Benedykt XVI uchodził za papieża konserwatywnego, tradycyjnego, ale to właśnie on przeprowadził jedną z największych rewolucji w myśleniu i symbolice papiestwa. Jego ustąpienie z urzędu, przejście na emeryturę było – zgodnym z prawem, ale jednak rewolucyjnym – zerwaniem z tym, co wydawało się niezmienne. Jeszcze jego poprzednik św. Jan Paweł II pytany o emeryturę odpowiadał, że „z krzyża się nie schodzi", i dla wielu tradycyjnie nastawionych katolików (nie ukrywam, że dla mnie wtedy również) był to pewien aksjomat. Rezygnacja Benedykta XVI wywróciła wszystko do góry nogami. I choć nie brakuje mistycznych interpretacji tamtego wydarzenia, które postrzegają je jako początek szczególnego czasu, gdy władzę sprawuje dwóch papieży albo gdy jeden z nich – ten już emerytowany – staje się katechonem (tym, który powstrzymuje przyjście Antychrysta), to Benedykt XVI w kolejnych wywiadach odrzuca zdecydowanie takie postrzeganie rzeczywistości.

Nie inaczej jest w wywiadzie, jakiego udzielił kilka dni temu włoskiemu dziennikowi „Corriere della Sera". Deklaruje w nim, że jest tylko jeden papież, a jest nim Franciszek. Nie żałuje swojej decyzji i zaznacza, iż podjął ją jedynie dlatego, że wyczerpały się jego siły. „To była trudna decyzja, ale podjąłem ją z pełną świadomością i uważam, że dobrze uczyniłem. Niektórzy z moich nieco »fanatycznych« przyjaciół są nadal rozgniewani, nie chcieli zaakceptować tego wyboru" – mówi papież emeryt i dodaje: „Myślę o teoriach spiskowych, które po mojej decyzji powstały: niektórzy mówili, że zrezygnowałem z powodu skandalu Vatileaks, inni, że z powodu spisku lobby gejowskiego, jeszcze inni, że za sprawą konserwatywnego lefebvrystowskiego biskupa Richarda Williamsona. Nie chcą wierzyć w wybór dokonany świadomie. Ale moje sumienie jest czyste".

Co w istocie przekazuje tymi słowami? Otóż tyle, że jego decyzja nie ma jakiegoś drugiego, metafizycznego czy mistycznego dna, że jego siły – o czym mówił kilkakrotnie – się wyczerpały, a zatem zrezygnował z urzędu, którego nie był w stanie już odpowiednio sprawować. Papiestwo jest oczywiście – tak wierzę jako katolik – charyzmatem i urzędem, który Bóg obdarza szczególną łaską, ale... łaska buduje na naturze. Jeśli natura jest wyczerpana, osłabiona – to nie jest w stanie w pełni wypełniać zadań, jakie związane są z władzą papieską. I wtedy trzeba zrezygnować. Benedykt XVI miał świadomość – bo obserwował ostatnie lata pontyfikatu św. Jana Pawła II – że choć był to czas ogromnego świadectwa wiary, to jednocześnie ogromnych problemów z zarządzaniem Kościołem. I tego właśnie chciał uniknąć.

Franciszek zaś – wszystko na to wskazuje – idzie taką samą drogą, bo na kilka dni przed wywiadem Benedykta XVI tłumaczył, że choć na pewno umrze w Rzymie i nie powróci do Argentyny, to nie wyklucza, że tak jak jego poprzednik przejdzie na emeryturę, ustąpi z urzędu. Gdyby taki akt się dokonał, to można by wówczas powiedzieć, że zmiana jest pełna. Abdykacja Benedykta XVI – jako pierwsza – mogłaby być traktowana jako wyjątek, ale gdy pojawią się następne, to zacznie się kształtować nowa reguła. I to będzie dalszy ciąg ogromnej zmiany.

Zmiana ta, choć rewolucyjna z perspektywy symbolicznej, nie jest sprzeczna z myśleniem katolickim. Urzędy w Kościele nie są zsakralizowane same z siebie, nie działają wbrew naturze czy strukturze biurokratycznej ani nie muszą się wiązać z osobistą świętością sprawujących je ludzi. Biurokracja pozostaje biurokracją, nawet jeśli jest kurialna, a starość dotyka zdolności zarządczych także papieży. Można więc powiedzieć, że decyzja Benedykta XVI tylko nam o tym przypomina i w ten sposób oczyszcza myślenie o papiestwie ze zbędnego balastu mitologii.