Słowo postkomunizm sugeruje z jednej strony zerwanie z komunizmem, a z drugiej strony ciągłość. Europa postkomunistyczna – od Łotwy przez Czechy po Bułgarię i Rumunię – ujawnia mimo wszystkich narodowych różnic i upływu lat zadziwiające podobieństwa i ciągle różni się zasadniczo od Europy Zachodniej. Także w sferze politycznej występują szczególne cechy niewątpliwie związane z przeszłością. Wszystkie te kraje są dzisiaj parlamentarnymi demokracjami i należą do Unii Europejskiej. A jednak ich realny ustrój nadal zasługuje na nazwę postkomunistycznego.

Jest rzeczą charakterystyczną, że o II Rzeczypospolitej zazwyczaj nie mówiono, a w każdym razie dzisiaj nie mówimy, że była Polską porozbiorową, choć biorąc pod uwagę aspekt czysto czasowy, jest to niewątpliwie prawdą.

[srodtytul]Trwanie struktur[/srodtytul]

Komunizm w różny sposób oddziaływuje post mortem na polską rzeczywistość nawet po 20 latach. Mówiąc o postkomunizmie, mamy na myśli po pierwsze pozostałości dawnego systemu – instytucjonalne, personalne. Jest to także trwanie destrukcyjnych skutków komunizmu – zerwanie ciągłości, zniszczenie dawnych struktur politycznych i społecznych oraz wzorów kulturowych, także niepowetowana strata czasu, brak pewnego typu doświadczeń, nieuczestniczenie w nowej fazie modernizacji, jaką przeszedł Zachód po 1945 roku.

[wyimek]Największą przeszkodą w budowie nowoczesnej, demokratycznej europejskiej Polski był brak warstwy przywódczej[/wyimek]

Sposoby myślenia i działania, które powstały przed i po 1989 roku w reakcji na komunizm, i choć są z nim sprzeczne, a nawet stanowią jego odwrócenie, są przez niego warunkowane i często są jego zwierciadlanym odbiciem.

Niezaprzeczalną cechą państw postkomunistycznych jest obecność w życiu politycznym partii grupujących dawnych komunistów.

Wprawdzie w Polsce partia postkomunistyczna straciła nieco na znaczeniu i główna linia konfliktu przebiega między dwoma partiami postsolidarnościowymi, to jednak przez bez mała 20 lat podział na obóz postsolidarnościowy i obóz postkomunistyczny konfigurował polską politykę.

Postkomunizm oznacza, jak twierdziła Jadwiga Staniszkis, że transformacja miała charakter procesu kontrolowanego przez komunistyczne elity władzy. Szybko wróciły one do władzy w Polsce i w innych krajach. Znaczna część polskiej gospodarki znalazła się pod kontrolą lub w posiadaniu dawnej nomenklatury lub ludzi o bardzo niejasnej przeszłości.

Z przetrwaniem dawnych struktur łączyła się sprawa lustracji – i w ogóle ujawnienie donosicieli i tajnych współpracowników służb. Ostry spór o lustrację trwał przez całe dwudziestolecie. Nie ulega wątpliwości, że gdyby nie antylustracyjne i rehabilitujące komunistów działania części dawnych elit opozycyjnych nie dałoby się powstrzymać procesu rozliczenia. Zaważyło to na kształcie państwa i jego kulturze politycznej.

W jednym z wywiadów dla „Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung” Marianne Birthler, następczyni Joachima Gaucka, stwierdziła, że Republika Federalna byłaby inna, gdyby nie otwarto akt i nie podjęto procedur zmierzających do demaskacji współpracowników Stasi. Także Polska byłaby inna, gdyby ją przeprowadzono.

Sprawa agenturalnej przeszłości miała zawsze znaczenie – moralne i polityczne – dla teraźniejszości. Trudno nie zgodzić się z Jarosławem Markiem Rymkiewiczem („Rozmowy polskie w latach 1995 – 2008”), który sformułował ostrą diagnozę, że podstawowy podział polityczny w Polsce to podział na tych, którzy nie donosili, i na tych, którzy donosili, i którym to nie przeszkadza. „Polska elita czy polskie elity to jest coś, co jest pęknięte – pęknięcie idzie przez sam środek. Można powiedzieć, że tak dzieje się na całym świecie, we wszystkich krajach ... Ale polskie pęknięcie nie ma nic wspólnego z jakimikolwiek poglądami. ... Pęknięcie idzie przez sam środek, ponieważ Polacy, którzy są duchową elitą narodu, podzieleni są obecnie na tych, którzy byli agentami UB, i na tych, którzy nie byli agentami UB.”

Można natomiast uznać, że w pewnym sensie rozstrzygnięty został spór o pamięć. Dzisiaj negatywna ocena przeszłego ustroju stała się oczywista. Ujawnia się czasami postpeerlowska nostalgia, ale wśród elit politycznych i kulturowych obrońcy PRL właściwie już zanikli. Obecnie następuje raczej proces wpisywania się w tradycję „Solidarności”, a także proces jej przyswajania i adaptowania do bieżących celów politycznych. Kontrowersje wokół przeszłości Lecha Wałęsy – paradoksalnie – ułatwiają ten proces, gdyż pozwalają się identyfikować z „Solidarnością” także ludziom, którzy w swych biografiach mają wstydliwe momenty. Nawet partie postkomunistyczne włączają się w tę narrację – tak jakby nigdy nie było w Polsce komunistów.

[srodtytul]PRL jako punkt wyjścia[/srodtytul]

Komunizm zdeterminował III RP także w inny sposób. Jej ustrojowe właściwości, jej kultura polityczna, jej gospodarka oraz samodefinicja zostały określone przez punkt wyjścia – PRL.

Jako system polityczny komunizm miał być przeciwieństwem demokracji parlamentarnej – zastępować grę politycznych interesów i swobodę dyskusji jednolitym dążeniem zbiorowym do wyznaczonego celu pod kierunkiem PZPR. Znosił więc ową wielość w sferze publicznej, która jest warunkiem istnienia tego, co polityczne, i podporządkowywał politykę celom ekonomiczno-społecznym. Był systemem ideokratycznym, w którym doktryna – monistyczna i rzekomo całkowicie racjonalistyczna, naukowa – miała zasadnicze znaczenie.

W Polsce – we wszystkich krajach Europy Środkowej – miał dodatkowy aspekt. Był wyrazem i środkiem dominacji sąsiadującego z nami imperium, które zajęło ziemie polskie już pod koniec XVIII wieku, a po 1945 roku znowu zlikwidowało polską suwerenność.

Filozofia polityczna III RP ukształtowała się w reakcji na PRL. Tak jak strategia PRL miała być odwróceniem strategii II RP, tak strategia transformacyjno-modernizacyjna była odwróceniem strategii komunistycznej. Przede wszystkim program modernizacji był związany z radykalnie rozumianą okcydentalizacją i europeizacją. Myślano w prostych opozycjach: socjalizm/gospodarka rynkowa, suwerenność/integracja europejska itd. Typowa trajektoria ideologicznej ewolucji prowadziła od zaangażowania w budowę socjalizmu i gospodarki planowej do neoliberalizmu, od wiary w jeden zamknięty, ortodoksyjny prymitywny system filozoficzny do pluralizmu lub europeizmu, które również nie były intelektualnie wyrafinowane i bynajmniej nie pluralistyczne.

W rzeczywistości między obiema strategiami istnieją ukryte podobieństwa: podobnie jak w strategii komunistycznej, w III RP uznano, że „narodowość” kapitału nie ma żadnego znaczenia. Co więcej, członkostwo w Unii Europejskiej znowu rozumiane było jako włączenie się w nową całość, w której zawieszona zostaje dawna logika konkurencji i rywalizacji. Upadek komunizmu jako zjawisko globalne wyznaczył kontekst, w jakim budowano nowe państwo i gospodarkę. Ekonomiczna klęska realnego socjalizmu oraz kryzys idei państwa opiekuńczego spowodowały, że za skompromitowany uważano interwencjonizm państwowy i w ogóle myślenie o gospodarce w kategoriach interesu narodowego oraz rywalizacji między narodami.

Gdy powstawała II Rzeczpospolita, budowa suwerennego, dobrze zorganizowanego państwa narodowego była celem oczywistym nie tylko dla polskich elit. Z I wojny światowej wyciągnięto wniosek, że nie ma miejsca w Europie na imperia. Zwyciężyła zasada samostanowienia narodów. Gdy odzyskiwaliśmy niepodległość w 1989 roku, sytuacja w Europie była zgoła inna. Dominujące stało się przekonanie, że katastrofa II wojny światowej była rezultatem nacjonalizmu i zgubnej próby zbudowania porządku politycznego w Europie Wschodniej w oparciu o zasadę państwa narodowego. Rozpad imperium sowieckiego przyszedł nieoczekiwanie i przeczył tej europejskiej ideologii. Rozszerzenie Unii miało zapobiec „bałkanizacji” Europy Wschodniej. Ale proces włączania krajów Europy Środkowo-Wschodniej w struktury europejskie do początku miał inny charakter niż dotychczasowe procesy integracyjne krajów „dawnej Europy”. Państwa Europy Zachodniej integrowały się jako skonsolidowane, silne państwa narodowe, kraje „nowej” Europy stały się członkami Unii jako państwa słabe, skazane na pomoc z zewnątrz. Ich integracja ze strukturami zachodnimi prowadziła do ich politycznego i gospodarczego uzależnienia, tym bardziej że jednocześnie Europa Zachodnia, która do 1989 roku stanowiła de facto protektorat USA, uzyskała samodzielność polityczną, rozluźniając więzy transatlantyckie.

[srodtytul]Przeznaczeni do dobrobytu[/srodtytul]

W pierwszym okresie transformacji cechy postkomunistyczne dostrzegano przede wszystkim w polskim społeczeństwie. Tymczasem największą przeszkodą w budowie nowoczesnej, suwerennej, demokratycznej europejskiej Polski był brak warstwy przywódczej. Zgodnie z jedną z realistycznych definicji nawiązujących do tez Josepha Schumpetera, demokracja jest sposobem wyłaniania rządzących spośród elit konkurujących o władzę. Jakość i siła państwa zależy przed wszystkim od jakości elit, od połączenia wartości demokratycznych ze sprawną administracją i politycznym przywództwem. Tych dwóch ostatnich elementów zdecydowanie zabrakło.

Kazimierz Wyka twierdził w znanym eseju „Życie na niby”, iż okupacja hitlerowska spowodowała, że ukształtowało się w Polsce społeczeństwo z „wyłączoną gospodarką”. W PRL „wyłączona” została także polityka. Lokalne elity zarządzające PRL miały cechy charakterystyczne dla elit tubylczych w krajach kolonialnych. Administrowały prowincją z nadania metropolii, musiały asymilować się do jej kultury, potwierdzać swą lojalność i deklarować ten sam system wartości, miały też poczucie obcości wobec narodu, kanonu jego wartości, traktowały go jako wroga, a nie jako reprezentowanego przez siebie suwerena. Miała podwójne problemy legitymizacyjne – wobec Rosjan i wobec społeczeństwa.

[wyimek]Po 20 latach niepodległości suwerenna, praworządna Rzeczpospolita pozostaje niezrealizowanym projektem[/wyimek]

Polską rządziła wyizolowana kasta, która zajęła miejsce zlikwidowanych elit przedwojennych. Leopold Tyrmand w książce „Cywilizacja komunizmu” tak z precyzją etnografa opisywał klasę polityczną komunizmu w jej przedgierkowskiej fazie: „Klasa rządząca jest złożona z rewolucjonistów, całożyciowych członków partii, przeważnie niskiego pochodzenia. Są oni pożerani przez wadliwości stworzonego przez siebie systemu. Żyją w nieustannych walkach, zaciekłych walkach o władzę, wiecznym strachu przed dyscypliną partyjną, popełnianiem błędu, intrygami i denuncjacjami karierowiczów, pragnących ich stanowiska. Bezsensowna organizacja państwa i permanentny chaos gospodarczy sprawiają, że pracują po 16 godzin na dobę i umierają wcześnie na ataki serca. Są szarzy, mało inteligentni, żyją skromnie i nieefektownie.”

Usłużności i uległości wobec zewnętrznego środka władzy – imperialnego centrum – towarzyszyła niechęć do społeczeństwa, do kultury polskiej oraz walka z „ciemnogrodem”. W istocie ciemnogród stanowili właśnie komuniści, intelektualnie kompletnie nieprzygotowani do zarządzania nowoczesnym państwem. Franciszek Szlachcic, kiedyś jeden z najbardziej wpływowych ludzi w Polsce, minister spraw wewnętrznych, w wywiadzie-rzece „Przesłuchanie supergliny” tak opowiada o swoim pomyśle zostania ministrem finansów: „Kiedy odchodziłem z sekretarza i Gierek spytał mnie, co chciałbym robić, powiedziałem, że chciałbym być ministrem finansów. Już od pewnego czasu uczyłem się finansów, interesował mnie obieg pieniądza i organizacja Skarbu Państwa”.

Polityka była rozumiana jako rozgrywki personalne. W walce tej używanie niejawnych informacji było czymś oczywistym. Materiały zbierane przez służby stosowane dowolnie, zgodnie z bieżącym interesem politycznym. Szlachcic wspominał: „Mieczysław [Moczar] pokazał mi też ciekawe materiały z Głównego Zarządu Informacji WP. W swojej kasie przechowywał to i owo. Zresztą prawie wszyscy ministrowie MSW coś tam gromadzą na czarną godzinę . Na Zachodzie można z tego dobrze żyć przez długie lata”.

W czasach Gomułki pojawiło się dążenie do osiągnięcia pewnej formy suwerenności, „partyjnej suwerenności Polski”, jak to określał Stefan Kisielewski. Komuniści odwoływali się do retoryki narodowej. Ale naród, o który im chodziło, miał szczególne, jak trafnie zauważa w „Eseju o duszy polskiej” Ryszard Legutko, peerelowskie znaczenie. „Swoisty nacjonalizm peerelowski dobrze współwystępował z ideologią antynarodową w klasycznym sensie słowa »naród«”.

Potem w epoce Gierka otwarciem się na Zachód usiłowano jeszcze bardziej osłabić zależność od Wschodu. Nastąpił nie tylko koniec życia skromnego i nieefektownego elit komunistycznych, lecz także ich „okcydentalizacja”, która ułatwiła orientację na Zachód po 1989 roku. Bardzo szybko zauważono bowiem, że prawdziwe korzyści płyną z innego cywilizacyjnego centrum niż centra sowieckiego imperium. Nie wyjazdy do Moskwy, Leningradu lub Berlina Wschodniego, lecz do Waszyngtonu, Nowego Jorku lub Paryża przynosiły prestiż, pożądane kompetencje oraz profity materialne. Liczyły się stypendia Forda lub Fulbrighta i zaproszenia przez zachodnie instytucje.

Zokcydentalizowani komuniści młodego pokolenia szybko odnaleźli się w nowej rzeczywistości. Przykładem są Aleksander Kwaśniewski, Włodzimierz Cimoszewicz i setki innych. Byli lepiej do niej przygotowani niż większość polityków wywodzących się „Solidarności”. Zarazem kształtowali nową rzeczywistość zgodnie z głęboko utrwalonymi , ukształtowanymi w PRL, nawykami i przekonaniami.

Także kontrelita opozycyjna ukształtowała się w warunkach PRL. Była ona nie tylko w dużej części wyłączona z tego procesu materialnej i obyczajowej „okcydentalizacji” (choć była ideowo prozachodnia), ale i z normalnych spraw państwowych. Tylko niektórzy doradcy mieli pewne doświadczenie w tym względzie. Przypomnijmy na przykład, że Tadeusz Mazowiecki był długoletnim posłem na Sejm PRL. Reszta uformowana była w warunkach konspiracji, żyła poza instytucjami i formalnymi regułami. Opozycyjna działalność polityczna wymagała wielu przymiotów charakteru – odwagi, poświęcenia, hartu ducha, zaciętości – zarazem jednak nie były to cechy, które kształtują się w instytucjach normalnego państwa – parlamencie, administracji państwowej, służbie dyplomatycznej itd. – i są potrzebne w „normalnej” polityce i prowadzeniu spraw państwowych. Od początku też w środowiskach opozycyjnych toczyły się zacięte walki frakcyjne, w których oskarżenia i podejrzenia o agenturalność odgrywały wielką rolę. Niejasna była cała strona materialna, gospodarcza ruchu, który przecież musiał być jakoś finansowany. Antykomunizm opozycji, częste odwoływanie się do wartości chrześcijańskich, ideowy konserwatyzm i rosnąca niechęć do lewicy zachodniej nie przeszkadzały hołdować w większości wypadków styl życia, który przypominał środowiska „nowej lewicy” na Zachodzie.

Komunizm zniszczył tradycyjną strukturę polskiego społeczeństwa – likwidując całkowicie jego warstwy wyższe. Powstało „zniwelowane społeczeństwo masowe”. Nie znaczy to, że nie było w niej nowej elity społecznej, która wcale nie była tożsama z kierownictwem politycznym.

Tyrmand wprowadził trafne rozróżnienie między klasą rządzącą a establishmentem PRL, który nazywa górą społeczną: „Nowa góra jest ... zjawiskiem obyczajowym i moralnym. Jej poszczególni członkowie mogą być także członkami klasy rządzącej i odgrywać znaczną rolę w polityce czy gospodarce, lecz jej ogólną cechą charakterystyczną jest brak władzy i natrętne podkreślanie swej politycznej niemocy ... Rezerwuarem rekrutacji była przeważnie inteligencja – warstwa zastępująca kwalifikacjami umysłowymi tradycyjny brak kapitałów w Europie Wschodniej... Imperatywem był awans do nowej góry społecznej, uświęcających ich raz na zawsze w kategorii ludzi wyniesionych i przeznaczonych do dobrobytu”.

Otóż, o ile komunistyczna klasa rządząca po 1989 nie przetrwała jako skonsolidowana grupa społeczna, o tyle inaczej było z „nową górą społeczną” – i po 1989 była ona „górą społeczną”, tyle że już nie tak bardzo nową. Elita kulturalna i naukowa najmniej zmieniła swój skład i mentalność po 1989 roku. Jej stosunek do komunizmu Tyrmand charakteryzuje jako: „cynizm angażowania się ostrożnego i dwuznacznego”, gardziła ona rządzącymi, lecz jednocześnie usiłowała zdobyć wpływ na nich. Od lat 70. stopniowo dystansowała się od komunizmu, korzystając jednak z przywilejów. W czasach „Solidarności” rozpoczął się gwałtowny odwrót. Stan wojenny oznaczał ostateczne zerwanie z PZPR. Natomiast po 1989 powróciła dawna symbioza z władzą polityczną, czego emanacją była Unia Demokratyczna.

[srodtytul]Niezrealizowany projekt[/srodtytul]

Nie trzeba wiele bystrości, by zauważyć, jak wiele cech, które charakteryzowały elity PRL, przetrwało po 1989 roku. Elita III RP składa z segmentów postsolidarnościowego i postkomunistycznego. Niemal bez szwanku przetrwali transformację „ludzie przeznaczeni do dobrobytu”, zwani też towarzystwem, salonem lub establishmentem. Niektórzy – wystarczy prześledzić biografie niektórych znanych twórców – wykazali niezwykłą zręczność dostosowania się do nowej sytuacji politycznej. Wiara tych ludzi w „przeznaczenie do dobrobytu” pozostała niezachwiana – i także po 1989 roku nie miała nic wspólnego z „merytokracją” zachodnich społeczeństw. Wytwarzana przez nich „kultura zaplecza” wzmacniała i wzmacnia system polityczny III RP.

Wśród polskich elit politycznych i kulturowych nadal występuje skwapliwa usłużność wobec centrum władzy i bogactwa (tylko że teraz znajduje się ono na Zachodzie – w Berlinie, Brukseli lub Waszyngtonie) oraz niechęć wobec społeczeństwa, szczególnie jego niższych warstw, i tradycji narodowej. Także po 1989 warstwa rządząca w Polsce nie postrzegała się jako reprezentanta Polaków, działającego zgodnie z ich wolą i artykułującego ich poglądy, lecz jako „modernizatora” i wychowawcę – tym razem nie w celu budowy socjalizmu, czy – jak po 1989 roku – w celu budowy liberalnej demokracji. To, że w 1989 roku bardzo szybko przyjęto tezę, że państwo narodowe należy do przeszłości, że suwerenność nie jest celem, do którego należy dążyć, wynikało z braku samodzielności elit i było skutkiem „wyłączenia” polityki po 1945 roku.

Walki personalne zastępują prawdziwą politykę, klientelizm jest dominującą cechą partii. Niszczenie niewygodnych dokumentów i tzw. granie teczkami były stałym elementem rzeczywistości III RP. Jej początek to wielka akcja niszczenia dokumentów – od stenogramów posiedzeń Biura Politycznego do teczek TW. PRL-owscy luminarze nauk społecznych przygotowali wydania poprawione swoich dzieł. Lech Wałęsa jako prezydent wypożyczył kompromitujące go dokumenty i ich nie oddał.

Kształtowane przez doświadczenie PRL polskie elity polityczne nie były w stanie efektywnie sprawować niezbędnych dla kraju funkcji i realizować długofalowej strategii budowy Rzeczypospolitej. Nie miały też takich ambicji. Występujący także w krajach tzw. Zachodu moralistyczny transnacjonalizm inteligencji oraz transnacjonalizm gospodarczy oddziaływały w Polsce w sposób o wiele bardziej bezpośredni niż w krajach, w których istniały ustabilizowane struktury polityczne i gospodarcze. Budowa suwerennej Polski nie była celem, do którego de facto dążono. Nic więc dziwnego, że Polska coraz bardziej jest podporządkowywana nowemu centrum – rdzeniowi Europy.

Po 20 latach niepodległości mimo niewątpliwych sukcesów – zwłaszcza w porównaniu z semikolonialną PRL z jej nonsensownym systemem gospodarczym – suwerenna, praworządna, nowoczesna Rzeczpospolita pozostaje niezrealizowanym projektem.

Skrócona wersja artykułu powstałego na podstawie wykładu wygłoszonego podczas konferencji „W drodze do demokratycznego państwa prawa. Polska 1989 – 2009" zorganizowanej przez rzecznika praw obywatelskich  w czerwcu ub.r.

Autor jest socjologiem, profesorem Uniwersytetu w Bremie i Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie oraz współpracownikiem „Rzeczpospolitej”