Gdy oglądałem w poniedziałek w nocy naszego czasu wspólną konferencję amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa i izraelskiego premiera Beniamina Netanjahu, nie mogłem wyjść ze zdziwienia, jak inna była to rozmowa od tej, którą oglądaliśmy zaledwie kilka tygodni wcześniej, gdy w Gabinecie Owalnym podejmowano ukraińskiego prezydenta Wołodymyra Zełenskiego. Choć słowo „podejmowano” tu niezbyt pasuje, bo ukraiński gość był raczej ostro grillowany, wpadł w pułapkę zastawioną na niego przez nową administrację i spotkanie przerodziło się w wielką awanturę. Z premierem Bibi było inaczej. Trump w jego towarzystwie ogłaszał mocarstwowe plany wobec Iranu – było to tak naprawdę ultimatum w sprawie programu jądrowego; a także groził Chinom podniesieniem o 50 proc. zaproponowanych wcześniej 34-proc. taryf. I z aprobatą wypowiedział się o własnym pomyśle, by zmienić Gazę w Riwierę Trumpa, oraz przekonywał, że wielu ludzi jest zachwyconych tym konceptem, choć zdarzają się też inne reakcje.