W 1999 roku znany inwestor venture capital John Doerr zwrócił mi uwagę na pewien start-up. Firma nazywała się Google, a Doerr wraz z Mikiem Moritzem z Sequoia Capital wyłożyli po 12,5 miliona dolarów na wczesną rundę jej finansowania i obaj weszli do jej zarządu. Doerr i Moritz zazwyczaj zaciekle ze sobą rywalizowali na rynku venture capital, więc fakt, że w przypadku inwestycji w Google’a zdecydowali się na współpracę, był dość niezwykły. Polubiłam rozmowy z bystrym Doerrem, mimo że kiedy relacjonowałam jego kolejne inwestycje, często dzwonił do mnie tuż przed terminem oddania artykułu do druku i dopytywał: „Czy jesteś zupełnie pewna tego, co napisałaś?”.