Nietrudno się domyślić, po której stronie jestem w tym sporze. Ale powodem wcale nie jest to, że uważam duchownych za niemal anioły czy że jestem zdania, iż nie wolno ich krytykować. Ten, kto zna moją publicystykę, wie, że od dawna jestem wielkim zwolennikiem oczyszczenia Kościoła, wypalania żywym ogniem kapłanów pedofilów, a także homoseksualnego lobby. Nie widzę także nic skandalicznego w czyszczeniu instytucji z karierowiczów, skąpców, oszustów czy księży niewierzących, a nawet – powiem więcej – nie przeszkadza mi robienie o tym filmów czy pisanie książek.

Problem z filmem Smarzowskiego jest jednak taki, że w nim wcale nie chodzi o czyszczenie czegokolwiek, o zmienianie czy ulepszanie Kościoła i świata. Gdyby tak było, uznałbym go za wartościowy, nawet jeśli bolesny i trudny. Nic takiego jednak w nim nie znajduję. To film, którego celem jest wskazanie kozła ofiarnego, na którego można zwalić wszystkie nasze winy, słabości i wypędzić go z wioski, z przestrzeni cywilizacji, laicko egzorcyzmować samych siebie. Przesada? Niestety nie. Jeśli ktoś chce mi wmówić, że tylko wśród duchownych są mali pazerni karierowicze, ludzie szukający w seksie ukojenia swoich problemów, zdradzający swoje powołanie, hipokryci, ludzie, dla których pieniądze są bogiem, itd. – to jest naiwny albo ma bardzo złą wolę.

Grzech dotyka nas wszystkich, jedni mają mniej pod górkę, inni bardziej (ale nie jest to często nasza zasługa) i sakrament niczego w tej sprawie nie zmienia. Gdyby tak było, to małżonkowie (a przypomnę, że my również jesteśmy połączeni sakramentem, w niczym nie mniejszym ani nie gorszym niż kapłaństwo, i także takim, który jest drogą do Nieba) też byliby dzięki samemu sakramentowi święci, a chrześcijanie – z mocy chrztu – doskonali moralnie. Tak jednak nie jest.

Jeśli więc teraz atakuje się księży, zakonników, oskarża o zbrodnie niemal powszechne (tak, bo hipokryzja, przemoc w relacjach, wykorzystywanie seksualne, skąpstwo i zdzierstwo są powszechne), to robi się z nich kozły ofiarne. Można powiedzieć, że trochę taka jest rola kapłana i chrześcijanina. Można, ale przynajmniej nie udawajmy, że robimy oczyszczenie, lecz powiedzmy wprost, że chodzi o to, by oczyścić się samemu ze swoich grzechów poprzez ich przerzucenie na innych i uznanie, że jedynie oni są ich nosicielami.

I nie jest odpowiedzią na te słowa stwierdzenie, że atakuje się duchownych, bo jedynie oni mają monopol na nauczanie ludzi, co jest dobre, a co złe. Nie jest, bowiem od mniej więcej okresu reformacji monopol na nauczanie ludzi moralności przeszedł z rąk kapłanów w ręce intelektualistów, filozofów i naukowców, a później rozmaitej maści celebrytów. Od kilkudziesięciu lat to nie kapłani zatem dyktują, jak mamy żyć, ale piosenkarki, celebrytki, dziennikarki czy prowadzące rozmaite programy w telewizjach śniadaniowych. Od nich dowiadujemy się, że od tego, z kim śpimy, o wiele ważniejsze jest to, co jemy na śniadanie, a od tego, czy jesteśmy wierni swoim żonom/mężom i dzieciom, ważniejsze jest, czy troszczymy się o to, by używane przez nas kosmetyki nie były testowane na zwierzętach. I choć wielu może się wydawać, że nie ma to nic wspólnego z moralnością, to wbrew pozorom ma, bo przesuwa naszą uwagę z jednych problemów moralnych na inne, jedne uznaje za prywatną sprawę, a inne za rzecz publiczną i kluczową.

Nie słyszałem jednak, by ktokolwiek chciał zrobić rozliczeniowy film o reżyserach (a byłoby o czym rozmawiać, co pokazuje kazus pewnego znanego na Zachodzie polskiego reżysera), filmowcach czy celebrytach właśnie. W tej sprawie się milczy, bo słabo nadają się oni na kozły ofiarne. Kapłani i świeccy chrześcijanie są w tej roli o wiele lepsi.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95