Barolo bywa ciekawe, burgund niezapomniany, a pingusa kosztowałbym co weekend, no, może co drugi. Tyle tylko, że są to światy znane, mające swych amatorów, a moja osoba chętniej zapuszcza się w rewiry nieznane do tego stopnia, że opisuje (owa osoba) wina ukraińskie, a degustuje te z Boliwii, Bhutanu i Warmii, nie wiem, co bardziej egzotyczne.
Dziś będzie kompromisowo, bo kraj nieco peryferyjny, ale wina klasyczne. Węgry są w szerokim świecie znane umiarkowanie – miłośnicy słodyczy wielbią tokaje, a pisma winiarskie w ostatnim roku zachwycają się furmintem, ale to tyle. Wina będą jednak klasyczne, bo to i region na swój sposób najmniej węgierski. Nic dziwnego – na samym południu Węgier, niedaleko Peczu, wina zaczęli robić osadnicy niemieccy z XVIII wieku. Villany, którego nazwa pochodzi od maleńkiego miasteczka, nie zaskoczy nas więc rodzimymi szczepami, za to zachwyci jakością merlotów, cabernetów, portugieserów i pinotów przez Szwabów tu sprowadzonych.
Niespełna 300 lat później Miklos Racz odpadł na komisji lekarskiej, a przecież miał być, jak dziad i ojciec, zawodowym żołnierzem. Cóż było robić, zajął się winem. Owszem, bawi go chardonnay, ale i tak bardziej nas ciekawią jego wina czerwone, które robi pieczołowicie, starannie, nie na beczce, lecz na gronach się koncentrując. Efekty? Do niedzielnego mięsnego obiadu pijemy cabernet franc, wino dojrzałe, pełne i złożone, ale mnie więcej radości sprawił pinot noir. Mniej skórzany, bardziej pieprzowy niż inne, wiśniowo-leśny, znakomicie pijalny. A więc pić.
PLUS MINUS
Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:
tel. 800 12 01 95