Trudno powiedzieć, czego wzbudzał więcej – rozbawienia czy może jednak współczucia, kiedy tak zwisał ostatkiem sił i wbrew prawom grawitacji, trzymając się uprzęży. Jego wierzchowiec potknął się jeszcze, zanim dobrze wystartował, potem było już tylko gorzej. Noga nie potrafiła odnaleźć strzemienia, koń tańczył wokół własnej osi, nic sobie nie robiąc z rozpaczliwych wysiłków jeźdźca. Pierwszą, najłatwiejszą z przeszkód, pokonali jak na otarcie łez. A potem nabrali jakiegoś szaleńczego pędu, ruszyli w stronę niezdobytej dotąd przez żadnego z ich poprzedników bariery i przelecieli przez nią jak ptak. Jeden z obserwujących to wydarzenie Anglików wykrzyknął: „Tacy to już oni są, Polacy!”.

Czytaj więcej

Jan Maciejewski: Od Viva la Vulva do Ave Maria. I z powrotem

Okrzyk ten rozległ się niemal równo sto lat temu, podczas zawodów hippicznych zorganizowanych na cześć delegacji angielskiej, przybyłej do II Rzeczypospolitej w pierwszym okresie jej krótkiego istnienia. I jest w nim to wszystko, co w anglosaskim stosunku do Polaków najbardziej irytujące. Ten rodzaj zachwytu, w jaki wpadamy na widok dokazującego dziecka. Pełen wyższości, nierzadko cynizmu, a jeśli już autentycznego wzruszenia, to takiego, z którego wyjątkowo łatwo przychodzi się otrząsnąć. Do teraz pali mnie ramię poklepane dekadę temu przez pewnego Amerykanina, z którym zwiedzałem Muzeum Powstania Warszawskiego. „To uczyniło was silniejszymi” – stwierdził z wyrazem twarzy coacha z Minnesoty chwalącego swego podopiecznego, który dobrze wykonał jednostkę treningową.

Ale tamta przedwojenna delegacja składała się akurat głównie z Anglików nieco innego sortu, przez dużą część ich własnych rodaków traktowanych z wieczną podejrzliwością, jakby jedną tylko nogą stojących na Wyspach, drugą opierających na jakimś podejrzanym, grząskim gruncie. Tym właśnie lądzie, na którym wpadać sobie oni zwykli w objęcia z Polakami. Była to bowiem „wycieczka” angielskich katolików z najsłynniejszym z nich, Gilbertem K. Chestertonem na czele. A to już każe zupełnie inaczej patrzeć na spontaniczny okrzyk uznania.

Ten rodzaj zachwytu, w jaki wpadamy na widok dokazującego dziecka. Pełen wyższości, nierzadko cynizmu, a jeśli już autentycznego wzruszenia, to takiego, z którego wyjątkowo łatwo przychodzi się otrząsnąć. 

Inny z członków tamtej delegacji, Hilaire Belloc, pod wrażeniem pobytu na Jasnej Górze napisał wiersz rozpoczynający się od słów: „Wspomożycielko na wpół pokonanych”. Tacy właśnie jesteśmy, na wpół pokonani. Jak ten nieszczęsny jeździec niemogący dobrze usiąść na swym koniu. I w najmniej spodziewanym momencie zrywający się do lotu. Takimi nas przygarnęłaś. Zostałaś naszą królową w chwili, gdy byliśmy pokonani nawet w więcej niż połowie. Strzęp narodu, widmo królestwa z władcą, który miał akurat tyle władzy, by się jej skutecznie zrzec. Przekazać Królowej. W tamtej chwili, we Lwowie, 366 lat temu, zaczęła się pewna historia. Ta, której odblaskiem, fragmentem był ten nieco niezdarny, trochę genialny jeździec na niesfornym koniu. Opowieść o upadaniu, które po chwili okazuje się wzbijaniem do lotu. Jakby wbrew nam samym, naszej nędzy i błędom, a siłą tej jedynej zasługi, tej resztki oleju w głowie, która w krytycznej chwili pozwala zrzec się tego, co i tak do nas nie należy. Szukać ratunku u stóp Królowej, Wspomożycielki na wpół pokonanych.

Czytaj więcej

Jan Maciejewski: Chrześcijaństwo na księżycu

Po tylu dekoniunkturach, uporze mocarstw odmawiających nam prawa do istnienia, zdradach sojuszników i skończonych kretynach przy władzy, naprawdę, biorąc rzecz najzupełniej na chłodno, nie widzę innego wytłumaczenia faktu, że wciąż istniejemy. Ratuje nas tylko to, że nasza królowa nie jest z tego świata. I właśnie oni, Anglicy, mogli to dostrzec i zrozumieć lepiej niż ktokolwiek inny. Poddani wyjątkowo długowiecznych monarchiń, wszystkich tych rządzących po kilkadziesiąt lat Elżbiet i Wiktorii. Kobiet, które budowały imperia i utrzymywały je na swoich barkach. Dzieląc przy tym z nimi dziewczęcy entuzjazm młodości, stateczną dojrzałość matrony, a wreszcie, w ostatnich dekadach, kobiecą gorycz przemijania. Chesterton i Belloc pokiwaliby głową ze zrozumieniem na wieść o tym, że zapewne ostatnia królowa brytyjskiego imperium odeszła z tego świata 8 września. Tego samego dnia, kiedy w kalendarzu ich Kościoła obchodzone jest święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Umarła królowa, niech żyje Królowa.