[b]Algorytm wyborczy III RP[/b] - jest prosty: do wyboru mamy zawsze złodziei, ale przynajmniej fachowców, oraz oszołomów, ale przynajmniej uczciwych. Jeśli wyborcy zdecydują się na złodziei, gdzieś w połowie kadencji się orientują, że moralność kandydatów ocenili właściwie, ale co do rzekomej fachowości dali się zwieść. Jeśli postawili tym razem na oszołomów, okazuje się, że ich oszołomstwo jest niewątpliwe, ale wiara w uczciwość, niestety, była złudna. Po czym w kolejnych wyborach głosy przerzucane są ze złodziei na oszołomów albo odwrotnie; i tak da capo.

[b]Alpaga[/b] – łagodnie, ale skutecznie działający środek eutanazyjny, rozwiązujący w III RP problem tzw. wykluczenia i nadmiaru nieproduktywnej ludności nieprzydatnej w budowie kapitalizmu (p. Transformacja ustrojowa) z powodu braku wykształcenia i chęci do pracy. Dziesięć lat temu zażywany regularnie przez około trzy miliony rodaków, obecnie już tylko około dwóch.

[b]Autostrady[/b] – we wzorcowej gospodarce wolnorynkowej, jaką zbudowały USA, nikomu nigdy by do głowy nie przyszło, że mógłby je budować ktokolwiek inny niż państwo. W Polsce państwo angażuje się w dziesiątki rzeczy, które normalny kraj pozostawia obywatelom, wiedząc, że prywatny przedsiębiorca zrobi je lepiej niż urzędnik. Ale akurat wymyślono, że autostrady zbudują firmy prywatne; z wiadomym skutkiem. (p. Jadąc przez Polskę, Niemożność)

[b]Bezkarność[/b] – 1) Jedna z fundamentalnych zasad ustrojowych III RP 2) Jak dowiódł w klasycznym już dziś eseju Stanisław Koźmian, jeden z twórców krakowskiej szkoły historycznej (rzadkiego w polskich dziejach pomnika zdrowego rozsądku), najgorsza z trucizn powodująca rozkład życia społecznego, moralności publicznej, ostatecznie prowadząca do upadku państwa. Z licznych podanych przez autora przykładów, czym skutkuje rozpanoszenie się w życiu publicznym bezkarności, najbardziej wymowny jest los przedrozbiorowej Rzeczypospolitej.

[b]Bezstronność[/b] – wrodzona i niezbywalna cecha sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Na mocy orzeczenia Trybunału, sędzia taki pozostaje bezstronny nawet wtedy, gdy orzeka w sprawie swojej własnej bądź swoich najbliższych.

[b]Chałtura[/b] – po rusińsku znaczyło dawniej „kartka”, od czego w Kościele unickim nazwano specjalne nabożeństwo za zmarłego (coś jak u nas wypominki), zapewne będące dla parocha dodatkowym źródłem dochodu. Pracę wykonaną byle jak, bez staranności, wyłącznie dla zarobku, zaczęto w ten sposób określać w XX-leciu międzywojennym, kiedy to chałturami nazwano w środowisku teatralnym zarobkowe objazdy po prowincji. Warto zauważyć, że chałtura istnieje wyłącznie w socjalizmie. Artysta (by do tej sfery się ograniczyć) amerykański wie, że nawet gdy gra w reklamie sałatkę z pomidorów albo uświetnia otwarcie szkoły w pipidówie, musi dać z siebie wszystko; a nuż to ten właśnie moment, gdy zobaczy go ktoś ważny, od kogo zależy kariera, i raz na zawsze wyrobi sobie o nim zdanie. Artysta polski natomiast odwala robotę na aby, bo czuje się stworzony do wyższych celów, i narzeka przez całe życie, że mu nie dano szansy pokazania, co naprawdę mógłby zrobić, gdyby tylko mu się chciało. (p. Młode kabarety)

[b]Ciągłość historyczna III Rzeczypospolitej[/b] – dobitnie określił ją Aleksander Kwaśniewski, wręczając Orły Białe Jackowi Kuroniowi i Karolowi Modzelewskiemu, kiedy to powiedział znamienne słowa: „wy pierwsi sprzeciwiliście się komunistycznemu totalitaryzmowi!”. Oczywiście, powinien był dodać „wy pierwsi spośród nas, komunistów”, ale i tak sens jego słów był jasny. Setki tysięcy osób na różny sposób represjonowanych za czasów stalinowskich, dziesiątki tysięcy „żołnierzy wyklętych”, z których ostatniego zastrzeliła SB w obławie dopiero w roku 1963, męczeństwo Armii Krajowej, WiN, pomordowani działacze PSL, to wszystko się nie liczy, to należało do zakończonej już historii innego państwa i być może innego narodu, równie niewiele mających z nami wspólnego, co państwo Etrusków. Trzecia Rzeczpospolita zaczęła się w momencie, gdy dwóch młodych marksistów zarzuciło partii odejście od leninowskich pryncypiów, krytykując ją m.in. za tolerowanie prywatnej własności ziemi i zbyt łagodny stosunek do religii. I gdy poszli za to do więzienia, odprowadzani, jak to wspomina sam Kuroń, przez przyjaciół śpiewających im na pożegnanie „Międzynarodówkę”.

[b]Cuda Tuska[/b] – na razie mamy tylko jeden, ale niewątpliwy: premier zrobił z Wałęsy mędrca. (p. Wałęsa)

[b]Czerwińsk nad Wisłą[/b] – miejsce, gdzie się urodził i dorastał mój ojciec, a dziadek był wójtem. Moją rodzinę bardzo irytuje, gdy co i raz przypominam, że jestem ze wsi. Prawda jest taka, że Czerwińsk, ulokowany na wzgórzu panującym nad dogodną przeprawą przez Wisłę, stanowił znaczący ośrodek w czasach, kiedy Kraków był małą wioską, a na miejscu Warszawy czochrały się tury. Prawa miejskie stracił w roku 1865, co było ze strony zaborczych władz karą za pomoc udzielaną przez miejscowych powstaniu i aktywny w nim udział.

[b]Człowiek[/b] – jakkolwiek na niego patrzeć, dziwoląg w ziemskiej przyrodzie. Jedyna w niej istota nie kierująca się instynktem samozachowawczym, zdolna do agresji bez powodu i przeżywająca bezustannie ruję. Z racji tych cech człowiek do przetrwania potrzebuje norm kulturowych, narzuconych przez stado. Stanowią one miarę stopnia jego ucywilizowania, a także sprawiają, iż głównym uwarunkowaniem ludzkich zachowań jest dążność do wyzwolenia się z owych norm. Gdy się to ludziom udaje, giną.

[b]Dalajlama[/b] – nieustanne hołdy i wyrazy solidarności, jakie odbiera podczas swych podróży, nie są niczym nowym. Na samym początku XX stulecia peregrynował po Europie (opisuje to szczegółowo Cat-Mackiewicz w „Europie in flagranti”) Paul Krueger, prezydent burskiej republiki Transwalu, brutalnie zaatakowanej przez Wielką Brytanię. Gdziekolwiek się pojawił, słano kwiaty i kobierce, potępiano agresorów, bito gromkie brawa obrońcom wolności, zapewniano o najgorętszym poparciu. Potem Kruger wyjechał, Transwal i Orania zostały przez Anglików zaorane, a Burowie jako pierwszy w dziejach naród doświadczyli epokowego wynalazku obozów koncentracyjnych. I tyle.

[b]Debata publiczna[/b] – zasadniczo ogranicza się u nas do ustalenia, kto jest swój, a kto nie (czyli, aktualnie: kto jest z PiS, a kto z PO). Potem już wiadomo, że jeśli mówi nasz, to nie tylko masz rację, ale jesteś człowiekiem po każdym względem znakomitym, uczciwym, utalentowanym etc.; a jeśli nie nasz, to wręcz przeciwnie.

[b]Domniemanie uczciwości[/b] – podstawowa zasada rzetelnej publicystyki, analogiczna do podstawowej zasady uczciwego sądu, jakim jest domniemanie niewinności. Jak wiadomo, nawet gdy łapiemy faceta z dymiącą spluwą w ręku i doskonale wszystko o nim wiemy, traktujemy go tak, jakby był niewinny, dopóki na sali sądowej, przy zachowaniu specjalnej procedury, z udziałem oskarżyciela i obrońcy nie udowodnimy mu, że zrobił to, co zrobił. W publicystyce natomiast, choćby się nie wiedzieć jak dobrze wiedziało, że osoba, z którą się polemizuje, jest nierzetelna, kupiona etc. musimy traktować ją z założeniem, iż to, co pisze, pisze uczciwie, argumentując w dobrej woli, zgodnie ze swą wiedzą i przekonaniami. Tylko wtedy zbijanie jej argumentów może dać efekt ciekawy i dla czytelnika pożyteczny. Nie muszę chyba dodawać, że w polskiej publicystyce zasada ta jest notorycznie łamana.

[b]Endecy[/b] – wcielone zło, wszystko, co w Polsce najgorsze, straszliwa emanacja polskiego katolickiego ciemnogrodu i antysemityzmu, mordercy Narutowicza i polscy faszyści. Duchy rozstrzelanych ponad pół wieku temu endeków do dziś wzbudzają takie przerażenie w licznych polskich intelektualistach, że z tego strachu gotowi są do najbardziej paskudnych zachowań, by wymienić tylko zakłamywanie historii (p. Gross) czy tłumienie wolności debaty publicznej. Mówiąc poważnie, czarna legenda endecji najusilniej tworzona jest przez ludzi głęboko umoczonych w stalinizm i inne komunistyczne brudy, którzy chcą w ten sposób wmówić sobie i innym, że jednak walczyli z czymś jeszcze gorszym.

[b]Gierek Edward[/b] – autor sprzedanych w gigantycznym nakładzie wspomnień, w których nie pozostawia suchej nitki na swoim następcy i prześladowcy Jaruzelskim, demaskując go jako intryganta, tępaka i służalca Moskwy oraz oskarżając o doprowadzenie Polski do ruiny. Książka ta została przyjęta z entuzjazmem przez rzeszę sierot po PRL, którym w najmniejszym stopniu nie przeszkodziła otaczać zarówno Gierka, jak i Jaruzelskiego takim samym kultem. Trudno o lepszy przykład postkomunistycznej sklerozy.

[b]Idealne państwo[/b] – to takie, w którym władza choćby nie wiem jak lubiła biznesmena, dziennikarza czy po prostu obywatela, nie mogłaby go w żaden sposób wspomóc, i choćby innego nie wiem jak nienawidziła, nie mogłaby mu w żaden sposób zaszkodzić.

[b]Gross Jan Tomasz[/b] – w żadnym z licznych pogromów, które są dobrze przez historyków zbadane, nie zginęło więcej niż 15 – 20 proc. zaatakowanej populacji. To zrozumiałe: gdy atak następuje spontanicznie, musi być bezwładny, a więc zawsze istnieją możliwości ucieczki. W Jedwabnem wymordowano jednego dnia praktycznie całą żydowską populację miasteczka, co jest oczywistym dowodem, iż zbrodnia nie była spontaniczną akcją miejscowego szewca z miejscowymi parobkami ze młyna; ktoś musiał ją starannie zaplanować, zamknąć najpierw drogi ucieczki itd. Taką logistyką dysponowali wówczas tylko Niemcy. Mimo to pan Gross upiera się przy pasującym mu kłamstwie, jakoby Polacy sami z siebie pewnego dnia rzucili się mordować sąsiadów, a przypadkowo obecni Niemcy tylko robili zdjęcia. Całkowicie przekreśla to jego wiarygodność jako historyka, jak również wiarygodność ludzi, którzy używają jego pisaniny w swoistej krucjacie wybijania Polakom z głów narodowej dumy, uważając to za niezbędny wstęp do ich ucywilizowania (p. Kolonialny sierżant)

[b]Inkwizycja[/b] – w czasach, gdy powszechnie akceptowaną procedurą sądową było lanie podejrzanego dopóki się nie przyznał albo nie wyzionął ducha, to właśnie inkwizycja stworzyła i upowszechniła cywilizowaną procedurę wymiaru sprawiedliwości: rozprawę na wzór dysputy teologicznej z oskarżycielem i obrońcą, ławę przysięgłych, zasadę, że winę trzeba oskarżonemu udowodnić, a także rewolucyjną na owe czasy zasadę, iż oskarżony ma prawo do milczenia, a jego przyznanie się do winy nie wystarcza do skazania. Słowem, była to instytucja, której potomni winni są podziw i szacunek. Czarna legenda inkwizycji stworzona przez literaturę i kulturę popularną to jedna wielka bzdura.

[b]Jadąc przez Polskę[/b] – spostrzeżenie powtarzane przez wielu cudzoziemców, warte namysłu. W Czechach, na Słowacji, Węgrzech, Ukrainie czy Litwie jedzie się dobrą, szeroką i równą drogą, widząc dookoła mniej lub bardziej biedne domki i mijając raczej marne samochody. W Polsce natomiast droga jest wąska, pełna dziur, zakorkowana na amen wypasionymi limuzynami, za to wokół niej stoją prawdziwe pałace; obowiązkowo z wieżyczkami.

[b]Jaruzelski Wojciech[/b] – człowiek, który za czasów mej młodości wiedział wszystko i na wszystkim się znał. Pamiętam jego wystąpienia na transmitowanych przez TVP naradach aktywu partyjnego, w których towarzysz generał autorytatywnie roztrząsał wszelkie zagadnienia od obróbki skrawaniem i kopcowania kartofli przez językoznawstwo i alkoholizm po wychowanie seksualne. A to i tak były tylko drobne próbki wiedzy, która zachowała się w stenogramach wielogodzinnych tyrad towarzysza generała kierowanych do członków politbiura. Z przyczyn zupełnie dla mnie niezrozumiałych te skarby mądrości nie zostały dotąd narodowi udostępnione.

[b]Jurczyk Marian[/b] – polski O. J. Simpson. Oczyszczony przez Sąd Najwyższy z zarzutu kłamstwa lustracyjnego (mimo zachowanego zobowiązania do współpracy, odręcznych donosów i pokwitowań otrzymywanych za delatorstwo pieniędzy z braku przekonujących dla sądu dowodów, że swą działalności komukolwiek zaszkodził) posunął się do wytaczania procesów cywilnych tym, którzy pisali i mówili o nim jako o esbeckim kapusiu. I te poprzegrywał.

[b]Kac[/b] – przed imprezą robimy duża miskę sałatki greckiej; kroimy cebulę, dużo pomidorów, ogórek, paprykę, dodajemy zielone i czarne oliwki, ser feta i obficie polewamy oliwą. Mieszamy, po czym odstawiamy w jakieś ustronne miejsce, żeby goście nie wyjedli (ale raczej nie ma obawy). Następnego dnia po obudzeniu docieramy w to miejsce w wiadomo jakim stanie i ostrożnie wypijamy co do kropli sos, który sałatka puściła przez noc. I po kłopocie.

[b]Kaczyński Jarosław[/b] – z niezrozumiałych dla mnie przyczyn uchodzi za zimnego jak ryba stratega, człowieka, który ma w głowie polityczny komputer (określenie Piotra Wierzbickiego), wszystko kalkuluje na wiele ruchów naprzód etc. Tymczasem w istocie w prezesie PiS stale się gotuje i, mówiąc słowami Mistrza Młynarskiego, „co jakiś czas ta szajba / jak pokrywka mu odbija”. Wtedy prezes rzuca gromy na niemieckie media, potomków KPP, knajaków wychowanych na podwórkach i internautów pociągających piwko między jedną a drugą stronką porno. A potem, by ocalić swą reputację przebiegłego stratega, brnie w to, co powiedział.

[b]Kaczyński Lech[/b] – zacności człowiek, bardzo porządny, jakiego każdy chciałby mieć wśród znajomych. Niestety, to właśnie czyni go mało predestynowanym do zajmowania się polityką.

[b]Kapitalizm[/b] – stale oskarżany u nas o wszelkie zło. W starym żydowskim kawale pewien ubogi starozakonny zobaczył, jak bogacze zajadają się drożdżowym ciastem i bardzo zapragnął tego smakołyku spróbować. Dostał od kucharki przepis i zabrał się do pieczenia; z tym że z braku masła użył gęsiego smalcu, zamiast dwunastu jajek, o których mówił przepis, dał dwa, nie dodał cukru ani drożdży, bo skąd, a nie mając formy ani piekarnika, upiekł placek na popiele. Po czym skosztował, splunął i zdumiał się: „że też bogaci ludzie jedzą takie świństwo!”. Tak samo właśnie jest z gadaniem, że kapitalizm w Polsce (i zresztą w ogóle) „się nie sprawdził”.

[b]Kilka godzin w tygodniu[/b] – tyle w Ameryce i innych cywilizowanych krajach wypada poświęcić na działalność społeczną, jeśli chce się mieć poważanie u ludzi. W ostatniej powieści wkładam te słowa w usta jednego z bohaterów, takiego mojego Gajowca: dziś na szczęście nikt nie musi umierać za ojczyznę, wystarczy tylko, żeby poświęcił jej dwie – trzy godziny w tygodniu. Naprawdę tak uważam. Partie polityczne są dziś dla społeczeństwa stracone i jedynym sposobem naprawy kraju jest angażowanie się w przeróżne obywatelskie inicjatywy. Namawiam do tego gorąco: niech kto robi, co chce, choćby nawet coś, co osobiście uważam za głupotę, byle pamiętać o zasadzie, że środki uświęcają cel. Przedwojenna Polska była potężna mnogością rozmaitych towarzystw ziemiańskich, włościańskich, gimnastycznych, uniwersytetów ludowych i robotniczych etc. Dopiero z tego wyrastały główne nurty polityczne: endecki, ludowy i socjalistyczny. I dopóki tego nie odbudujemy, będziemy mieć zawsze polityków spadochroniarzy traktujących zwycięstwo wyborcze jak wygraną bitwę, dającą im prawo do plądrowania i łupienia podbitego kraju.

[b]Kłamstwo[/b] – w PRL było podstawową zasadą życia publicznego. I tak zostało również w III RP. Charakterystyczny objaw: co innego mówi się prywatnie, co innego oficjalnie. Prywatnie panu powiem – między nami mówiąc – tylko do waszej wiadomości… Prywatnie to na przykład wszyscy wiedzą, że (p.) Wałęsa „coś tam podpisał”, ale oficjalnie…

[b]Kolonialny sierżant[/b] – figura przydatna do zrozumienia stosunku naszej elity intelektualnej do Europy i własnego narodu. Murzyn, który dosłużył się u białych stopnia podoficerskiego, gardzi czarnuchami bardziej, niż jakikolwiek biały rasista, a wszelka swojskość, tam-tamy, rytualne maski czy tańce budzą w nim tylko irytację. Widzi w tym ciemnotę i żałosny balast oddalający od cywilizacji. Marzyć potrafi tylko o tym, żeby zbieleć, i tego samego wymaga od rodaków.

[b]Koźmian Kajetan[/b] – jedna z najbardziej skrzywdzonych postaci w naszej historii. Zapamiętany wyłącznie jako niefortunny adwersarz (p.) Mickiewicza, który urobił mu szyderczą gębę autora „tysięcy wierszy o sadzeniu grochu”, w legendzie literackiej stał się symbolem ograniczonego beztalencia niezdolnego zrozumieć i docenić prawdziwej wielkości i nowego. W istocie Koźmian miał co do Mickiewicza całkowitą słuszność („uznaję jego talent, lecz wyznam przed tobą / na ile cenię dowcip, pogardzam osobą”). To on, a nie Salieri, powinien być bohaterem dramatu ukazującego tę dziwną fatalność, iż artystyczny geniusz nie tylko nie idzie w parze z przymiotami ducha, ale wręcz przeciwnie – jest darem, którym opatrzność obdarza zwykle osobników nieciekawych, odmawiając go ludziom prawym.

[b]Książki[/b] – obok powietrza, płynu i jedzenia jedna z rzeczy niezbędnych do życia. Mam ich całą ścianę, celowo pomieszanych. Rzeczy potrzebne z zupełnie zbędnymi, dobre z badziewiem, małe z dużymi. Kiedy muszę coś przemyśleć, bo na przykład brakuje mi pomysłu, zaczynam szukać jakiejś książki, której od dawna nie zdejmowałem z półki. Zawsze pomaga.

[b]K… [/b]– w tym najczęściej używanym przez nasz naród słowie zabawne jest to, że weszło ono do polszczyzny jako wykwintny eufemizm. Zawdzięczamy je Barbarze Radziwiłłównie, która powszechnie uważana była przez szlachtę za, hm, dziewkę. Ale że, jakkolwiek patrzeć, była królową, więc tego obelżywego wówczas słowa publicznie do niej stosować nie wypadało. Stąd w ówczesnej publicystyce elegancko sięgnięto po słowo z uczonej łaciny. I się przyjęło.

[b]Lewicowość [/b]– 1) wspólna nazwa filozofii, które w przeciwieństwie do prawicowości projektują jakiś rodzaj utopii, w ramach systemu idealnego usiłując zaprogramować życie jego obywateli co do najdrobniejszych szczegółów, a następnie starają się wtłoczyć ludzi w wymyślony przez mędrców ideał, co, jak słusznie zauważył Zbigniew Herbert, przywodzi na myśl opisane w mitologii starania zbója Damastesa z przydomkiem Procrustes. 2) Skłonność charakteru wynikająca z nadaktywności, swego rodzaju ADHD. Lewicowość zwykle jest wyborem osób mających przymus działania z reguły wyprzedzającego przemyślenie sprawy. Typowy lewicowiec bezustannie kombinuje, gdzie by tu się jeszcze wkręcić, w co jeszcze zaangażować i kogo jeszcze nawrócić na swoją wiarę.

[b]Lisowczycy[/b] – bodaj najbardziej doborowa formacja w dziejach Wojska Polskiego służy przykładem, jak skuteczny może być „czarny pijar”. Lisowczycy do dziś kojarzeni są z gwałtami na ludności cywilnej, rabunkami i innymi ekscesami. Tymczasem wcale nie byli pod tym względem gorsi od ówczesnej średniej (z racji żelaznej dyscypliny zapewne nawet lepsi). Prawdziwym grzechem lisowczyków była panująca wśród nich równość i duch braterstwa, jakiego nie znano do czasów Legionów Dąbrowskiego; rekrutując, nie pytali o szlachecki klejnot, co więcej, z zasady pomagali towarzyszom uzyskać nobilitację poprzez złożenie odpowiedniego poręczenia. Szlachta z zasady nie protestowała, bo oznaczało to pojedynek z poręczającym, na co gotowych było niewielu. Tym gorliwiej za to psuła lisowczykom opinię. Jak się okazało, skutecznie.

[b]Listy Żydów[/b] – kogo na nich nie ma, ten widać zupełnie się w Polsce nie liczy. Dlatego odetchnąłem z ulgą, wreszcie odnajdując na jednej z nich siebie z następującą adnotacją: nie znamy prawdziwego nazwiska osobnika występującego jako Ziemkiewicz, ale wystarczy popatrzeć na jego gębę i zobaczyć, co wypisuje, żeby nie mieć co do jego żydostwa wątpliwości. Pewną wątpliwość wzbudził tylko we mnie fakt, że publikacja zatytułowana była „lista Żydów ukrytych w środowisku dziennikarskim”, a zawierała m.in. nazwisko Konstantego Geberta. Jeśli to jest Żyd „ukryty”, to jak wygląda jawny? (p. Żydofobia)

[b]Lustracja[/b] – postrach kamaryl trzęsących Polską i kontrolujących atrakcyjne zawody (p. Sitwa, Reglamentacja sukcesu). Wbrew potocznemu przekonaniu ich niechęć do lustracji nie ma charakteru bezwzględnego; gdy np. profesorowie Ćwiąkalski i Zoll dokonali „dzikiej lustracji” profesora Mąciora, nie podniosły się w ich środowisku żadne głosy sprzeciwu. Zdecydowane potępienie wywołuje natomiast perspektywa lustracji powszechnej, przede wszystkim dlatego, że takowa naruszyłaby fundamentalną dla naszego życia publicznego zasadę hierarchii. Teczki postrzegane są jako groźna broń, która pozwoliłaby jakimś, z przeproszeniem, szczeniakom rozliczać czcigodnych gerontów; byle magister mógłby przyszpilić dawną współpracą i przepędzić profesora, byle redaktorek zrzucać z cokołów wielkich intelektualistów i autorytety moralne. „Do czego by to doprowadziło!”, jak mówią w moim ulubionym serialu komediowym.

[b]Michnik Adam[/b] – 1) Jeden z wielu, ale może najbardziej znany dowód trafności maksymy, iż nie ma większych reakcjonistów, niż byli rewolucjoniści, gdy się już dorwą do władzy i wtopią w establishment. 2) Jedyny historyk, który twierdzi, że wprowadzając stan wojenny, Jaruzelski ocalił Polskę przed sowiecką interwencją.

[b]Mickiewicz[/b] – genialny poeta o paskudnym życiorysie; za młodu bawidamek specjalizujący się w dobieraniu się do cudzych żon i prawdopodobnie kapuś carskiej policji mitologizujący swą śmiechu wartą martyrologię; spędzenie paru dni w przestronnej, pięknej celi z widokiem na ogród („Dziś / na Sybir / kibitek czterdzieści / posłali” – w rzeczywistości nie było ani jednej). Na starość oszalały sekciarz, który na długie dziesięciolecia zainfekował polskie elity chorobą myślenia o polityce w kategoriach mistycznych (do dziś nie do końca przezwyciężoną). Poniósł za to wszystko zasłużoną karę: potomni kompletnie sfałszowali jego biografię, tak żeby pasowała do posągu narodowego wieszcza. (p. Koźmian).

[b]Mitologia III RP[/b] – w największym skrócie: szły do kompromisu światłe elity z dwóch stron historycznego podziału, jedni przez KOR, drudzy przez KC PZPR, aż się spotkały przy Okrągłym Stole, pogodziły w imię wspólnego dobra i zgodnie zbudowały nam demokrację, dzięki czemu mamy teraz promocje w supermarketach i paszporty pozwalające nam szorować gary i zamiatać podłogi w knajpach całego świata. (p. Ciągłość historyczna)

[b]Młode kabarety[/b] – za moich czasów słowo „chałturnik” (p. Chałtura) występowało najczęściej w zbitce „stary chałturnik”. Dzięki pani Terentiew, panu Bałtroczykowi oraz wspomnianym kabaretom zbitka ta została skutecznie rozbita. I jest to w zasadzie jedyny powód, żeby o nich wspomnieć.

[b]Młodość[/b] – czas w życiu, kiedy człowiek jest głupi, naiwny i najłatwiej zrobić z niego bałwana; niestety, trzeba pożyć 40 parę lat, żeby to sobie uświadomić.

[b]Najbardziej beznadziejna miłość w dziejach[/b] – czekająca wciąż na swego piewcę, to polska miłość do Rosji. Począwszy od Stanisława Augusta Poniatowskiego, poprzez Czartoryskiego, Wielopolskiego, Pilza po Ksawerego Pruszyńskiego (pełna lista byłaby za długa) powtarza się w naszych dziejach doświadczenie przywódców i intelektualistów, którzy chcieliby oprzeć Polskę na szczerej przyjaźni i uczciwym sojuszu z Rosją. Jest to dążenie skazujące na tragiczne rozczarowanie, albowiem Rosja, od wieków opętana paranoją odsuwania swych granic jak najdalej od stolicy i niszczenia potencjalnych wrogów, zanim jeszcze staną się wrogami, zainteresowana jest wyłącznie podbojem i bezwarunkowym poddaniem się jej samodzierżawiu. W stosunkach z sąsiednimi narodami zaś kieruje się zasadą, by wspomagać w nich wszystko, co najgorsze i najbardziej dla narodu zgubne, a zawczasu tępić każdego, kto mógłby coś naprawić. Postępowanie Rosji z Polską i innymi krajami Benedykt Ziętara porównywał do behawioru pająka, który najpierw wstrzykuje ofierze truciznę, by ją potem łatwiej zjeść i strawić. Za czasów zaborów wartościowy Polak mógł robić karierę w Petersburgu lub na Syberii, ale w Królestwie konsekwentnie przestrzegano doboru negatywnego. Tę samą zasadę, zgodnie z głośną instrukcją Sierowa, stosował ZSSR wobec PRL.

[b]Napoleon[/b] – zwyczajowa nazwa brandy. Sam cesarz wedle współczesnych relacji używał tego płynu, po rozrobieniu go wodą, wyłącznie do płukania zębów. Fakt, że kacogenne świństwo ochrzczono potem jego imieniem zanotować należy wśród innych przejawów tzw. ironii historii.

[b]Niemiecka polityka[/b] – tak jak niemiecka filozofia, niemiecka piłka nożna i prawdopodobnie wszystko, co niemieckie, jest nudna, ale skuteczna. Prawdopodobnie dlatego, że Niemcy potrafią określić swoje interesy i cele, a następnie metodycznie i ponad partyjnymi podziałami pracować na ich rzecz. Czyli potrafią to właśnie, czego my nie potrafimy ani w ząb.

[b]Niemożność[/b] – w Polsce odwieczna i wszechobecna. W dawnych czasach skutecznie uniemożliwiła powściągnięcie złotej wolności i liberum veto, rozwiązanie problemu pańszczyzny czy budowę normalnej, europejskiej gospodarki opartej na tzw. stanie trzecim. W zamordyzmie PRL nie pozwalała uporać się nawet z problemem braku sznurka do snopowiązałek i papieru toaletowego, o poważniejszych sprawach nie wspominając. Po jego upadku drobiazgi oddano na pastwę wolnego rynku, co ludziom znacznie ulżyło. Nadal natomiast paraliżuje niemożność sprawy zasadnicze: III RP nie jest w stanie zreformować finansów, systemu usług medycznych, szkolnictwa, armii… (p. Zaborcy)

[b]Obciach[/b] – to, co naprawdę warto. Całe życie byłem obciachowcem, obciachowo się ubierałem, słuchałem obciachowej muzyki, czytałem obciachowe książki, miałem obciachowe poglądy etc. i jestem z tego bardzo dumny oraz wszystkim polecam. Bycie obciachowcem skutecznie chroni człowieka przed próbami zaprzyjaźnienia się ze strony ludzi i środowisk, z którymi przyjaźnić się zdecydowanie nie warto (p. Pokusa zaprzyjaźnienia się…).

[b]Obrazek[/b] – prawdziwa potęga, z którą słowo nie ma się co mierzyć (jako czciciel słowa piszę to z bólem, ale co robić, gdy tak jest). Niedawno pewien pisarz pokazał mi książkę, którą otrzymał w Instytucie Yad Vashem „Świat chrześcijański a Holokaust”. Książka, jak powiedział, uczciwa i rzetelna, ale kto by ją tam czytał. Wystarczy, że na okładce było zdjęcie, nie wiadomo komu i kiedy zrobione, grupy hajlujących nazistów, wśród których ten sam gest wykonuje dwóch księży katolickich. Trzeba więcej? Co wiemy o wojnie w Wietnamie? Widzimy płaczące, uciekające wietnamskie dzieci, za którymi majaczy postać amerykańskiego żołnierza z karabinem. Co wie Zachód o Polakach i Żydach? Widzi podsunięty mu przez Miłosza obraz karuzeli, na której Polacy kręcą się wesoło i bawią, podczas gdy Niemcy tuż obok palą getto i mordują jego mieszkańców. Fakt, że zdjęcie zostało ustawione, a na karuzeli nikt się w trakcie powstania w getcie nie kręcił, choćby dlatego, że znajdowała się w polu ostrzału, nie ma najmniejszego znaczenia.

[b]„Off Air TV”[/b] – to moje prywatne marzenie: telewizja, która będzie transmitować na żywo to, co we wszystkich innych telewizjach dzieje się po wyłączeniu kamer, przy wyjściu ze studia. Dopiero wtedy, jak wiem z doświadczenia, rozmowy robią się naprawdę pasjonujące, goście nabierają elokwencji i zaczynają mieć coś ciekawego do powiedzenia.

[b]Partie polityczne[/b] – w III RP nie mają nic wspólnego z tak samo nazywanymi organizacjami stanowiącymi podmiot demokracji w krajach zachodnich. Tam w jakiś sposób wyrażają one poglądy i realizują aspiracje każda wybranej części społeczeństwa; u nas, za sprawą ordynacji proporcjonalnej i ustawy o finansowaniu partii, są dworami skupionymi wokół prezesa i jego kapciowych; prezes wedle swego uznania rozdziela otrzymywane z budżetu państwa pieniądze i „biorące” miejsca na listach wyborczych. Obywatele mogą tylko od czasu do czasu wziąć, bądź nie, udział w plebiscycie, w którym głosują na partyjne szyldy, nie mając żadnego wpływu na to, co się za nimi kryje.

[b]Pieredyszka, zwana też odwilżą [/b]– cyklicznie powtarzające się co kilkanaście lat nasilenie nadziei na uzdrowienia Polski, likwidację patologii, wyrugowanie z życia publicznego (p.) kłamstwa etc; po kilku latach przechodzi bez śladu. Ostatnią Pieredyszkę przeżywaliśmy pomiędzy ujawnieniem afery Rywina a wyborami wygranymi przez dwie partie postsolidarnościowe, zgodnie obiecujące Polakom budowę lepszej, IV Rzeczypospolitej.

[b]Piłsudski i Dmowski[/b] – jakoby do dziś rządzą Polską z trumien; ich wzajemne stosunki najlepiej oddają słowa ks. biskupa Warmińskiego „mądry przedyskutował, ale głupi pobił”. To nie znaczy, żeby Piłsudski był głupi, ale w przeciwieństwie do rywala nie tracił czasu na pisanie książek, tylko budował struktury. Skutkiem tego w decydującym momencie Dmowski miał rację, a Piłsudski wierne sobie bojówki i oddanych mu oficerów kontrolujących większość istniejących wówczas polskich oddziałów wojskowych.

[b]Pokusa zaprzyjaźnienia się z ludźmi, którzy dużo mogą[/b] – bardzo groźna w zawodzie dziennikarskim (ale nie tylko). Ludzie, którzy dużo mogą, zaprzyjaźniają się chętnie i mogą bardzo pomóc, np. dać program w tzw. prajmtajmie gwarantujący wysoką oglądalność, sławę i kasę, zorganizować wpływową klakę, załatwić świetną chałturę, pomóc w wyprowadzeniu na czysto różnych spraw. A w zamian chcą tylko jednego – żeby ich lubić. (Jak to mówił Yossarian: „polubić was? Po prostu was polubić, tylko tyle?”) Odporność na tę pokusę zależy od tego, czy bardziej komuś zależy na tym, żeby widzieć swoją twarz na okładkach kolorowych pism, czy żeby móc ją bez abominacji oglądać w lustrze.

[b]Polacy na Kremlu[/b] – a jakże, okupowaliśmy Moskwę! Wprawdzie cztery wieki temu, ale Rosja do dziś pamięta i czci ten fakt jako święto narodowe. Słusznie, przecież to jedyne dwa lata w jej historii, gdy należała do Europy.

[b]Prawicowość[/b] – 1) wspólna nazwa filozofii, które w przeciwieństwie do Lewicowości nie starają się zaprojektować systemu idealnego, ale skupiają się niejako na wyznaczaniu społeczności ludzkiej nieprzekraczalnych granic, poza tym pozostawiając im swobodę. 2) Skłonność charakteru wynikająca z lenistwa. Prawicowość jest zwykle wyborem osób, które zanim ruszą się z fotela, muszą wszystko starannie przemyśleć, i najczęściej myślą tak długo, aż dojdą do wniosku, że ruszać się nie warto. Typowy prawicowiec najchętniej się od kolejnych osób i środowisk odcina oraz wychodzi, demonstracyjnie trzaskając drzwiami.

[b]Prawo Ziemkiewicza[/b] – zasada rządząca wydatkami publicznymi. Jest proste: „Rząd (i wszelka inna władza) wydaje powierzone jej pieniądze przede wszystkim na to, czego obywatele nie potrzebują, bo za to, czego obywatele potrzebują, i tak zapłacą sami”. Na mocy prawa Ziemkiewicza rząd oszczędza zawsze na policji, usługach medycznych czy edukacji; obywatele zapłacą agencji ochroniarskiej, dadzą lekarzowi kopertę, a u nauczyciela opłacą korepetycje. Futruje natomiast z publicznych pieniędzy np. partie polityczne, związki zawodowe i rolnicze, tudzież inne przedsięwzięcia, na które nikt z własnej woli nie wysupłałby złamanego grosza.

[b]PRL [/b]– państwo, które największą w Europie przetwórnię ryb morskich zlokalizowało pod Wrocławiem. Nazwa złożona z trzech kłamstw: nie było Rzecząpospolitą, lud nie miał w nim nic do gadania, a Polska była z tego akurat taka sama jak z Generalnego Gubernatorstwa Hansa Franka.

[b]Prywatyzacja[/b] – w reaganomice obowiązkowo poprzedzona demonopolizacją, sposób na usprawnianie gospodarki i zmniejszenie wydatków państwa. Stąd zasada kierowania się przy prywatyzacji zwiększeniem efektywności i uzdrowieniem prywatyzowanej firmy. W praktyce III RP prywatyzacja była sposobem łatania wiecznie dziurawego budżetu, stąd prywatyzowano w pierwszej kolejności firmy znajdujące się w najlepszej kondycji, banki, browary, to, co najłatwiej szło opchnąć. Postępowanie kolejnych rządów w tej kwestii przypominało zachowanie alkoholika, który stopniowo wynosi z domu najpierw srebra, potem co lepsze ubrania, a na końcu meble, żeby zamienić je na wódkę (p. Telekomunikacja Polska SA).

[b]Reglamentacja sukcesu[/b] – największy problem współczesnej Polski będący oczywistą konsekwencją niemożności przezwyciężenia siły rozmaitych kamaryl, grup interesu i lobbies, czyli mówiąc po ludzku (p.) sitw. Prawo rządzące w Polsce awansem w atrakcyjnych zawodach, i w ogóle możliwościami odniesienia życiowego sukcesu, opisuje dowcip wymyślony w systemie bardzo podobnym do naszego: „Czy syn pułkownika może być generałem? Nie, bo generał też ma syna”.

[b]Rosyjska polityka zagraniczna [/b]– rządzi się prostą zasadą: kto ich pogłaszcze, tego kopną, kto ich kopnie, tego pogłaszczą. Z niewiadomej przyczyny tabuny zachodnich dyplomatów i tzw. intelektualistów wciąż nie są w stanie tej prostej zasady przyjąć do wiadomości.

[b]Ruscy[/b] – Niemcy, Francuzi, Szwedzi i inne nacje europejskie boją się ich panicznie, a my, którzy najwięcej z ich rąk w dziejach doznaliśmy krzywd, zbrodni i bezwzględnej eksterminacji, wręcz przeciwnie: gardzimy azjatycką dziczą i uważamy się za coś bezwzględnie od kacapów wyżej stojącego na drabinie cywilizacyjnej. Nie są w stanie zmienić tego takie drobiazgi jak na przykład, że za czasów, gdy mieszkałem obok wielkiego jarmarku na Stadionie Dziesięciolecia, wśród licznych straganów nie było tam ani jednego z książkami po polsku, naliczyłem natomiast cztery wypożyczalnie rosyjskich książek obficie zaopatrzone w klasykę i nowości, zaspokajające potrzeby ruskich handlarzy. Proszę sobie wyobrazić Polaka, który w oczekiwaniu na klientów czyta książkę.

[b]Rzezie wołyńskie[/b] – w III RP takie samo tabu jakim w PRL był Katyń.

[b]Samoobrona[/b] – w jakimś sensie groteskowa karykatura „Solidarności”, przede wszystkim zaś jej zwycięskie przeciwieństwo. „Solidarność” była mitem o Polakach lepszych niż są w rzeczywistości, zdolnych do wyrzeczeń i poświęceń jeden za drugiego, zjednoczonych. Samoobronność odwołała się wprost do polskiej pańszczyźnianej duszy i przekonania, że trzeba chapać co się da, garnąć pod siebie i mieć wszystkich innych w de, bo i oni nas tam mają. Mimo politycznej klęski partii o tej nazwie w sferze ducha Samoobrona odniosła historyczny sukces, chyba na długo.

[b]tow. Szmaciak [/b]– jak rządził, tak rządzi. Wszystko wskazuje na to, że przyjdzie na mój pogrzeb, z ulgą rzuci grudę, a jego przydupasy z wielkiej, opiniotwórczej gazety odpowiednio naświetlą mój życiorys.

[b]Słoma w butach[/b] – coś, co czyni przeciętnego polskiego inteligenta niezwykle potulnym wobec intelektualnych mód narzucanych przez ośrodki, takie jak „Gazeta Wyborcza”, i osoby, takie jak Adam Michnik. Przyczyna wiecznego strachu przed posiadaniem niewłaściwych poglądów, które mogłyby spowodować, iż wspomniana słoma zostanie zauważona i tym samym nosiciel przestanie być zaliczany do elity, a zostanie strącony pomiędzy mohery.

[b]Sitwa[/b] – podstawa ustroju III RP. Właściwie nie jesteśmy dziś, wbrew temu, co twierdzi konstytucja, republiką, tylko rzeszą, tyle że nie państewek terytorialnych, ale właśnie sitw kontrolujących rozmaite fragmenty życia publicznego. Sztuka rządzenia Polską polega na umiejętności ułożenia się co najmniej z częścią wpływowych sitw i uzyskania ich poparcia; sytuacja polskiego polityka przypomina więc sytuację władcy średniowiecznego, który dla każdego swojego zamysłu musiał pozyskiwać rozmaitymi przywilejami możnowładców. Oczywiście, czyni to niemożliwymi do pomyślenia jakiekolwiek reformy, które naruszałyby podstawę siły sitw, zwłaszcza zaś zasadę (p.) reglamentacji sukcesu.

[b]von Stauffenberg, Claus[/b] – po wojnie Niemcy strasznie potrzebowali jakiegoś bohatera antynazisty i Stauffenberg się załapał; szczerze mówiąc, niezasłużenie. Bynajmniej nie było tak, żeby Stauffenberg był patriotą, a Hitler nie. Obaj byli niemieckimi patriotami w mniej więcej takim samym stopniu, co oznacza, że np. obaj mieli taki sam stosunek do Polski i Polaków; tyle tylko, że Hitler miał fiksum dyrdum, a Stauffenberg był normalny i rozumiał, że skoro fuehrer zaczął przegrywać, a jest przeszkodą w zawarciu separatystycznego pokoju z Zachodem, to trzeba go usunąć. [b]Środki uświęcają cel[/b] – podstawowa zasada, której trzymać się trzeba w działalności publicznej. Nigdy nie możemy mieć pewności, czy w swoich przekonaniach nie błądzimy, ale jeśli realizujemy je sposobami uczciwymi, to nawet działając w złej sprawie, możemy przysporzyć światu tylko dobra. I odwrotnie, sięgając po nikczemność motywowaną szlachetnymi celami, przysparzamy światu tylko nikczemności. Środki, po jakie sięgamy, są więc ważniejsze od celu, jaki nam przyświeca. „I tego trzymać się trzeba”, jak pisał Stachura.

[b]Telekomunikacja Polska SA[/b] – jej „prywatyzacja” była może nienajwiększym skandalem III RP, ale najbardziej nadającym się na jej symbol. Słowo „prywatyzacja” biorę w cudzysłów, ponieważ TP sprzedano firmie państwowej, tyle że francuskiej. Co najważniejsze, wbrew elementarnej logice i zasadom liberalizmu sprzedano Francuzom monopol, a więc prawo do łupienia polskiego konsumenta. Jednocześnie władza zadecydowała, że mniejszościowy pakiet akcji trafić musi po znacznie zaniżonej cenie do „inwestora krajowego”. Inwestorem krajowym okazał się Jan Kulczyk, który wszakże nie wyłożył ani grosza, bo dostał na ten cel kredyt z ministerstwa (z ministerstwa! Nie z banku!). Przetrzymał swoje akcje przez jakiś czas, po czym z wielkim „przebiciem” odsprzedał je większościowemu udziałowcowi. Tym sposobem zarobił kolejne miliony bez wysiłku i kosztów własnych (wyjąwszy to, co kosztowało ewentualnie pozyskanie życzliwości władzy, która tak hojnie go obdarowała, o tym jednak nie wiem nic pewnego). A ruki, jak w starym dowcipie, swabodnyje, wszystko odbyło się zgodnie ze specjalnie do tego celu stworzonym prawem.

[b]Teoria ewolucji[/b] – wbrew powszechnemu przekonaniu nie jest oryginalnym pomysłem Darwina. Powstała dobre dwa wieki wcześniej z inspiracji papiestwa jako katolicka odpowiedź na wyzwanie wielkich odkryć geograficznych: na świecie okazało się żyć znacznie więcej gatunków różnych stworzeń, niż dałoby radę zmieścić się w Arce Noego (której rozmiary Biblia traktowana w dawnych wiekach jako dosłowne i nieomylne źródło wiedzy podaje bardzo ściśle). Jedynym wyjaśnieniem tej sprzeczności było, że za czasów Noego istniało tylko parę pragatunków, z których dopiero po potopie wyewoluowały liczne inne, dzisiejsze. Darwin niewątpliwie się tą pobożną teorią inspirował, zresztą sam też był przecież człowiekiem pobożnym. Dlaczego zatem stał się sztandarem wojującego ateizmu? Też mi pytanie, a dlaczego kolaborancka pieśń Felińskiego „Boże coś Polskę”, z lizusowskim refrenem „Przed Twe ołtarze zanosim błaganie, naszego cara pobłogosław Panie” stała się po kilkudziesięciu latach i jednej drobnej przeróbce hymnem patriotycznym?

[b]To się wie, co się ma[/b] – zdanie-symbol pochodzące z reklamy nie pamiętam już czego. Zachodni menedżerowie, którzy przyjeżdżali tu do nas z przekonaniem, że jadą do małp skaczących po drzewach, nie znając miejscowego języka, kazali sobie tłumaczyć przygotowywane reklamy słowo po słowie na swój, po czym wprowadzali do nich poprawki i kazali podwładnym literalnie je przetłumaczyć z powrotem; cytowane zdanie jest przykładem skutków takiej metody pracy. Metody, którą unowocześniano nas nie tylko w dziedzinie reklamy.

[b]Tran[/b] – prawdopodobnie dowód, że coś ze mną nie w porządku (tak przynajmniej twierdzi rodzeństwo). W dzieciństwie po prostu go uwielbiałem i nie mogłem się doczekać na swoją porcję, obowiązkowo zagryzaną grubo posolonym czarnym chlebem; i nadal nie umiem pojąć, jak może komuś nie smakować. Choć, niestety, wytłoczyny z dorszowych wątróbek czy czegoś takiego, które dziś się sprzedaje pod tą nazwą, do tamtego tranu, prawdziwego, z wieloryba ani się umywają.

[b]Transformacja ustrojowa[/b] – proces przechodzenia Polski z socjalizmu, czyli ustroju, w którym o wszystkim decydowały znajomości, do kapitalizmu, czyli ustroju, w którym o wszystkim decydują pieniądze. W procesie tym utkwiliśmy w punkcie pośrednim: o wszystkim decydują pieniądze, ale to, kto ma pieniądze, nadal zależy od znajomości.

[b]Tusk Donald[/b] – bez wątpienia największy sukces w polskiej polityce po roku 1989; z pozycji nienajważniejszego lidera efemerycznej partii głoszącej niepopularne w społeczeństwie hasła stał się najbardziej popularnym politykiem w państwie, pod względem rozległości swych wpływów ustępującym tylko Grzegorzowi Schetynie. Nieodparcie kojarzy mi się z sycylijskim, powiedzmy, biznesmenem, którego wrogom nieodmiennie przydarzają się nieszczęścia, a to, który się utopi w basenie, a to wypadnie z okna albo zatruje się gazem, on sam zaś rozkłada tylko ręce i patrzy na nas tak niewinnie, że po prostu nie sposób wątpić, iż nie ma z tym nic wspólnego. [b]Wałęsa Lech[/b] – problem z nim jako symbolem narodowym polega na tym, że zamiast spiżowym herosem, był niezwykle skutecznym cwaniakiem. Według najgłębszego polskiego przekonania zwycięstwo można tylko wywalczyć. Wałęsa zaś osiągnął je chłopskim sprytem i przebiegłą grą: kombinował, zwodził, kołował i współtowarzyszy, i przeciwników, na wiecu doprowadzał tłumy do ekstazy patosem przemówień, w zaciszu szedł na współpracę, by w decydującej chwili ją zerwać, podbijając stawkę („inaczej by mnie przecież zabili” – potrafi powiedzieć w chwili szczerości; ale tylko mediom zachodnim). Wycwaniaczone zwycięstwo? W naszej tradycji to przecież niedopuszczalne, lepszy już martwy lew niż zwycięski lis. Dlatego nie ma wyjścia, trzeba z Wałęsą tak, jak z Mickiewiczem. Koniec, kropka. (p. Mickiewicz)

[b]Wokulski[/b] – jedyna w naszej literaturze postać przedsiębiorcy. Zostaje nim z przypadku, po fiasku marzeń o karierze naukowej. Do pieniędzy dochodzi przez małżeństwo z bogatą wdową, potem szybko zbija fortunę na spekulacji, a potem już tylko trwoni ją na beznadziejne próby wkupienia się do klasy próżniaczej, odrzucając kolejne propozycje uczciwego interesu. Fakt, że polska literatura nie zdołała wygenerować lepszej postaci biznesmena, jest dojmującym dowodem rozbratu inteligencji utrzymującej się głównie z budżetu państwa z narodem, który w socjalizmie handlował na potęgę, a kapitalizm powitał wysypem ulicznych „szczęk”.

[b]Zaborcy[/b] – jak dotąd w naszej historii jedyny sposób wydobycia się z niemożności. Przychodzi zaborca i załatwia wszystkie nasze nierozwiązywalne problemy, a my możemy wrócić do tego, w czym jesteśmy naprawdę dobrzy: rwania szat, picia na umór nad ojczyzny grobem i mniej lub bardziej bezsensownych powstań.

[b]Zagrożenie dla demokracji (a właściwie dla modernizacji)[/b] – osoba lub grupa osób, wobec których nasze elity przeżywają intensywnie oburzenie, co praktycznie rzecz biorąc, stanowi jedyny przejaw ich intelektualnej działalności. Zagrożenie dla demokracji z powodzeniem zastępuje w naszej (p.) Debacie publicznej wszelką zadumę nad interesem narodowym, optymalną drogą rozwoju czy innymi imponderabiliami. Zagrożeniami dla demokracji byli w dziejach III RP kolejno Wałęsa, „katoliccy ajatollahowie” i państwo wyznaniowe. Obecnie są nim Kaczyńscy.

[b]Zarządzanie chaosem[/b] – metoda działalności politycznej, jedna z cech upodabniających do siebie odległych pod innymi względami Jarosława Kaczyńskiego i Lecha Wałęsę. Polega na nieustającym wytwarzaniu w życiu publicznym zamętu, bałaganu, bieganiny, słowem, chaosu właśnie, w którym jeden tylko lider czuje się jak ryba w wodzie, dowolnie wyławiając sprawy czy osoby, na których ma się w danym momencie skupić uwaga wszystkich, a usuwając w cień niewygodne dla siebie. Bolesnym przykładem stosowania zarządzania chaosem było zmarnowanie ustawy lustracyjnej mimo istniejącego w tej sprawie całkiem dobrego kompromisu z PO. Poprawkami Senatu i prezydenta zmieniono przyjętą już ustawę w potworka, którego unieważnienie przez Trybunał Konstytucyjny było oczywiste, ale wedle planu nastąpić miało już po złożeniu przez setki tysięcy ludzi oświadczeń lustracyjnych; jakaż by to była piękna rozpierducha i jakaż możliwość gry dla ówczesnego premiera! Niestety (lub właśnie stety), ofiarę z (p.) lustracji złożono na marne, ponieważ prezes Trybunału Konstytucyjnego i większość jego składu rzucili się w wir politycznej walki, dokładając wszelkich starań, aby wydać wyrok w tempie ekspresowym (p. Bezstronność). Zasadniczą wadą polityki zarządzania chaosem jest to, że Polacy tak zachowujących się polityków bardzo nie lubią; to było przyczyną upadku i Wałęsy, i Kaczyńskiego.

[b]Żydofobia[/b] – w formie dziś najbardziej irytującej jeszcze jeden ponury spadek po PRL. Nie tylko dlatego, że owe krążące od jednego do drugiego kretyna (p.) listy żydów, opatrzone „prawdziwymi” nazwiskami osób publicznych, produkowane były głównie przez SB. Przede wszystkim, o czym dziś nie chce się pamiętać, jest to ślad brzydkiej, ale zrozumiałej, reakcji obronnej, za pomocą której całkowicie przez komunę zgnojony i wdeptany w ziemię naród starał się zachować minimum szacunku do siebie. Łatwiej było mu się godzić z myślą, że całą tę brudną i podłą robotę wykonują jacyś obcy, niż że to nasi rodzimi zdrajcy, kość z kości i krew z krwi.