Zacznę od kwestii oczywistej. Nie twierdzę, że Donald Trump nie ma z perspektywy konserwatywnej żadnych zasług. To on zmienił skład Sądu Najwyższego, co oznacza, że pośrednio doprowadził do odwrócenia aborcyjnego wyroku Roe kontra Wade. I tego nikt nie może mu odmówić. Tyle że nie oznacza to, że od razu trzeba uznać go za reprezentanta konserwatyzmu. W jego myśleniu i działaniu są wprawdzie elementy konserwatywne, a nawet religijne, ale są też elementy libertariańskie, a także czysto populistyczne. Program Trumpa (o Elonie Musku nie wspominając) jest zatem postmodernistycznym miksem okraszonym maczyzmem i kultem siły, który z klasycznym konserwatyzmem nie ma nic wspólnego. Jego osobiste wybory zaś, i jest to delikatne określenie, dalekie są od tradycyjnego modelu życia.