[b]Rz: Pański film „Przesłuchanie” ma swoją historię...[/b]

Opisałem ją w książce „Jak powstało »Przesłuchanie«”, która powinna się ukazać na początku przyszłego roku.

Ale ciekawe są też dzieje książki pod tym samym tytułem, która o ładnych parę lat wyprzedziła zatrzymany przez cenzurę film, bo do czytelników trafiła w 1982 roku.

W marcu tamtego roku. Zdziwiłem się, gdy późnym wieczorem, prawie nocą przyszedł do mnie drukarz z podziemnej NOW-ej i przyniósł paczkę z wydrukowaną moją książką. Nie chciało mi się wierzyć, że w stanie wojennym ktoś będzie się tym zajmował, tymczasem on dopiero co wyszedł z piwnicy, gdzie przez dwa tygodnie drukował „Przesłuchanie”.

[b]Mógłby pan, w zgodzie z faktami, opatrzyć je często wówczas spotykaną w wydawnictwach drugoobiegowych adnotacją, że książka ukazuje się bez wiedzy autora.[/b]

Tego drukarza – a był to Andrzej Górski, jeden z najbardziej znanych drukarzy NOW-ej, niedawno odznaczony przez prezydenta Kaczyńskiego komandorią orderu Polonia Restituta – początkowo nie chciałem wpuścić do domu. No bo czego mogłem się spodziewać po takiej nocnej, nieoczekiwanej wizycie? W końcu, gdy otworzyłem drzwi, usłyszałem: „My się znamy”. Skąd? – pytam. „Przecież występowałem w pana filmie”. Tak rzeczywiście było, „Przesłuchanie” miało bowiem – o czym wiedzą czytelnicy książki – swoją część dziejącą się współcześnie i tam w scenie w podziemnej drukarni wystąpili prawdziwi drukarze z NOW-ej. Nawet się trochę martwiłem, bo oni nie zakrywali twarzy i w razie czego mogliby mieć duże nieprzyjemności, no ale w rezultacie zarówno z tej sceny, jak ze wszystkich innych scen współczesnych, zrezygnowałem. A wtedy, w marcu ’82 byłem w szoku, gdy ujrzałem tamto „Przesłuchanie” w niebieskiej okładce i ze zdjęciami filmowymi! Te zdjęcia były czarno-białe, przekontrastowane, ale to i tak był drugoobiegowy szczyt techniki.

[b]Dlaczego całkowicie zrezygnował pan z wątków współczesnych, których bohaterką miała być – przypomnę – córka granej przez Krystynę Jandę Toni Dziwisz?[/b]

To, co w literaturze jest na miejscu, nie zawsze należycie funkcjonuje w filmie. Tak właśnie się stało, zewsząd słyszałem, że ta przeplatająca się historia przeszkadza w odbiorze, zakłóca fabułę i doszliśmy z ekipą do wniosku, że należy się ograniczyć do lat 50., bo wtedy dzieje się to, co w „Przesłuchaniu” najważniejsze.

[b]Dzieje Małgorzaty, córki Toni, opowiedział pan w książce „Sól i pieprz” będącej kontynuacją „Przesłuchania”. Nie kusiło pana, by nakręcić „Przesłuchanie II”?[/b]

Chciałem tę historię opowiedzieć, a niekoniecznie zrobić z niej film. Zresztą napisałem „Sól i pieprz” dość późno, bo w końcu lat 90. w Kanadzie. Ale nie dokończyłem wtedy książki, dopisałem ją do końca dopiero po powrocie do Polski, po generalnej przeróbce tego, co powstało wcześniej. Ukazała się w 2000 roku. Mnie samego ciekawiło, kim byłaby córka Toni z „Przesłuchania”, jakim człowiekiem by się stała? W swoim czasie ważną dla mnie książką były „Wariacje pocztowe” Kazimierza Brandysa, rzecz o losach polskiej inteligencji, takiej sztafecie pokoleń od wojen napoleońskich do współczesności. Przez analogię pomyślałem, co się stało z ludźmi, którzy wyszli cało z katowni UB, co się stało z ich dziećmi. Skoro moja powieściowa Małgorzata działała w podziemiu, pracowała w nielegalnej poligrafii, prawdopodobne było, że ją gdzieś zatrzymali, pozbawili środków do życia, w końcu zmusili do emigracji. Mogła więc wylądować w Ameryce, a mnie chodziło o to, by zawrzeć w książce swoje emigracyjne doświadczenia.

[b]Po lekturze pańskich książek, obejrzeniu filmów i przedstawień telewizyjnych odnoszę wrażenie, że w równym stopniu co losy dzieci i wnuków ofiar komunizmu, interesują pana losy potomków ich katów.[/b]

Jak najbardziej. Znałem zresztą takie osoby, przyjaźniłem się z nimi. Jeszcze w szkole miałem kolegów z rodzin osób mocno zaangażowanych w komunizm, a potem na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie w 1962 roku zacząłem studiować filozofię.

[b]Zdążył ją pan ukończyć przed Marcem?[/b]

Nie, przerwałem te studia, zaabsorbowany filmem. Filozofię zawsze traktowałem instrumentalnie, chciałem trochę poczytać, otrzeć się o pewne sprawy, o pewnych ludzi, bo brakowało mi silnego intelektualnie środowiska, takiej dobrej gleby. Byłem na roku na przykład z Ireną Lasotą, chodziłem na wykłady i seminaria profesora Leszka Kołakowskiego, bardziej zresztą z ciekawości niż z prawdziwej potrzeby wiedzy.

W każdym razie i na uniwersytecie, i potem w szkole filmowej było wielu ludzi, którzy bądź sami, bądź ich rodzice odegrali istotne role w okresie stalinowskim. Dużo później, i gdzie indziej, bo w Toronto – już na emigracji zaprzyjaźniłem się z pewną kobietą, Polką z pochodzenia. Nasze dzieci chodziły do jednego dentysty, stąd ta znajomość. Poszliśmy do niej kiedyś na kolację, poznaliśmy jej męża – brooklyńskiego Żyda, komputerowca, profesora na uniwersytecie, matematyka. W jej opowieściach często pojawiała się postać ojca, który coś tam załatwiał, coś przywoził z Moskwy. W końcu odważyłem się zapytać: „Jakie ty masz panieńskie nazwisko?”. A ona: – Radkiewicz. Z kolei pewien mój kolega był narzeczonym córki Różańskiego, więc – chcąc nie chcąc – poznawałem takich ludzi. Jedni z nich stawali się dysydentami, inni pozostawali dziećmi swoich rodziców, partyjnych i państwowych aparatczyków. Kiedyś przyjaźniłem się z Marcelem Łozińskim, znanym dokumentalistą, którego ojciec pod nazwiskiem Roman Kornecki był w najgorszym okresie dziennikarzem „Trybuny Ludu”. Poznałem go pod koniec jego życia i wiele mi o sobie opowiedział.

[b]Kornecki to też był jego pseudonim?[/b]

Oni używali piętrowych pseudonimów. Ojciec Marcela miał zupełnie inne nazwisko, żydowskie, Marcel urodził się we Francji, gdzie jego matka przyjęła nazwisko Łozińska. To ojciec Marcela opowiedział mi historię Noela Fielda, ofiary stalinowskiej prowokacji, aresztowanego jako szpieg amerykański. Okazało się, że Field uratował mu życie, co potem wykorzystałem w swojej książce „Przyznaję się do winy”. Ale pytałem również swego rozmówcę: „Dlaczego pan stanął po tamtej stronie? Dlaczego pan – intelektualista, znający języki nie przyjmował do wiadomości istnienia Gułagu, mordowania ludzi, nie chciał widzieć tego, że komunizm to zbrodnia?”. On mi opowiedział wówczas z jakiego środowiska się wywodził, jaką drogę przeszedł, dlaczego w coś wierzył, a w coś nie wierzył, bardzo wiele spraw mi rozjaśnił. A to, co mnie najbardziej interesuje, to ten mechanizm, który powoduje, że człowiek staje po stronie zła. Ojciec Marcela, gdy ze mną rozmawiał, od dawna już był po stronie właściwej, odciął się od fatalnej przeszłości, o której opowiadał mi trochę w formie ekspiacji, bo wstydził się tego, co robił, a wypisywał, na przykład, straszliwe bzdury o stalinowskich procesach w Czechosłowacji. Niewątpliwie czuł się winny i to było dla mnie ciekawe, bo oczywiście typy gorliwie wykonujące służbowe polecenia czy psychopaci jak Józef Różański interesują mnie mniej, choć z drugiej strony, z tego co wiem, był to wybitnie inteligentny człowiek.

[b]Sporo na ten temat mogli powiedzieć nasi literaci, z Jerzym Andrzejewskim na czele.[/b]

Różański był przecież przedwojennym adwokatem, bratem Jerzego Borejszy, człowiekiem pewnie poruszającym się wśród inteligencji.

[b]Aresztowany w 1954 roku, skazany został na 14 lat więzienia, ale wyszedł na mocy amnestii w 1964 r. i podobno dożył spokojnie swoich dni. Zmarł w połowie lat 80., pochowano go na Cmentarzu Żydowskim na Okopowej w Warszawie.[/b]

Ten spokój mógł być względny. Gdy Stanisław Radkiewicz przyjechał do swojej córki do Toronto w 1983 r., to przed jej domem odbywały się demonstracje, na które z transparentami „Precz z mordercą” przychodziło po tysiąc osób, aż policja kazała mu wyjechać z Kanady, stwierdzając, że jego obecność zakłóca porządek publiczny i jest niewskazana.

[b]W pańskim „Przesłuchaniu” zachodzi niesamowita relacja miedzy ofiarą i jej katem. Myślę tu o śledczym, poruczniku Tadeuszu Morawskim, ojcu dziecka Toni.[/b]

Tę kluczową dla „Przesłuchania” postać wymyśliłem, ale jak zawsze u mnie czymś jest ona inspirowana, a konkretnie osobą Tadeusza Borowskiego, wspaniałego pisarza, jednego z najzdolniejszych i najostrzej widzących polską rzeczywistość ludzi, który nagle zapisał się do PZPR czy jeszcze PPR, zaczął współpracować z Urzędem Bezpieczeństwa, potem z Informacją Wojskową i odtąd nic już nie napisał.

[b]To znaczy pisał, ale rzeczy straszne.[/b]

A te, owszem... Ale wartościowe będą już tylko jego ostatnie listy do żony, pisane czystą rozpaczą, bo on zdał sobie sprawę, że znalazł się w sytuacji bez wyjścia i jedyne co mógł zrobić, to popełnić samobójstwo. Porucznika Morawskiego wyposażyłem nawet w podobny życiorys, bo też był w obozie, w którym przekonał się, że człowiek, który chce przeżyć, jest gotów na wszystko. Nawet w pewnym momencie cytuję autentyczny list Borowskiego, w którym pisał, że rzeczywistość przesypuje mu się przez palce i nie może jej uchwycić. To był dramat ludzi, którzy – niestety – stanęli po stronie zbrodniczej ideologii, a gdy to sobie uświadamiali, to – jeśli byli uczciwi wewnętrznie – mogli sobie jedynie strzelić w łeb. Jak Morawski w „Przesłuchaniu”.

[b]I dlatego nie jest postacią całkowicie jednoznaczną, w sensie negatywnym. Myślę, że nasz protest i gniew budzą ci, których nie tylko nie spotkała kara z czyjejś czy własnej ręki, ale do końca byli przeświadczeni, że czynili słusznie.[/b]

Wiele myślałem o osobie Igora Andrejewa, ojca mojego kolegi ze szkoły filmowej – Piotra. Kim był ten człowiek, który podpisał wyrok śmierci na generała Emila Fieldorfa „Nila”, a potem przez lata funkcjonował jako autorytet prawniczy, wykładał w wielu uniwersytetach, publikował na całym świecie, reprezentował naukę polską za granicą. Dopiero gdy jego rolę w sprawie Fieldorfa nagłośniono, został usunięty ze składu Rady Naukowej Instytutu Prawa Karnego UW, pozbawiono go też tytułu honorowego wiceprzewodniczącego Międzynarodowego Stowarzyszenia Prawa Karnego. Mnie poraziło to, jak w wywiadzie, którego udzielił w 1990 roku, powiedział, że o generale „Nilu” ze względu na brzmienie jego imienia i nazwiska myślał jak o Niemcu. Jak człowiek inteligentny mógł w ogóle coś takiego powiedzieć, miał przecież dostęp do wszystkich akt, wiedział, że to był szef Kedywu, nie żaden Niemiec, a jednak udawał idiotę. Kogo chciał przekonać? Chyba samego siebie, bo rozpaczliwie szukał argumentu mającego ukryć jego brak charakteru, brak odwagi, bo gdy przełożony składu sędziowskiego Emil Merz pohukiwał na niego, zaraz się chował. Pytany, czy jest może przeciw najwyższemu wyrokowi, zaprzeczał, że nie, a skąd, on się nie sprzeciwia. Ten jego wywiad i list, jaki napisał do bratanicy generała Fieldorfa, świadczy o tym, że myślał logicznie, to nie był żaden bełkot, żadna starcza demencja. A jednak wyrzuty sumienia były w nim głęboko ukryte, bo gdyby ich nie miał, mógłby postąpić jak sędzina Górowska, która jeszcze w ostatniej na ten temat telefonicznej rozmowie stwierdzić miała: „Ja bym dzisiaj tak samo jak wtedy skazała go na karę śmierci”.

[b]Myślę, że widzowie pańskiego filmu „Generał »Nil«” nie przeoczyli postaci sędziego Andrejewa, istotnie, jakoś wyróżniającego się w tym zbrodniczym panopticum.[/b]

Stąd wzięła się scena, w której liczy on stopnie schodów i ich liczba mu się nie zgadza. Wygląda wtedy na człowieka, po którym – w przeciwieństwie do wielu innych – nie spłynęło to wszystko jak woda po kaczce.

[b]Prokurator Helena Wolińska, która uwięziła generała Fieldorfa, nie poczuwała się do winy, nie tylko w tej sprawie. Ci ludzie z racji wieku odchodzą jeden po drugim, tyle że trudno przejść do porządku dziennego nad informacją, że wśród odprowadzających tę zbrodniarkę w jej ostatnią drogę zdążył być jeszcze Leszek Kołakowski, jej oksfordzki sąsiad.[/b]

Zadecydowała pewnie bliska znajomość z przedstawicielem tej samej grupy, tej samej formacji umysłowej co Kołakowski – Włodzimierzem Brusem, mężem Wolińskiej.

[b]Oczywiście, ale cała ta formacja literacko-naukowa, hartująca się po wojnie w warunkach tzw. łagodnej rewolucji pod czujnym okiem Urzędu Bezpieczeństwa, poczyniła ogromne szkody w naszym życiu. No bo z czym porównać „tłumaczenie” Igora Andrejewa? Jak mógł nie wiedzieć, nie słyszeć, nie rozumieć?[/b]

Po „Przesłuchaniu” gen. Wojciech Jaruzelski powiedział, że nie może mi wybaczyć jednego, a mianowicie, że to wojskowi aresztują bohaterkę filmu i prowadzą pierwsze przesłuchania.

[b]To wykazał podobny poziom uświadomienia jak Andrejew, bo chyba każdy Polak wiedział, że Informacja Wojskowa to było w tamtym systemie najgorsze kurestwo.[/b]

Oddam sprawiedliwość generałowi Jaruzelskiemu, bo przy następnym ze mną spotkaniu powiedział, że sprawdził w wiarygodnych źródłach i przekonał się, że takie przypadki jak Toni Dziwisz były jednak możliwe.

[b]Jak doszło do powstania „Przesłuchania”, które stać się miało najbardziej antykomunistycznym filmem w dziejach PRL? Jak pan wpadł na ten pomysł, z którego narodził się scenariusz, książka, film?[/b]

Pierwotnie chciałem kręcić „Ciemność w południe” Arthura Koestlera. Po podpisaniu w Gdańsku porozumień sierpniowych odrzucilłem Koestlera, bo kogo w tamtym czasie w Polsce interesował Rubaszow, czyli Bucharin. Potrzebne były polskie realia, znalazłem więc „Zatrzymanego do wyjaśnienia” Stanisława Wygodzkiego, ale szybko naszła mnie taka refleksja: dlaczego mam robić film o tych pieprzonych komunistach, których iluś tam wprawdzie też zginęło, ale patrząc en masse, to nie oni byli ofiarami. Odwrotnie, byli winni! No i znalazłem się w kropce, bo nie miałem żadnego pierwowzoru literackiego...

[b]No jasne, od XX Zjazdu KC KPZR i tajnego referatu Chruszczowa jeśli mówiono o zbrodniach i nieszczęściach, to wyłącznie o tych, które dotykały wiernych synów partii. Stąd brały się różne „Matki Królów”...[/b]

Przypomniałem sobie następnie o sztuce, którą dawno temu wyreżyserowałem – „Po tamtej stronie świec” Stanisława Grochowiaka. To była pierwsza rzecz, jaką zrobiłem dla telewizji, historia akowca wypuszczonego z więzienia na słowo honoru po to, by go złapać i powiedzieć mu wtedy: „No i co, dałeś słowo, ile ten twój cały honor jest warty?”. Ten akowiec wraca więc, dobrowolnie idzie na śmierć. Pomyślałem, że trzeba będzie to wszystko nieco przerobić, na początku zmieniając płeć bohaterowi, bo tak nam podpowiadały doświadczenia z „Kobietą i kobietą”, którą zrobiłem wcześniej z Januszem Dymkiem. Zasiadłem do pisania pierwszej wersji scenariusza, jeszcze dość ogólnikowej. Szczegółów dowiedziałem się od Wandy Podgórskiej, byłej sekretarki Gomułki, oraz Stanisławy Sowińskiej, adiutantki Spychalskiego, które razem siedziały w jednej celi. Musiałem wiedzieć, co jadły, jak spały, jak wyglądała cela, gdzie stał kibel, jak je traktowano i to wszystko one – szczególnie Podgórska – mi opowiedziały. Bardzo mi pomogły, także już przy realizacji filmu, bo Wanda Podgórska przychodziła do hali, gdy budowaliśmy dekoracje, i mówiła nam, gdzie co powinno być, a pamięć miała doskonałą. Poza tym zawdzięczam im jedną z ważniejszych scen filmu, gdy jedna więźniarka mówi drugiej, że właśnie podpisała zeznanie, w którym przyznała się, że jest szpiegiem amerykańskim. „Prawdziwym szpiegiem?” – pyta ta druga. „Ale nie subiektywnie. Ja całe życie byłam komunistką. Jestem szpiegiem obiektywnie. I udowodniono mi to zresztą. Przyznałam się”. Taka rozmowa rzeczywiście miała miejsce między tymi, znającymi się od przed wojny, paniami.

[b]Dobrze się jednak stało, że nie kogoś takiego uczynił pan bohaterką „Przesłuchania”, a młodą, nie za mądrą kobietę, biorącą życie jakie jest, dopóki w stalinowskim więzieniu nie przeszła przyspieszonego kursu dojrzewania: do uczciwości, do polskości, do bohaterstwa wreszcie.[/b]

Ostateczną wersję „Przesłuchania” pisałem już pod Krystynę Jandę, bo wcześniej myślałem o Joannie Szczepkowskiej, ale ona odmówiła, a ja wiedziałem, że muszę wymyślić zupełnie inną postać. Te aktorki mają bowiem kompletnie różne, przeciwstawne osobowości. Formując sylwetkę swojej Toni, wyposażyłem ją w cechy Jandy, która jest osobą niesłychanie inteligentną, przenikliwą, ale w jakimś momencie robi się nagle potwornie powierzchowna. I w filmie świetnie zagrała ta jej umiejętność najsubtelniejszego, najbardziej głębokiego przeżywania w połączeniu z pewnym prymitywizmem, upraszczaniem wszystkiego. Taką pigułkę, w której jest to razem, łatwo można przełknąć.

[b]Tonia w więzieniu rodzi dziewczynkę, której ojcem jest popełniający później samobójstwo oficer śledczy. Czy – pana zdaniem – uprawniona jest taka konstrukcja myślowa, że to dziecko kata i ofiary jest parabolą polskiego losu. Losu społeczeństwa, które po przejściu kataklizmu wojennego i stalinowskiego stało się mieszaniną podłości i heroizmu.[/b]

Nie było to moim zamiarem, ale może podświadomie o tym myślałem i tak mi wyszło. Zetknąłem się i z innymi interpretacjami „Przesłuchania”, a na wielu spotkaniach z publicznością prowadziłem na jego temat często ostre polemiki. Większość więźniów z tamtych lat atakowała mnie za tego Morawskiego. Mówili: „Nie było takich ludzi. To byli mordercy i bandyci bez skrupułów”. W takich sytuacjach sięgałem po, demagogiczny może, argument, mówiąc: „Jeżeli nawet tak nie było, to powinienem kogoś takiego wymyślić, bo dopiero wtedy to wszystko zrobiło się ciekawe”. Nie interesuje mnie człowiek bez wątpliwości i dlatego stwarzam takie postaci jak śledczy Morawski czy, w mniejszym wymiarze, sędzia Andrejew z „Generała »Nila«”.

[b]Ma pan za sobą jeszcze kilka innych realizacji – filmowych i telewizyjnych – umiejscowionych w okresie stalinowskim, przede wszystkim spektakl o innym polskim bohaterze, rotmistrzu Witoldzie Pileckim. Co sprawiło, że skoncentrował się pan na tej właśnie, wyjątkowo tragicznej, epoce?[/b]

Zajmuję się tematami trudnymi, napisałem np. scenariusz, który jest nie do zrealizowania – o pogromie kieleckim. Bardzo jestem z niego dumny, ale pieniędzy na taki film nie zdobędę – tego jestem pewny. Pomijając jednak fakt, że na ogół idę pod prąd, jedynym racjonalnym wytłumaczeniem takich, a nie innych zainteresowań są moje geny. Bo jeśli praprapradziad mojej matki walczył w powstaniu listopadowym, za co zesłano go na Syberię, a jego zięć – prapradziad mamy – też walczył w tym powstaniu, w którym stracił rękę, a zginął w następnym – w 1863 roku, to są powody, by spoglądać wstecz i zajmować się przeszłością. Z kolei ze strony ojca, mój dziadek, a jego ojciec był w PPS i razem z Tomaszem Arciszewskim uprawiali terroryzm, wysadzając pociągi. Mój ojciec zaś...

[b]Też pepeesiak?[/b]

Tak, od 16. roku życia. Za obronę Warszawy w 1939 roku dostał Virtuti Militari, a za powstanie warszawskie dwukrotnie Krzyż Walecznych. Reasumując to wszystko – coś w tych genach musi być.

[b]A jak pana rodzina przeżyła okres stalinowski?[/b]

Nie była prześladowana. Ojciec zmarł w 1956 roku na serce, co było wynikiem tego, czego zaznał w Oświęcimiu, bo i tam zdążył być. Ale komuniści zostawili go w spokoju, on zresztą zapisał się do PZPR. Nie bardzo wiem dlaczego – byłem dzieckiem – ale mam dowody na to, że jeszcze po wojnie przez jakiś czas prowadził podziemną działalność.

[b]Być może znalazł się w PZPR, po prostu, po połączeniu w jedną partię PPR i PPS.[/b]

Możliwe. Z UB w każdym razie mieliśmy jeden kontakt. Ojciec przed wojną był przewodniczącym PPS na Annopolu, w dzielnicy nędzy prawobrzeżnej Warszawy. Mam zdjęcia z tamtego okresu i organizowanych przez ojca demonstracji pierwszomajowych. Wciągnął wtedy do organizacji młodego chłopaka, miejscowego żula, którym się zaopiekował, skłonił go do podjęcia nauki, skończenia szkoły, potem znalazł mu dobrą pracę. Po jakimś czasie chłopak ten przeszedł jednak do komunistów, a po wojnie robił karierę w Urzędzie Bezpieczeństwa. W 1956 roku, gdy po śmierci ojca matka znalazła się właściwie bez środków do życia, poszła do niego z prośbą o pomoc. Pułkownik Jan Karaśkiewicz, bo tak się nazywał, powiedział jej jednak, co mi wielokroć powtarzała: „Niech pani będzie zadowolona, że nie aresztowaliśmy męża, bo to był wróg klasy robotniczej”.

[b]Życiowe wybory, których pan dokonał, obciążają jednak wyłącznie pańskie konto.[/b]

Konsekwencje tych wyborów były poważne. Np. do emigracji z Polski byłem namawiany przez SB, ale mogłem te namowy zlekceważyć i tak jak wielu innych coś tutaj zarabiać, bo ja wiem – może jako taksówkarz, ale powiedziałem: „Nie, tak żyć się nie da”. I wyemigrowałem z żoną i dwuletnim synem do kraju, w którym nikogo nie znałem i wszystko musiałem zaczynać od zera. Powrót do Polski był zresztą nie mniej trudny. To był 1997 rok, a ja dopiero od kilku lat, może czterech, czuję się w Polsce bardziej u siebie.

[b]Nie pan jeden. Ale o swoich sprawach rodzinnych opowiedział pan chyba też w telewizyjnym filmie „W kogo ja się wrodziłem”.[/b]

Istotnie, umieściłem w tym filmie nawet nazwisko moich przodków – Lechotyckich, a wszyscy trzej bohaterowie noszą nasze imiona: dziadek Karol jak mój ojciec, Ryszard, czyli ja, i Tomek jak mój 26-letni obecnie syn.

[b]A czy zaryzykowałby pan odpowiedź na pytanie będące poszerzeniem tytułu tego filmu: „W kogo się wrodziliśmy?”. Czy nasze społeczeństwo jest prawdziwą wspólnotą, czy mamy wspólne korzenie. Czy odwołujemy się do podobnych wartości?[/b]

Chyba jednak nie sposób powiedzieć, w kogo się wrodziliśmy. Każdy ma swoją, trochę inną, historię. Na przykład, w przeciwieństwie do niektórych moich kolegów, którzy mieszkają we wspaniałych domach i jeżdżą najlepszymi samochodami, jakie tylko można sobie wyobrazić, nie osiągnąłem sukcesu finansowego. Mój syn i moja była żona mieszkają w Kanadzie, a ja właściwie mieszkam w Warszawie w kawalerce, nie mam znaczących dóbr materialnych. Okazałem się pod tym względem mało zapobiegliwy, ale też nigdy się o to nie starałem, wybierając zawsze tę stronę, gdzie było może trudniej, może ryzykowniej, ale ciekawiej i, często, uczciwiej.

[b]Nie korci pana, by zmierzyć się z tematem równie chyba ryzykownym co pogrom kielecki – z ludobójstwem na Wołyniu. Lata mijają, a ta rana doskwiera coraz bardziej.[/b]

Wiemy o tym coraz więcej. To jest tak jak z obieraniem cebuli, warstwa za warstwą. Byłoby tylko dobrze, żeby nie obrać tej cebuli do końca, tak, by nic z niej nie zostało. Różne jeszcze zadania stoją przed nami, wiele spraw zaniedbano... Po odzyskaniu wolności w 1989 roku szok był tak głęboki, że ludzie w ogóle nie myśleli o przeszłości, skupiając się na tym, jak zarobić, jak się urządzić. Zachłyśnięto się tym, że można podróżować, że można założyć firmę. A przeszłość? Władza chciała nas od niej odciąć grubą kreską, co większość zaakceptowała, w miarę jednak, gdy stawaliśmy się coraz bardziej normalnym krajem, zaczęto zadawać pytania, właśnie takie: skąd przychodzimy, kim jesteśmy, w kogo się wrodziliśmy? I, także młodym ludziom przestało wystarczać, że mogą pojechać na Jamajkę czy w galerii kupić sobie garnitur. Nagle ciekawe stało się zupełnie co innego. Ostatnio, po projekcjach „Generała »Nila«” spotykałem się z młodzieżą, która wyraźnie poszukuje wzorca i tacy bohaterowie jak Fieldorf czy Pilecki fascynują ją. Bo to byli ludzie, którzy mieli przed sobą bardzo jasny cel i dążyli do niego, nie zważając na cenę, jaką przyszło zapłacić za to – im i ich rodzinom. Zdaje mi się, że Dopiero teraz Polacy dojrzeli do tego, by zrozumieć zdanie Georga Santayany, które często cytuję, że jak się nie zna przeszłości, to jest się skazanym na powtarzanie wszystkich jej błędów. A Józef Piłsudski, który nie wiem, czy wiedział, kto to był Santayana, powtarzał coś podobnego, że naród, który nie zna własnej przeszłości, nie jest godzien przetrwać. Sprowadza się to do tego samego. I mnie się też zdaje, że bez znajomości własnej historii możemy być jedynie zbiorowiskiem jakichś inteligentnych zwierząt. Dopiero świadomość przeszłości czyni nas ludźmi.

[ramka][b]Ryszard Bugajski [/b]

(ur. 1943) – reżyser filmowy i telewizyjny, pisarz i scenarzysta. Twórca filmów: „Przesłuchanie” (1982, do oficjalnej dystrybucji wszedł w roku 1989), „Clearcut” (zrealizowany w Kanadzie w 1991 r.), „Gracze” (1995), „Generał Nil” (2009) oraz spektakli Teatru Telewizji: „Po tamtej stronie świec” (1978), „Trismus” (1979), „Miś Kolabo” (2001), „Niuz” (2002), „Profesjonalista” (2004), „Śmierć rotmistrza Pileckiego” (2006). Od 1997 r. przez kilka lat był głównym realizatorem telewizyjnych „Wiadomości”. Autor książek: „Przesłuchanie” (1982), „Przyznaję się do winy” (1985), „Sól i pieprz” (2000). [/ramka]