Możliwe, że byłem zbyt młody, by docenić sukces opozycji, zelżenie cenzury, uhonorowanie polskiej wolności Nagrodą Nobla dla Miłosza, przebicie się do opinii publicznej ludzi, którzy przez poprzednie lata byli zmuszeni do milczenia.
Sierpień i kolejne miesiące, aż do grudnia 1981 roku, pamiętam nie jako karnawał „Solidarności", ale jako okres burzy i naporu. Wiele się działo. Polską wstrząsały manifestacje i strajki. Wszędzie trzeba było być, wszystko widzieć. Mózg ucznia pierwszych klas liceum nie nadążał z przerabianiem danych. Może zabrakło czasu na refleksję, może odpowiedniego mentora.
Przyszedł jednak w końcu dzień, w którym wszystko się uporządkowało, nabrało właściwych barw i konturów, dzień, po którym wszystko było już jasne. To był oczywiście 13 grudnia 1981 roku, data wprowadzenia stanu wojennego. Zastanawiam się, czym byłaby Polska bez tamtej daty i bez tamtej bitwy wydanej przez komunistów narodowi. Możliwe, że utonęlibyśmy w kłótniach, swarach, podziałach i prowokacjach. Idee pierwszej „Solidarności" mogły przecież ulec zbrukaniu, wypaczeniu, szaleństwu.