I pewnie nie warto byłoby poświęcać tym reakcjom uwagi, gdyby nie fakt, że pokazują one jedną z najbardziej nieznośnych polskich cech – połączenie megalomanii ze słabością.
Najpierw była gigantyczna propaganda sukcesu, według której doczekaliśmy się drużyny na miarę mistrza Europy. Ordery, uściski, zapewnienia, wywiady, mizdrzenie się. Politycy kłaniali się w pas, premier doradzał, prezydent zaopatrzył się w szalik. W Austrii okazało się, że do gry nadają się tylko bramkarz Artur Boruc i w ostatniej chwili przygarnięty do reprezentacji Brazylijczyk Roger Guerreiro. Reszta zawodników albo bała się piłki, albo nie miała sił, by za nią biegać. Jednym plątały się nogi, inni strzelali na wiwat. Trener dwoił się i troił, ale występy w reklamówkach i prowadzenie drużyny na boisku to nie to samo.