Jak to się stało? – zapytacie państwo. Ano przypadkiem, zupełnym przypadkiem. Tak bardzo chciał dopiec komuś innemu, że się wygadał. Otóż równo tydzień temu pewien pisarz ogłosił w mediach społecznościowych, że zatrudniony właśnie w rządzie ważny urzędnik jest gejem. Przeczytawszy to, „działacz walczący z homofobią" podzielił się swoją myślą, że jeśli to prawda, to trzeba o tym mówić i to wyśmiewać. Rozumiecie państwo, wyśmiewać fakt, że ktoś jest gejem. Jeśli zdefiniujemy homofobię jako dyskryminację kogoś ze względu na jego orientację seksualną, to właśnie „działacz walczący z homofobią" zaproponował nam homofobiczny seans wyśmiewania urzędnika. Nie dlatego, że nie ma kompetencji. Nie dlatego, że nie zna się na fachu, w którym został zatrudniony. Ale właśnie dlatego, że jest gejem.

Jeśli gej pracujący dla rządu to hipokryta, to bycie gejem oznacza wyznawanie pewnej ideologii

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Zdaniem owego aktywisty zatrudnienie się geja w „homofobicznym rządzie" jest przejawem hipokryzji. Hipokryzja to zachowanie, które pozostaje w sprzeczności z głoszonymi zasadami moralnymi czy politycznymi. A zatem bycie gejem to nie kwestia orientacji seksualnej, ale oznacza konieczne przyjęcie pewnego zestawu poglądów. A więc – mówiąc wprost – aktywista stwierdził tym samym, że bycie gejem wiąże się z przyjęciem pewnej ideologii. „Działacz walczący z homofobią" nie wyobraża sobie, że może istnieć, dajmy na to, prawicowy gej. Albo gej, nie daj Boże, zgadzający się gdzieś z polityką tego rządu, albo gej niepodzielający postulatów środowisk LGBT. Jeśli gej pracujący dla rządu to hipokryta, to bycie gejem oznacza wyznawanie pewnej ideologii.

Czytaj więcej

Budka: Strefy wolne od LGBT? Rząd nie zdał egzaminu

Z pewnością nie taka była intencja „działacza walczącego z homofobią", ale przez przypadek wypowiedział się w bardzo gorącym momencie w bardzo gorącym sporze, który dziś się w Polsce toczy. Paradoks polega na tym, że ów działacz ma rację, że niektóre uchwały samorządów skierowane przeciw „ideologii LGBT" mogą mieć charakter dyskryminujący. Choć na razie prowadzą co prawda głównie do dyskryminacji zarówno homo-, jak i – w przytłaczającej większości – heteroseksualnych mieszkańców tych samorządów, ponieważ Unia Europejska odmawia przekazywania kolejnych transz pieniędzy z rozmaitych funduszy. W ten sposób rzeczywiście radni, uchwalając „strefy wolne od LGBT", przyczynili się do dyskryminacji dotykającej ich gminy, powiaty czy nawet województwa.

Ale prócz tego mogę wyobrazić sobie, że gej lub lesbijka mieszkający w gminie, której radni przyjęli uchwałę o tym, że ich samorząd jest wolny od „ideologii LGBT", nie czują się z tym komfortowo. Zresztą owe strefy nie podobają mi się również z powodów czysto pragmatycznych. Wiele z nich zakłada, że „strefa wolna" przyczyni się do wzmocnienia rodziny i wartości rodzinnych na danym terenie. To chyba jednak przejaw myślenia magicznego, że uchwała sprawi, że w danej gminie rodziny będą się kochać, mężowie i żony będą wierni. Bo jak wiadomo, największym zagrożeniem dla polskich rodzin jest LGBT... Przecież podstawowym powodem rozwodów jest fakt, że w ręce męża lub żony trafią jakieś tęczowe ulotki i od razu zapałają miłością do tej samej płci lub zapałają chęcią do zmiany płci własnej!

A równocześnie happeningi „działacza walczącego z homofobią" są źródłem dezinformacji, bo nagle okazuje się, że gminy, które jedynie chcą wesprzeć wartości rodzinne na swym terenie, bez cienia jakiejś homo-, bi- czy transfobii, zostają nazwane „strefami wolnymi od LGBT" i muszą się tłumaczyć, że wspieranie rodzin nie jest jeszcze homofobią. Choć jeśli LGBT jest ideologią, to każda ideologia przeciwna jest homofobiczna. Tyle że wówczas pojęcie homofobii przestaje cokolwiek znaczyć i staje się wyłącznie skuteczną pałką w sporach – a jakże – ideologicznych.