Lepsza od niej była w filmie tylko muzyka autorstwa Maurice'a Jarre'a; genialny temat, który prócz tego, że dał sobie radę z ciężarem epickich dziejów Lawrence'a, sprawiał wyobrażenie przyklejonego do monumentalnych krajobrazów Wadi Rum.
Kilka dni temu, szukając w sieci fragmentów ścieżki dźwiękowej do „Lawrence'a", trafiłem na dziwny filmik; oto w rytm muzyki Jarre'a po nieokreślonej pustyni (podpis sugeruje, że rzecz się dzieje w Second Life) kroczy piękna hinduska dziewczyna. Na czole, szyi i w uszach złota biżuteria, na rękach bransolety. Ciemny satynowy stanik zasłania piersi, nogi zaś przykrywa długa, tradycyjna spódnica. Dziewczyna kroczy dziarsko przez piaski. Wokół żadnego punktu odniesienia. Tylko nieskazitelnie błękitne niebo, a u stóp morze piasku. Gdzie idzie? Nie wiadomo. Po jakimś czasie dostrzegamy, że zaczyna czuć się zmęczona. Zrzuca więc spódnicę. Dopiero teraz widać, że jest bardzo wysoka i ma figurę modelki. Na nogach satynowe spodnie. Kroczy dalej, ale coraz mocniej widać zmęczenie. Zaczyna słaniać się na nogach.