22 grudnia 1990 r. na Zamku Królewskim w Warszawie miała miejsce podniosła uroczystość. Prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski przekazał wybranemu dwa tygodnie wcześniej w powszechnych wyborach prezydentowi Lechowi Wałęsie przechowywane od czasu wojny na emigracji insygnia prezydenckie, symbole ciągłości niepodległej Rzeczypospolitej. Rejestrujące wydarzenie kamery telewizyjne minęły obojętnie postać Zygmunta Szadkowskiego, przewodniczącego urzędującej w Londynie Rady Narodowej. Bardzo niewiele osób wiedziało, że jeszcze dzień wcześniej rozmowy w sprawie przekazania insygniów znalazły się w impasie i gdyby nie Szadkowski, uroczystość w ogóle nie doszłaby do skutku.
Student w Wilnie, poseł w Dyneburgu
Zygmunt Szadkowski urodził się w 1912 roku w Warszawie, ale dzieciństwo i młodość przeżył na Kresach: w guberniach witebskiej i mińskiej, Nowogródku, gdzie zdał maturę, Wilnie, jako student Uniwersytetu Stefana Batorego. Wcześnie osierocony przez ojca, namiastkę ojcowskiej troski odnalazł w rodzącym się ruchu harcerskim. Przechodząc kolejne stopnie harcerskiego wtajemniczenia, z czasem stał się jednym z przywódców ZHP na Wileńszczyźnie, w 1937 roku został harcmistrzem. Niespełna rok przed wybuchem wojny światowej został przyjęty do polskiej służby dyplomatycznej i skierowany do konsulatu RP w Dyneburgu, mieście z najliczniejszą polską kolonią na sąsiedniej Łotwie.
Po ataku niemiecko-sowieckim na Polskę wraz z będącą w zaawansowanej ciąży żoną przez Szwecję, Norwegię i Anglię dotarł w październiku 1939 r. do Francji. Kilka tygodni po przyjeździe nad Sekwanę został zaprzysiężony w Związku Walki Zbrojnej i wysłany do Rumunii jako emisariusz rządu gen. Władysława Sikorskiego i komendanta ZWZ gen. Kazimierza Sosnkowskiego z misją przekazania na tereny okupowane przez ZSRR instrukcji o powołaniu nowej organizacji konspiracyjnej i stworzenia stałych kanałów przerzutu do kraju ludzi i pieniędzy przez granicę bukowińską. Syna zobaczył po raz pierwszy dopiero sześć lat później.
Wybór generała Jaruzelskiego na prezydenta PRL był dla Zygmunta Szadkowskiego kompletnie niezrozumiały
Choć Szadkowskiemu udało się przewieźć do Bukaresztu znaczne fundusze, postawione przed nim zadanie okazało się trudne do realizacji. Nie uwzględniało polskich możliwości w Rumunii ani realiów okupacji sowieckiej. Nie ułatwiały go zawirowania polityczne w rządzie Sikorskiego.
Po nieudanej próbie powrotu do Francji w czerwcu 1940 r. Szadkowski przedostał się do Syrii, gdzie wstąpił do formującej się Brygady Strzelców Karpackich. Po kapitulacji Francuzów przeszedł wraz z Brygadą do Palestyny, pod komendę brytyjską. Dziwna to była formacja, „inteligenckie wojsko", co czwarty żołnierz miał ukończone studia lub co najmniej maturę. Inny weteran karpatczyków Jerzy Giedroyc wspominał, że w czasie oblężenia Tobruku w przerwach między ostrzałem i nalotami w jego schronie samorzutnie tworzył się klub dyskusyjny. Szadkowski odbył z Brygadą całą kampanię libijską. Był jednym ze „szczurów Tobruku" skutecznie broniących przez cztery miesiące przed Niemcami i Włochami pustynnej twierdzy, walczył pod Gazalą.
W marcu 1942 roku Brygada Karpacka została wycofana z frontu, by wkrótce stać się częścią Armii Polskiej na Wschodzie, dowodzonej przez gen. Władysława Andersa. Szadkowski, awansowany na podporucznika, został skierowany tam, gdzie jego wiedza i umiejętności mogły zostać najlepiej spożytkowane – do działalności harcerskiej. Wraz z polskimi oddziałami ze Związku Sowieckiego wydostało się blisko 15 tys. dzieci poniżej 14. roku życia, grubo ponad połowa z nich była sierotami. Harcerstwo miało zastąpić im utracone rodziny, pomóc przezwyciężyć traumatyczne doświadczenia pobytu na „nieludzkiej ziemi", przywrócić poczucie bezpieczeństwa i wspólnoty, kształtować charaktery i przygotowywać do służby dla Polski. Harcmistrz Szadkowski walnie przyczynił się do realizacji tych zamierzeń. Redagował harcerskie pisma i materiały szkoleniowe, organizował i prowadził obozy, prowadził kursy dla instruktorów, którzy rozjeżdżali się potem do drużyn powstających w polskich osiedlach rozproszonych po całym świecie: Iranie, Ugandzie, Rodezji, Indiach, Meksyku, Nowej Zelandii... Był członkiem Rady Starszyzny, jej wiceprzewodniczącym, w końcu komendantem ZHP na Wschodzie. Z tego też czasu datują się jego harcerskie przyjaźnie z Kazimierzem Sabbatem, Ryszardem Kaczorowskim, późniejszym prałatem Zdzisławem Peszkowskim, którzy mieli odegrać ważne role w dziejach polskiej emigracji. Pod koniec wojny był odpowiedzialny za ponad 8 tys. harcerek i harcerzy.
Wygnaniec
W 1945 roku Szadkowskiemu przypadło w udziale gorzkie zadanie oswojenia swoich młodych podopiecznych z ponurą prawdą, że walcząc po stronie sprzymierzonych, Polska przegrała wojnę, straciła nie tylko połowę terytorium, ale i niepodległość. Czy do takiego kraju należało wracać? On sam, podobnie jak ponad pół miliona Polaków, którzy w dniu kapitulacji III Rzeszy znajdowali się poza zasięgiem wpływów sowieckich, wybrał emigrację. Był to dla niego naturalny odruch, nie tylko znak moralnego sprzeciwu wobec nowego kształtu ustrojowego i terytorialnego Polski narzucanego przez ZSRR, ale także zobowiązanie do dalszej wytężonej pracy na rzecz niepodległości. W Londynie nadal działały przecież legalne władze RP na uchodźstwie: prezydent i rząd, zachowujące dzięki przepisom ustawy zasadniczej z 1935 roku ciągłość konstytucyjną z władzami przedwojennymi i wszelkie formalnoprawne prerogatywy. Jednostronne decyzje obcych rządów o wycofaniu im uznania nie mogły tego stanu zmienić.
Koniec wojny zastał Szadkowskiego w Palestynie. Po roku dołączyli do niego żona i syn. Jesienią 1947 roku jednym z ostatnich transportów ewakuacyjnych rodzina dotarła do Wielkiej Brytanii. W Polskim Korpusie Przysposobienia i Rozmieszczenia, mającym w zamyśle Brytyjczyków ułatwiać demobilizowanym polskim żołnierzom przejście do życia cywilnego, harcmistrz służył zaledwie kilka miesięcy. W rodzinnej tradycji pozostała opowieść, że miał być przerzucony do Polski, ponownie przyjmując rolę emisariusza władz RP na uchodźstwie. Szczęśliwie dla Szadkowskiego plan ten nie został zrealizowany. Niewielu śmiałków zdołało wyjść cało z takiej podróży.
Szadkowscy osiedli w Londynie. Odprawę z PKPR na spółkę z Sabbatem i drugim kolegą z harcerstwa zainwestowali w kupno domu. Wbrew pozorom nie traktowali tego jako lokaty długoterminowej – „Przecież za dwa, trzy lata będzie wojna z Sowietami i wrócimy do Polski...".
Tymczasem trzeba było znaleźć jakieś zatrudnienie. W wyniszczonej wojną Anglii nie było to sprawą łatwą, tym bardziej że Szadkowski, jak zdecydowana większość przybyłych na Wyspy Polaków, bardzo słabo władał wówczas angielskim. Pracował jako piekarz, później jako robotnik fizyczny w fabryce, pomagał żonie w szyciu kołder dla prężnie rozwijającej się firmy należącej do Sabbata. Domowy budżet łatano wynajmowaniem rodakom pokoi.
Znalezienie lepszej, stałej pracy skutecznie utrudniała Szadkowskiemu wielostronna i czasochłonna aktywność społeczna, jaką podjął natychmiast po przybyciu do Anglii. Kontynuował działalność w harcerstwie. Zdawał sobie sprawę, że w warunkach emigracyjnych ma ono do odegrania ogromną rolę w zachowaniu dla polskości pokoleń urodzonych tuż przed wojną i już na emigracji. Obietnice zbiórki gromady zuchowej po lekcjach, podchodów i biwaków były często skutecznym magnesem przyciągającym dzieci do polskiej szkoły sobotniej. W 1951 roku Szadkowski wybrany został na wiceprzewodniczącego, a trzy lata później przewodniczącego ZHP poza granicami kraju. Na czele harcerstwa pozostał do 1967 roku. Harcerskim ideałom był wierny do końca życia.
Z Anglii bliżej do Polski
Równolegle pojawiły się nowe pola aktywności. Szadkowski wszedł w skład Głównej Komisji Skarbu Narodowego, gromadzącego środki na polską działalność niepodległościową, zakładał Polską Macierz Szkolną, należał do władz Zjednoczenia Polskiego w Wielkiej Brytanii. Był jednym z twórców Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego w Londynie i członkiem Komitetu Budowy Pomnika Katyńskiego, odsłoniętego w 1976 roku ku wściekłości Moskwy na cmentarzu Gunnersbury. Angażował się we wsparcie dla polskich instytucji naukowych na obczyźnie, parafii, nawet klubów sportowych.
Osobne miejsce zajmowała działalność w ruchu kombatanckim. Powojenna emigracja była emigracją żołnierską, wspólnota wojennych doświadczeń weteranów Polskich Sił Zbrojnych tworzyła jedną z podstawowych spajających ją więzi. Do Stowarzyszenia Polskich Kombatantów Szadkowski wstąpił jeszcze w Palestynie. W Anglii szybko stał się jednym z jego najczynniejszych działaczy. Dwukrotnie wybierano go na prezesa oddziału Stowarzyszenia w Wielkiej Brytanii, przez jedną kadencję był jego sekretarzem generalnym. Od 1984 roku przez dziesięć lat pełnił funkcję prezesa Zarządu Federacji Światowej SPK.
O energicznego działacza społecznego szybko upomniała się polityka. W 1949 roku Szadkowski został powołany przez prezydenta Augusta Zaleskiego w skład Rady Narodowej RP, namiastki parlamentu na uchodźstwie, ciała opiniodawczego pozbawionego mocy stanowienia prawa. Wraz z kilkoma innymi członkami Rady utworzył Niezależną Grupę Społeczną, niebawem rozwiniętą w nowe emigracyjne stronnictwo, reprezentujące środowisko kombatanckie i organizacje społeczne, którego nieformalnym patronem był gen. Anders. Szybko stał się jednym z liderów NGS. W 1954 roku podpisał w jej imieniu akt zjednoczenia mający zakończyć rozłam polityczny emigracji i wszedł w skład komisji przygotowującej jego realizację.
Stało się inaczej. Prezydent Zaleski nie uznał aktu i wbrew złożonej rok wcześniej deklaracji odmówił ustąpienia po zakończeniu siedmioletniej kadencji. Dla wiernego harcerskim ideałom Szadkowskiego był to potężny wstrząs, złamanie danego słowa, zachowanie niehonorowe. Jak zdecydowana większość emigracji opowiedział się po stronie przeciwnego Zaleskiemu alternatywnego ośrodka politycznego, Zjednoczenia Narodowego, w którym kluczową rolę odgrywał gen. Anders. Z ramienia NGS wszedł do jego przedstawicielstwa – Tymczasowej Rady Jedności Narodowej.
Kryzys polityczny emigracji zbiegł się w czasie ze zmianami w sytuacji międzynarodowej. Szadkowski zdawał sobie sprawę, że hasła „odprężenia" i „pokojowego współistnienia" odbierają nadzieję na konflikt Zachodu z Sowietami, który otworzyłby emigrantom drogę do kraju. Otrzymał w tym czasie za pośrednictwem osiadłego w Kanadzie kolegi propozycję zatrudnienia na jednej z tamtejszych uczelni. Nie zdecydował się na wyjazd za ocean. W Kanadzie czekała go materialna stabilizacja, spokojne życie, ale praca dla Polski była w Anglii.
Zmieniała się też sytuacja w kraju. Przyjmując z radością wszelkie pozytywne zmiany, Szadkowski nie podzielał nadziei, jakie część emigrantów wiązała z osobą Władysława Gomułki. Kiedy po Październiku uchylono żelazną kurtynę, udało mu się ściągnąć do Londynu niewidzianą od wybuchu wojny matkę, z którą był bardzo emocjonalnie związany. Po kilku latach wróciła jednak do Polski, nie była w stanie żyć poza nią. Kiedy zmarła w 1966 roku, przedstawiciele PRL oferowali Szadkowskiemu pokrycie kosztów przyjazdu na pogrzeb, zachęcali nawet do powrotu na stałe, kusili „willą z gosposią". W zamian oczekiwali „tylko" wystąpienia w państwowej telewizji. Dla Szadkowskiego oznaczałoby to zaprzeczenie całej dotychczasowej drogi życiowej. Na pogrzeb nie pojechał.
Stopniowo stawał się coraz ważniejszą postacią „polskiego Londynu". Po śmierci prezydenta Zaleskiego w 1972 roku brał udział w negocjacjach, które doprowadziły do scalenia zwaśnionych ośrodków emigracyjnych. Dwukrotnie był w rządach RP na uchodźstwie ministrem spraw społecznych, raz także ministrem skarbu. W 1978 roku został wybrany na przewodniczącego Rady Narodowej RP. Stanowisko to miał piastować przez kilka kadencji, do rozwiązania Rady po pierwszych wolnych wyborach w Polsce w 1991 roku, starając się szukać dróg porozumienia i łagodzić konflikty, które nie przestały nurtować kurczącą się politykę emigracyjną. Działał w Funduszu Pomocy Krajowi, uczestniczył w akcji pomocy po wprowadzeniu stanu wojennego.
Kustosz insygniów
Narastające oznaki załamywania się systemu komunistycznego w Polsce pod koniec lat 80. Szadkowski przyjmował z narastającą nadzieją, niewolną wszakże od pewnej rezerwy. Z emigracyjnej perspektywy szklanka była do połowy pusta. Wybrany w czerwcu 1989 roku „kontraktowy" Sejm nie spełniał demokratycznych standardów, a niekomunistyczny premier do lipca 1990 roku miał w swoim rządzie komunistycznych ministrów obrony i spraw wewnętrznych. Wybór gen. Jaruzelskiego na prezydenta PRL nie tylko dla Szadkowskiego był kompletnie niezrozumiały.
Rozpisanie powszechnych wyborów prezydenckich postawiło przed niepodległościową emigracją pytanie: czy to już wolna Polska? Wbrew głosom doradzającym powstrzymanie się z taką decyzją do czasu wolnych wyborów do Sejmu Szadkowski opowiedział się za zakończeniem działalności władz RP na uchodźstwie i przekazaniem insygniów prezydenckich prezydentowi elektowi. Prezydent Kaczorowski, przyjaciel od blisko pół wieku, niegdyś harcerski podwładny, przywiązywał do jego opinii wielką wagę. Zgodnie z jego wolą przewodniczący Rady Narodowej stanął na czele delegacji władz na obczyźnie, która 16 grudnia 1990 roku przybyła do Warszawy na rozmowy w sprawie przekazania do kraju insygniów.
Szadkowski zdawał sobie sprawę, że jego rozmówcy zainteresowani byli głównie umożliwieniem Wałęsie uniknięcia przejmowania urzędu głowy państwa z rąk gen. Jaruzelskiego. Liczył wszakże, że przekazanie insygniów stanie się okazją do potwierdzenia przez rodzącą się III Rzeczpospolitą ciągłości polskiej suwerennej tradycji państwowej, przechowywanej przez blisko pół wieku przez władze na uchodźstwie. Taki sens miało osiągnięte przy życzliwej pomocy marszałka Senatu Andrzeja Stelmachowskiego porozumienie przewidujące podpisanie przez obu prezydentów wspólnego protokołu przekazania i przyjęcia insygniów.
Jednak dwa dni później delegacja Wałęsy niespodziewanie zmieniła zdanie. Powodem miały być obawy, że uzgodniona formuła uroczystości oznaczać będzie podważenie legitymizmu PRL, a w konsekwencji także „kontraktowego" Sejmu. Wspominano nawet o groźbie demonstracji ze strony części posłów. Dla Szadkowskiego wycofanie się rodaków z przyjętych zobowiązań było zaskoczeniem tyleż przykrym, co niezrozumiałym. Długo rozmawiał telefonicznie z Kaczorowskim, który ostatecznie przystał na narzucone przez stronę krajową rozwiązanie. Mimo to następnego dnia reprezentujący Wałęsę Jacek Merkel po raz kolejny próbował ingerować w uzgodniony tekst. Rozmowy były bliskie załamania. Opanowanie Szadkowskiego zapobiegło ich zerwaniu. Ostatecznie wspólny protokół zastąpiła jednostronna deklaracja prezydenta Kaczorowskiego, złożona na ręce marszałka Stelmachowskiego. Uroczysta oprawa ceremonii przysłoniła fakt, że Wałęsa nigdy insygniów nie przyjął.
Udział w warszawskich negocjacjach Szadkowski przypłacił zdrowiem. Po powrocie do Anglii dostał wylewu, kilka dni spędził w szpitalu. Z pewnością nie tak wyobrażał sobie pierwszą wizytę w wolnej Polsce.
Wracał do niej później bardzo często, choć jego stałym miejscem zamieszkania pozostał Londyn. Tam też zmarł w 1995 roku.
Autor jest historykiem i prawnikiem. Tekst powstał dzięki pomocy państwa Małgorzaty i Andrzeja Szadkowskich, którzy udostępnili materiały z prywatnego archiwum Zygmunta Szadkowskiego.