeby tam dotrzeć, pokonywał pieszo siedem kilometrów. – W latach 50. w rejonie Myślenic nie było żadnego transportu. Mimo to niektórzy z represjonowanych musieli codziennie meldować się na milicji, nawet gdy mieli do przejścia po kilkanaście kilometrów – wspomina Para.

A to i tak nie było najpoważniejsze zmartwienie. Szybko powołano go do wojska. Służbę odbywał w batalionie budowlanym. – Ciężko pracowaliśmy. Dwa lata budowaliśmy lotnisko w Goleniowie pod Szczecinem. Mój brat Stanisław trafił do kopalni – mówi.

Po latach jego rodzinie odmówiono odszkodowania. Nie pomaga fakt, że w Instytucie Pamięci Narodowej zachowały się dokumenty dotyczące jego mamy i działalności Franciszka Mroza. W marcu 2004 roku IPN w Krakowie wydał nawet Marianowi Parze zaświadczenie, że jego matka jest pokrzywdzoną w rozumieniu ustawy o Instytucie z 1998 roku.

W listopadzie 2006 roku Sąd Okręgowy w Krakowie ostatecznie umorzył postępowanie w sprawie odszkodowania dla Mariana Pary. Stwierdził, że póki komunistyczny wyrok na jego matkę nie zostanie unieważniony, nie może być mowy o uznaniu wniosku jej syna.

Marian Para jednak nie rezygnuje. W lipcu tego roku wysłał do prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta prośbę o wniesienie kasacji na korzyść swej nieżyjącej już matki. „Fakt, że moja Mama – składając wyjaśnienia przed sądem i organami UB – starała się swoje zaangażowanie w pomoc partyzantce »maskować« obawą o bezpieczeństwo i złagodzić grożącą jej za to sankcję (...) nie powinien przekreślać właściwego charakteru zaangażowania mojej Mamy w działalność oddziału partyzantki niepodległościowej" – napisał.

„Przyznając się do zaangażowania w działalność niepodległościową, Mama zapewniłaby sobie zdecydowanie wyższy wyrok. Także zeznania Franciszka Mroza starającego się pomniejszyć zaangażowanie mojej Mamy w pomoc jego oddziałowi winny być analizowane poprzez pryzmat ówczesnych okoliczności" – przekonuje.

Najbardziej boli go fakt, że dla sądu III RP Maria Para, która zmarła w 1990 roku i sama niczego wytłumaczyć już nie może, nadal jest „bandytą". – Spraw takich jak ta w wolnej Polsce nie załatwia się przyzwoicie. Tylko zbywa się ludzi – mówi.

Za mało wycierpieli

Nie tylko on chciałby doczekać anulowania stalinowskiego werdyktu. W czerwcu o wniesienie kasacji od wyroku, jaki skrzywdził jej ojca Karola Stojka, poprosiła prokuratora generalnego Maria Tondera z Myślenic. W 1952 roku wojskowy sąd w Krakowie skazał Stojka na dwa lata więzienia za pomoc żołnierzom wyklętym.

Ojciec Marii Tondery stał się przestępcą, bo nie chciał spełnić „obywatelskiego obowiązku". Według UB jesienią 1949 roku – „mając wiarygodną wiadomość o pobycie u niego we wsi Komorniki członków bandy terrorystyczno-rabunkowej Józefa Miki – i w maju 1950 r. – mając wiadomość o pobycie u niego Franciszka Mroza nie powiadomił o tym natychmiast władzy".

W ramach represji komuniści skonfiskowali rodzinie Stojka majątek – m.in. gospodarstwo rolne. Prześladowana żona Karola – Zofia – niechętnie opowiadała o tych wydarzeniach nawet najbliższym. Po odzyskaniu w 1989 roku przez Polskę suwerenności postanowiła wystąpić o sprawiedliwość dla męża. W październiku 1992 roku poprosiła o unieważnienie komunistycznego wyroku.

W czerwcu 2000 roku Sąd Okręgowy w Krakowie odmówił. Stwierdził wprawdzie, że Stojek rzeczywiście przekazał żywność grupie Miki i nie zgłosił tego władzom, ale to – według sądu RP – wiązało się tylko z obawą o własne bezpieczeństwo i nie jest żadną działalnością niepodległościową.

Córka Karola Stojka nie może się z tym pogodzić. – W wolnej Polsce trzeba wreszcie mówić prawdę o naszej historii – mówi. Wierzy, że uda się unieważnić wyrok ciążący na jej ojcu. Postanowienie krakowskiego sądu z roku 2000 jest „absurdalne" – napisała do Andrzeja Seremeta. „Skład sędziowski orzekający w sprawie mojego Ojca oczekiwał, że w uzasadnieniu orzeczenia Wojskowego Sądu w Krakowie z lat 50. odnajdzie stwierdzenia, iż ten uznaje Karola Stojka winnym działalności na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego poprzez pomoc udzieloną oddziałom partyzantki niepodległościowej, a skoro takiej oceny nie znalazł, uważa, że Ojciec prowadził działalność bandycko-terrorystyczną i jako »bandyta« nie zasługuje na skorzystanie z dobrodziejstwa przepisów ustawy z 23 lutego 1991 r.". Ojciec – podkreśla – zeznając przed sądem i organami UB, starał się swą pomoc partyzantce maskować, by złagodzić grożącą mu karę. A mógł dostać nawet dożywocie.

Sąd niepodległej RP powinien też – wskazuje córka Karola Stojka – zapoznać się z literaturą historyczną opisującą metody śledcze komunistycznych organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości. Bo przyznając się do dobrowolnego zaangażowania w działalność niepodległościową, jej ojciec skazałby się na zdecydowanie wyższy wyrok. Czyżby w III RP uznano, że za mało wycierpiał?

Krakowski sąd nie chciał pamiętać o tym, że tzw. Mały kodeks karny, na podstawie którego Karol Stojek został skazany, zgodnie z intencją jego twórców był „pierwszym narzędziem walki z wrogami nowego ustroju państwowego" (M. Siewierski, „Mały kodeks karny i ustawodawstwo przeciwfaszystowskie", Łódź 1948) – napisała Maria Tondera, prosząc o kasację.

Logika sądu

12 czerwca 2013 roku zastępca dyrektora Biura Lustracyjnego IPN wystąpił do niej o zgodę na umieszczenie informacji o Karolu Stojku w katalogu osób represjonowanych przez reżim komunistyczny, opracowywanym przez Instytut. – To totalny absurd – uważa córka skazanego. Dla sądu III RP jej ojciec wciąż jest „bandytą", a dla innej państwowej instytucji, jaką jest IPN, bohaterem godnym upamiętnienia.

Maria Tondera liczy na to, że ten rozdźwięk da się usunąć, a prokurator generalny pomoże przywrócić dobre imię jej ojcu. Ale czy – jeśli Andrzej Seremet przychyli się do próśb o kasację – Sąd Najwyższy wyroki na Marię Parę i Karola Stojka unieważni? Takiej pewności nie ma.

Zwłaszcza że drugi z wnioskodawców – Marian Para – w grudniu 2006 roku już o kasację zabiegał. Prokurator generalny (był nim wówczas Zbigniew Ziobro) odmówił jej wniesienia. Jak napisał do Mariana Pary w czerwcu 2007 roku w imieniu prokuratora Zbigniew Siejbik, p.o. ówczesnego zastępcy dyrektora Biura Postępowania Sądowego Prokuratury Krajowej, „podstawy kasacji nie może stanowić zarzut błędnych ustaleń faktycznych, gdyż Sąd Najwyższy nie jest władny dokonywać ponownej oceny dowodów". Zdaniem prokuratora wyrok z 1951 roku, pomijając względy historyczne, „nie jest dotknięty wadami prawnymi, które stanowią warunek wzruszenia orzeczenia w trybie kasacji". Czyli – nic się nie da w tej sprawie zrobić.

Prokurator Jacek Wygoda, były szef Biura Lustracyjnego IPN, ma nadzieję, że tym razem kasacja na wniosek Mariana Pary i Marii Tondery zostanie wniesiona. – Są ku temu poważne powody. A orzeczenia sądów z lat 90. dotyczące ich rodziców były skandaliczne – mówi. – Sędziowie muszą także kierować się logiką. Skoro wyroki wydane na Franciszka Mroza i Józefa Mikę unieważniono, uznając obu żołnierzy za ludzi walczących o wolną Polskę, ich współpracownicy nie mogą być w majestacie prawa traktowani jak przestępcy.

Prokuratura Generalna prośbami o kasację wyroków z lat 50. już się zainteresowała. Zwróciła się o udostępnienie akt postępowań sądowych w sprawie Marii Pary i Karola Stojka. Decyzji dotyczącej ewentualnego wniesienia kasacji można się spodziewać nawet w październiku – informuje Maciej Kujawski z Biura Prokuratora Generalnego.

– Może tym razem sąd uzna, że „wyklętym bohaterom" oraz ich bliskim należy się choćby takie zadośćuczynienie, na jakie nas stać. To znaczy przywrócenie dobrej pamięci, zmazanie piętna rodziny bandyckiej, z którym musieli przez lata żyć – ma nadzieję Ziemowit Kalinowski.