Mimo że dość niespodziewana, deklaracja ta spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem komentatorów. Dla wielu jest to widomy znak, że Benedykt XVI podąża śladami Jana Pawła II.
Sam przyjąłem tę informację z mieszanymi uczuciami. I to nie tylko dlatego, że nie bardzo wierzę w skuteczność tego typu inicjatyw. Że trudno mi przyjąć, by przedstawiciele religii – nie bardzo nawet wiadomo, o kogo tu do końca chodzi, a dość to egzotyczna i różnobarwna zbieranina wszelkiej maści kapłanów, magów, czarowników, rabinów, wróży, mułłów, księży, pastorów, mnichów i działaczy – mieli realny wpływ na pokój światowy. Nie spodziewam się, by w Asyżu pojawili się przywódcy Korei Północnej, Chin, bo żadnej religii nie wyznają. Nie przybędą tam też, mniemam, wysłannicy Osamy bin Ladena, a nawet prezydenta Iranu. Jak przed 25 laty pojawią się tam ludzie dobrej woli i słabej mocy. Ale dobrze, może to nie najważniejszy zarzut. W końcu niejedyne to zebranie, które nie zmieni rzeczywistości. Gorzej, że takie formy dialogu międzyreligijnego przyczyniają się do powstawania fałszywych, lukrowanych obrazów rzeczywistości. Słuchając religijno-pokojowego pustosłowia zwykły widz łacno zapomina o niewesołym losie chrześcijan.