Czytaj dalej już od 9,90 zł (zamiast 39 zł)
Dostęp do treści RP.PL w serwisie i aplikacji:
- codzienne wiadomości, wartościowe komentarze i opinie na serwisie
- pogłębione reportaże i publicystyka w Plusie Minusie
Gry komputerowe, (tu hit nastolatków „Stalker”) z ich nieskomplikowaną fabułą, upodobaniem do opuszczonych miast i zombies, najchętniej sięgają po fabułę i scenerię Czarnobyla
Jeden z rosyjskich krytyków filmowych ze zdziwieniem niedawno zauważył, że w ciągu 27 lat w nieistniejącym już ZSRR, w tym na Ukrainie, czyli terytoriach najbardziej dotkniętych katastrofą czarnobylską, nakręcono zaledwie kilka filmów na jej temat – a co więcej, dość miernej jakości. Można do tego dodać z dziesięć piosenek, jeden poemat symfoniczny i jeden wiersz. Nie licząc, rzecz jasna, znacznej ilości filmów dokumentalnych, ale one tylko opisywały katastrofę, bez prób jej analizy.
A przecież wtedy wydawało się, że 26 kwietnia 1986 roku to początek końca całego świata. Nieznane i straszne niebezpieczeństwo zawisło chmurą nad przepiękną, bagnistą okolicą ujścia Prypeci do Dniepru. Świat, dosłownie cały, zamarł z przerażenia. Przeczucie czegoś nieodwracalnego było powszechne jak w chwili wybuchu wielkiej wojny światowej.
Od tego czasu naukowcy zdążyli już wyjaśnić, co się stało w Czarnobylu. Artyści odwrócili się zaś do niego plecami. Było tyle ważniejszych spraw, że przestano sobie zaprzątać głowę czymś, co może i było groźne, ale skoro nie zabiło od razu, to znaczy, że da się z tym żyć. Tym bardziej że wokół zaroiło się od niebezpieczeństw, które mogły zabić w mgnieniu oka. Bowiem ponad ćwierć wieku temu błąd człowieka doprowadził do atomowej katastrofy, która stała się początkiem końca imperium. I to ta druga, „największa geopolityczna katastrofa" (taką dumną nazwę nadał jej niedawno rosyjski prezydent Władimir Putin) przyćmiła wszystko.
Czytaj dalej już od 9,90 zł (zamiast 39 zł)
Dostęp do treści RP.PL w serwisie i aplikacji: