– To stało się wcześnie nad ranem. Po trzeciej. Na zewnątrz panowały całkowite ciemności. Spałem w części dziobowej statku i tylko dlatego teraz z panem rozmawiam. Wszyscy, którzy znajdowali się w części środkowej, zginęli natychmiast.
– Pamięta pan eksplozję?
– To był potworny huk, który omal nie rozerwał mi bębenków. W ułamku sekundy znalazłem się w powietrzu razem z lecącymi we wszystkich kierunkach elementami konstrukcji statku. Uderzyłem o wodę i znalazłem się pod powierzchnią. Byłem oszołomiony i zszokowany. Gdy wypłynąłem i zaczerpnąłem powietrze do płuc, moim oczom ukazał się straszliwy widok.
– Tonący statek?
– Nie. Po statku nie było śladu! Eksplozja dosłownie zdmuchnęła go z powierzchni. Wokół mnie dryfowały tylko roztrzaskane szczątki. A pomiędzy nimi ludzie. Pływali we wszystkich kierunkach. Okropnie krzyczeli, wzywali pomocy, wołali swoje dzieci. Próbowali się łapać desek i innych przedmiotów. Wielu z nich było ciężko rannych, zakrwawionych.
O zatopieniu „Strumy" nikt nigdy nie nakręcił filmu. Wydarzenie to nie stało się częścią zbiorowej pamięci
David Stoliar ma obecnie 89 lat. Mieszka w Bend, stolicy amerykańskiego stanu Oregon. Jest jedynym pasażerem statku „Struma", który przeżył katastrofę na Morzu Czarnym. 24 lutego 1942 roku jednostka wyleciała w powietrze w pobliżu cieśniny Bosfor. Zginęło 768 osób, w tym setka dzieci. Na pokładzie statku znajdowali się żydowscy uchodźcy ze sprzymierzonej z Trzecią Rzeszą Rumunii.
Uciekali przed prześladowaniami, które spadły na nich w ich rodzimym kraju. Obawiali się, że mogą zostać wydani Niemcom. Stoliar urodził się w Kiszyniowie w 1922 roku. Gdy wybuchła wojna, przebywał z ojcem w Bukareszcie. Wyrzucono go ze szkoły, zabroniono posiadania radia. Starał się wieczorami nie wychodzić na ulicę, bo Żydzi niemal codziennie padali ofiarą brutalnych ataków.
Zagoniono go do ciężkich robót publicznych. Był narażony na szykany ze strony strażników, musiał nosić przyszytą do ubrania żółtą gwiazdę Dawida. Wreszcie jego ojciec zdecydował, że 19-letni David musi uciekać. Był grudzień 1941 roku i w Bukareszcie akurat rozeszła się pogłoska, że członkowie Betaru, młodzieżowej organizacji syjonistów-rewizjonistów, kupili statek.
Rejs bez wyboru
Ludzie ci otrzymali pozwolenie od rumuńskich władz na rejs do Palestyny. Problem w tym, że nie mieli na to pieniędzy. Zdecydowali się więc wziąć na pokład zamożnych żydowskich pasażerów, którzy byli gotowi sporo zapłacić za wydostanie się z terenu państw Osi. Miejsce na statku kosztowało równowartość tysiąca dolarów, czyli tyle co bilet na luksusowy transatlantycki liniowiec z Nowego Jorku do Australii. Mimo to chętnych nie brakowało. Jednym z nich był David Stoliar.
Gdy pasażerowie przybyli do portu w Konstancy, nie mogli uwierzyć własnym oczom. Zamiast obiecanego statku pasażerskiego, zobaczyli unoszącą się na wodzie ruinę. „Struma" była – pływającą pod panamską banderą – bułgarską barką, która do tej pory była używana do wożenia bydła po Dunaju. Zbudowano ją w latach 30. XIX wieku, a więc kiedy wyruszała w rejs, miała około 110 lat.
Podróż miała być długa i żmudna. Z Konstancy do Stambułu, a następnie – przez kontrolowaną przez Turków cieśninę Bosfor – na Morze Śródziemne. Potem statek miał posuwać się wzdłuż wybrzeża, aż do portu Hajfa, w znajdującej się pod brytyjskim mandatem Palestynie. Dla pasażerów stało się jasne, że dotarcie do celu będzie graniczyło z cudem. Wyboru jednak nie mieli.
Przed wejściem na pokład rumuńscy urzędnicy celni poddali Żydów wyjątkowo skrupulatnej kontroli. Odebrano im wszystkie pieniądze i kosztowności. A także cały bagaż oprócz najbardziej podstawowych przedmiotów. Każdy mógł wziąć ze sobą tylko po 10 kilogramów. Gdy już 800 osób załadowano na pokład, silnik „Strumy" odmówił posłuszeństwa.
Okazało się, że został wyłowiony z innej jednostki, która zatonęła niedawno na Dunaju. Próbowano go kilkakrotnie odpalić, wreszcie udało się to zrobić dzięki dokonanym naprędce karkołomnym naprawom. 12 grudnia 1941 roku nieprawdopodobnie przeciążona „Struma" – mogła zabrać maksimum 100 pasażerów – wyruszyła w stronę Stambułu.
Na statku nie było zapasów wody i pożywienia. Panowały fatalne warunki sanitarne, ludzie byli ściśnięci jak sardynki. Musieli spać na zmianę, bo wszyscy naraz nie mogli się położyć. Pokonanie pierwszego liczącego zaledwie 350 kilometrów odcinka do Stambułu zajęło aż trzy dni. Wreszcie „Struma" stanęła na redzie tureckiego portu. I wtedy rozpoczął się koszmar.
– Byliśmy pewni, że albo szybko ruszymy dalej, albo Turcy pozwolą nam zejść na ląd i dalej do Palestyny udać się już lądem. Tymczasem statek został zatrzymany w porcie i otoczony przez policję. Surowo zabroniono nam schodzić na ląd. Rozpoczęły się żmudne negocjacje.
– Między kim?
– Organizacjami żydowskimi a tureckimi władzami. Turcy nie zgodzili się, abyśmy zeszli ze statku, bo oznaczałoby to rzekomo naruszenie ich neutralności. Brytyjczycy naciskali zaś na nich, aby nie przepuścili nas do Palestyny. Impas.
– Co w tym czasie działo się z wami?
– Nasza sytuacja była dramatyczna. Byliśmy stłoczeni na pokładzie i pozbawieni pożywienia. To, co dostarczali nam tureccy Żydzi, nie wystarczało na nasze potrzeby. Zaczęliśmy cierpieć na dezynterię i inne choroby. Nie mieliśmy leków ani bieżącej wody. A do tego było bardzo zimno. Trudno mi dziś opisać to, co działo się wtedy na tym statku. To wtedy nazwaliśmy „Strumę" „pływającą trumną".
Wreszcie po dziesięciu tygodniach bezowocnych rozmów, Turcy podjęli drastyczne działania. Pozwolili zejść na ląd kilku Żydom, którzy mieli wizy, a następnie nakazali „Strumie" natychmiastowe opuszczenie portu i powrót do Rumunii. Gdy silnik ostatecznie odmówił posłuszeństwa, wzięli statek na hol i zaczęli go odciągać z powrotem na Morze Czarne.
Wywołało to przerażenie wśród pasażerów, którzy próbowali przeciąć linę. Na pokład wtargnęła policja z pałkami. Oddano strzały ostrzegawcze w powietrze. Żydzi zostali w niezwykle brutalny sposób wrzuceni pod pokład. „Struma" została zaś odholowana i porzucona około 15 kilometrów od wybrzeża. Z popsutym silnikiem, bez zapasów wody i pożywienia, nawet bez działającego radia, zaczęła dryfować na pełnym morzu.
Pasażerowie wywiesili na burcie wielki napis „Pomocy!". Miało to miejsce 23 lutego 1942 roku.
Medal za odwagę
Początkowo twierdzono, że jednostka wyleciała w powietrze na zapomnianej minie morskiej, która w niewyjaśniony sposób znalazła się u wybrzeży Turcji. W latach 60. na jaw wyszły jednak pierwsze dokumenty dowodzące, że bułgarski statek padł ofiarą sowieckiego ataku. Na początku sądzono, że Sowieci zatopili „Strumę" przez przypadek. Gdy po 1991 roku na krótko otwarte zostały moskiewskie archiwa, okazało się jednak, że doskonale wiedzieli, kogo atakują.
„Nad ranem 24 lutego okręt nasz zbliżył się do niechronionej [przez jednostki marynarki wojennej] wrogiej jednostki „Struma". Jednostka została tam w udany sposób storpedowana z dystansu 1118 metrów i zatopiona. Zarówno oficerowie niższych rang, jak i dowódca, i marynarze Floty Czarnomorskiej wykazali się podczas tej misji wielką odwagą" – napisano w oficjalnym raporcie z tego wydarzenia.
Ataku dokonał okręt podwodny typu Szczuka o numerze SC-213. Dowodzony był przez lejtnanta D.M. Deneżkę i komisarza politycznego A.G. Rodimacewa. Obaj dostali za tę akcję wysokie odznaczenia bojowe i pochwały. Aby zatopić „Strumę", wystarczył jeden pocisk.
– Od początku wiedziałem, że to była torpeda – mówi Dawid Stoliar.
– Skąd?
– Gdy znalazłem się w wodzie, udało mi się wdrapać na większy kawałek drewna. Może były to drzwi albo inny element kabiny. Podpłynął do mnie wówczas jeden z członków bułgarskiej załogi. Nazywał się Iwan Dikow i był zastępcą kapitana. Wciągnąłem go na tę prowizoryczną tratwę. Opowiedział mi, że tego dnia miał wachtę i obserwował przez lornetkę tureckie wybrzeże, mając nadzieję, że przybędzie stamtąd dla nas jakaś pomoc. W pewnym momencie zobaczył coś, co zmroziło mu krew w żyłach.
– Co?
– Długi ślad na wodzie, który w błyskawicznym tempie zbliżał się do burty „Strumy". Nie miał żadnych wątpliwości, że to była torpeda. Natychmiast wbiegł na mostek, aby zaalarmować kapitana. Złapał za klamkę do kajuty i w tym momencie nastąpiła eksplozja. Znalazł się w wodzie, nadal ściskając tę klamkę, która została wyrwana z drzwi.
– Dikow nie przeżył?
– Nie. Po pewnym czasie straciłem przytomność i gdy się ocknąłem, był już martwy. Był cały zesztywniały, głowę miał zanurzoną w wodzie, bezwładnie rozrzucone ręce. To była chyba najostrzejsza zima w historii Morza Czarnego. Temperatura powietrza była niezwykle niska, z ust wydobywała mi się para. Woda była lodowata. Większość ludzi, którzy przeżyli uderzenie torpedy, zmarła z wyziębienia. Mnie uratował gruby płaszcz, który dostałem na tę podróż od ojca. Choć cały nasiąkł wodą, to jednak pozwolił mi utrzymać ciepło.
– Co się działo potem?
– Pamiętam, że nad szczątkami statku krążyły z głośnym skrzekiem rybitwy. Potem znów straciłem przytomność.
Odciąć Hitlera od Azji
David Stoliar został uratowany przez tureckich marynarzy. Prądy morskie zaczęły znosić szczątki „Strumy" w stronę wybrzeża. Dostrzeżono je z jednej z latarni morskich i wysłano w ich kierunku niewielką łódź, z sześcioosobową załogą. Na miejsce dotarła nad ranem 25 lutego 1942 roku, a więc 24 godziny po katastrofie. Turcy byli zdumieni, że ktokolwiek przeżył tak długo.
Młody żydowski rozbitek został wyłowiony z wody. Zawinięto go w koce i przetransportowano na wybrzeże. Miał odmrożone dłonie i stopy, ale jego życiu nie zagrażało niebezpieczeństwo. Pod eskortą policji został przewieziony do Stambułu, gdzie zamknięto go w areszcie. Spędził w nim sześć tygodni, zanim tureckie władze – pod naciskiem społeczności międzynarodowej – zdecydowały się go wypuścić na wolność.
Sprawa „Strumy" odbiła się szerokim echem na całym świecie, szczególnie w Palestynie. Tamtejsze żydowskie podziemie, nie bez racji, uznało, że odpowiedzialność za katastrofę statku z uchodźcami ponosi Londyn, i nasiliło swoją walkę wymierzoną w brytyjskie władze administracyjne. W całej Palestynie doszło do antybrytyjskich demonstracji, strajków i zamieszek.
Na ulicach miast pojawiły się plakaty ze zdjęciem wysokiego komisarza w Palestynie Harolda MacMichaela i napisem „poszukiwany za morderstwo". Sam MacMichael skomentował sprawę w sposób następujący: „To, co się stało z tymi ludźmi, było oczywiście tragiczne. Ale pozostaje też faktem, że byli obywatelami kraju, z którym Brytania była w stanie wojny. Przybywali z wrogiego terytorium".
Gdy jeszcze „Struma" stała w porcie w Stambule, przedstawiciele Agencji Żydowskiej słali rozpaczliwe petycje do brytyjskich władz, aby zlitowały się nad pasażerami statku. Przedstawiali w nich straszliwą sytuację, w jakiej znaleźli się uchodźcy, i przekonywali, że kontynuacja rejsu oznacza dla nich pewną śmierć. Brytyjczycy pozostali jednak niewzruszeni.
Dlaczego? W Londynie obawiano się, że przyjęcie „Strumy" stworzy niebezpieczny precedens. Że natychmiast z okupowanej przez Niemców Europy w stronę Palestyny wypłyną setki podobnych statków. Przyjęcie dużej ilości Żydów nie tylko zagroziłoby brytyjskiemu panowaniu nad tym terytorium, ale jeszcze wywołało furię Arabów. A z tymi – ze względu na olbrzymie, wojenne zapotrzebowanie na ropę – Londyn wolał nie zadzierać.
Stoliar po zwolnieniu z aresztu został zawieziony przez Turków na granicę z Syrią. Tam odebrali go Brytyjczycy, którzy przetransportowali ocalonego z katastrofy do Hajfy. Podczas przesłuchania angielscy oficerowie kazali mu milczeć o prawdziwym przebiegu katastrofy i we wszelkich rozmowach z prasą mówić, że „Struma" wyleciała w powietrze na minie.
– Na pewno wiele razy zastanawiał się pan, dlaczego Sowieci zatopili „Strumę".
– Oczywiście. Według wersji oficjalnej Stalin kazał swoim okrętom podwodnym niszczyć wszystkie jednostki na Morzu Czarnym. Zarówno wojskowe, jak i cywilne. Zarówno pływające pod banderą państw Osi, jak i państw neutralnych. Chodziło o to, by przeciąć linie zaopatrzeniowe Trzeciej Rzeszy. Odciąć Hitlera od Azji.
– A jaka jest wersja nieoficjalna?
– Na potwierdzenie tego, co teraz powiem, nie mam żadnych dokumentów. To tylko moja intuicja. Wnioskuję to z przeprowadzonych rozmów i dzięki umiejętności czytania między wierszami dokumentów. Według mnie zatopienie „Strumy" było zaplanowaną i przeprowadzoną z zimną krwią operacją.
– Kto ją zaplanował?
– Brytyjczycy. W interesie Wielkiej Brytanii było, aby nasz statek nigdy nie dotarł do Palestyny. Skłonili więc Turków do tego, aby wyrzucili nas na pełne morze i poprosili Wujka Joe o oddanie im drobnej przysługi. Stalin był bezwzględnym masowym mordercą, który wymordował miliony ludzi. Tysiąc w tą czy w tamtą nie robiło mu większej różnicy. A skoro sojusznik prosi, to czemu mu nie pomóc w kłopocie?
– To poważne oskarżenie.
– Mówiłem już panu, że bułgarski marynarz, z którym rozmawiałem już po katastrofie, widział torpedę nadpływającą od strony tureckiego wybrzeża. To znaczy, że sowiecki okręt zadał sobie sporo trudu, aby zamiast atakować od strony pełnego morza, okrążyć „Strumę" i wystrzelić do niej od południa. To wygląda na zacieranie śladów, próbę stworzenia wrażenia, że strzelali do nas Turcy.
Niewygodne ofiary
Jeżeli tak było w rzeczywistości, to Stalin wyrządził swoim sojusznikom taką przysługę jeszcze co najmniej raz. 5 sierpnia 1944 roku w podobną podróż z Konstancy wyruszył bowiem szkuner „Mefkura" płynący pod banderą Turcji i oznaczony flagami Czerwonego Krzyża. Na jego pokładzie znajdowało się około 350 żydowskich uchodźców z okupowanej przez Niemców Europy. W tym co najmniej 50 sierot ocalonych z Transylwanii.
Około północy ponad pokładem „Mefkury" zabłysnęły flary. W ślad za flarami posypały się pociski. Kilka torped uderzyło w burtę statku, posyłając go na dno. Załoga uciekła na szalupie ratunkowej, a spośród pasażerów uratowało się zaledwie pięciu. Ludzi, którzy znaleźli się w wodzie, napastnicy dobili, strzelając do nich z karabinów maszynowych. Po latach okazało się, że atak był dziełem sowieckiego okrętu podwodnego SC-215.
Zarówno zatopienie „Mefkury", jak i „Strumy" nigdy nie były specjalnie rozgłaszane. W Izraelu znajdują się skromne pomniki poświęcone tragediom. Kilka ulic w tamtejszych miastach zostało nazwanych na cześć ofiar obu katastrof. Nigdy nikt nie nakręcił jednak o tych dramatycznych wydarzeniach filmu, nie stały się one częścią zbiorowej pamięci. Ten tysiąc żydowskich ofiar, zniknął gdzieś w bezmiarze ludzkich cierpień podczas drugiej wojny światowej.
Sprawa „Strumy" była i jest niepoprawna politycznie. Tragedia obciąża bowiem Brytyjczyków, do dziś ważnego międzynarodowego gracza, mającego poprawne relacje z Izraelem i odgrywającego ważną rolę na Bliskim Wschodzie. Oraz Turcję, która do niedawna była najbliższym sojusznikiem Izraela w regionie. Przypominanie o tragedii sprzed wielu lat z politycznego punktu widzenia nie byłoby więc rozsądne.
Winę za zbrodnię ponosi jednak przede wszystkim Związek Sowiecki, który podczas drugiej wojny światowej mordował ludzi na masową skalę. To, że jego ofiarą padli także Żydzi, nie pasuje do ustalonej wersji dziejów, według której za wszystkie cierpienia tego narodu odpowiada „Trzecia Rzesza i jej kolaboranci". A Armia Czerwona niosła Żydom tylko wyzwolenie.
Próba upomnienia się teraz o ofiary „Strumy" wywołałaby pewnie gniew stojącej na straży sowieckiego dziedzictwa Rosji i sporej części spośród ponad miliona sowieckich Żydów, którzy po 1991 roku przybyli do Izraela. Aby sprawić przyjemność tej, stanowiącej poważny elektorat, części społeczeństwa, na terenie państwa żydowskiego budowany jest obecnie pomnik wdzięczności Armii Czerwonej...
Nic więc dziwnego, że niedawne obchody 70. rocznicy zatopienia „Strumy" zgromadziły tylko garstkę ludzi. Na stambulskim wybrzeżu, w miejscu, w pobliżu którego w 1942 roku stał statek pełen żydowskich uchodźców, zebrali się przedstawiciele społeczności tureckich i rumuńskich Żydów. Do tego kilku potomków ofiar. Wygłoszono okolicznościowe przemówienie, odprawiono Kadisz, po czym ludzie rozeszli się do domów.
David Stoliar po przybyciu do Palestyny zaciągnął się do żydowskiego legionu walczącego w ramach brytyjskiej armii. Bił się z Niemcami w Afryce Północnej. Potem przybył do Izraela, akurat żeby wziąć udział w wojnie o niepodległość tego kraju. Służył na froncie syryjskim jako strzelec karabinu maszynowego. Po wojnie pracował dla koncernu naftowego. Przez swoją firmę został wydelegowany do Japonii, w której mieszkał przez 18 lat. Do USA przeprowadził się w 1979 roku. Pracował tam w branży obuwniczej.
Ojciec Stoliara przeżył wojnę w Rumunii, matka – która mieszkała w Paryżu – została zatrzymana na ulicy przez francuskiego żandarma. Przeszła przez obóz w Drancy, a następnie deportowano ją do Auschwitz, gdzie zginęła w komorze gazowej.
Sowiecki okręt podwodny SC-213 jeszcze przez jakiś czas grasował po Morzu Czarnym. W październiku 1944 roku sam został jednak zatopiony. Wyleciał w powietrze na rumuńskiej minie postawionej w pobliżu w Konstancy. W 2010 roku grupa płetwonurków znalazła wrak okrętu. Na nakręconym przez nich filmie widać spoczywający na dnie potężny korpus jednostki pokryty grubą warstwą małż i szlamu. W środku znajdują się ciała sowieckiej załogi.
Ani Wielka Brytania, ani Turcja, ani Związek Sowiecki nigdy nie wyraziły skruchy z powodu tragedii „Strumy".