Co Unia daje wsi?



Radosław Gil, dziennikarz, wydawca, właściciel pensjonatu:

Tutaj, na Dolnym Śląsku, utrwala polską biedę.



Słucham?



Używając trudnego słowa, Unia petryfikuje niedostatek – nie nędzę czy skrajną biedę, ale właśnie niedostatek.



Ale przecież dopłaty...



Właśnie, dopłaty. Jak się policzy pieniądze pompowane w wieś, czyli unijne dopłaty, wszystkie te renty rolnicze, strukturalne, zasiłki, wyjdzie na to, że to za mało, by zmienić oblicze wsi i godnie żyć, ale i tak wciąż więcej niż kiedyś, w latach 90.



Czyli poprawiło się.



I całkowicie zniechęciło do inicjatywy. Zwłaszcza że to ludzie przyzwyczajeni od pokoleń do tego, że wszystko im rozdawano.



To prawda, piękne poniemieckie majątki dostali darmo.



Jest jak wszędzie na ziemiach wyzyskanych – bo tak powinno się nazywać te tereny, przecież zostały wyzyskane jak kolonie, a nie odzyskane. Panuje tu dużo większa roszczeniowość niż gdzie indziej, bo ci, którzy tu przyjechali, wszystko dostali.

Część przecież zostawiła jakiś majątek za Bugiem.

Ale ta część z Galicji i środkowej Polski to ludzie, których skusiła powojenna propaganda, zachęcająca do osiedlania się tutaj. Przyjechali za chlebem.

Więc mieli choć tyle inicjatywy. I co, wytrzebiono ją?

Wszyscy dostali ziemię, domy, trochę maszyn. Jak im się dom zniszczył, często brali inny. Taka postawa przez dwa pokolenia spowodowała, że i trzecie chce dostać darmo to, co dostawali rodzice i dziadkowie.

Unia żąda przynajmniej, by uprawiać ziemię.

To prawda, opowiadał mi sąsiad, historyk z Wrocławia, że 15 lat temu wokół były nieużytki, a teraz są orne pola. Dlaczego? Bo Unia dopłaca tylko do ziemi uprawnej.

Kto ją uprawia?

Kilku dużych gospodarzy, którzy dzierżawią wszystko. Reszta ma renty, zasiłki i pracę dorywczą w Niemczech. No i oczywiście jest pomoc społeczna, która daje zasiłki, ale też konserwy, dżemy, środki chemiczne...

Dżemy na wsi? To już przegięcie, mogliby sami zrobić, zwłaszcza jeśli są bezrobotni.

Mogliby, ale po co? Wiesz, jakie sery jedzą moi sąsiedzi?

Wyczuwam podstęp w pytaniu, więc nie wiem.

Holenderskie, z darów.

Polska dostaje dary żywnościowe z zagranicy?! To już lepiej niech polskie sery rozdają...

Apropos polskich serów, to tu w okolicy ludzie próbowali robić owcze sery, ale nikt nie był zainteresowany ich kupnem. Owcze mleko można było kupić za bezcen, ludzie powyrzynali stada, pobankrutowali. Ci, którzy mają krowy, narzekają, że już jesienią województwo wyczerpuje kwoty mleczne i gdyby to była fabryka  gwoździ, to zawiesiliby produkcję, ale nie mogą przestać doić, więc mają problem ze sprzedażą. I wszyscy mówią, że Podlasie to eldorado, tam jest dobrze, tam są mleczarnie...

Dziennikarz z Warszawy przyjechał na wieś i co? Całkowicie zmienił ci się obraz rzeczywistości?

Byłbym fatalnym dziennikarzem, gdybym musiał kompletnie rewidować myślenie o świecie i o tym, jak wygląda Polska gminna i powiatowa.

A jak wygląda?

Jak na Wiejskiej, tylko w mikroskali i decyzje rady gminy czy powiatu są bliższe niż ustawy. To tu decydują o tym, czy położą asfalt, i to ma dla ciebie ogromne znaczenie. Notabene, niedawno się okazało, że są unijne pieniądze na trasy rowerowe, więc wyszło na to, że jedyną porządną drogą asfaltową we wsi będzie ścieżka rowerowa.

Będziecie przynajmniej prowadzili zdrowy tryb życia.

To rzeczywiście podstawowe wyzwanie...

A serio, czego najbardziej brakuje na prowincji?

Zabrzmi to banalnie, ale perspektyw. Każdy może sobie znaleźć jakiś pomysł na życie, ale ma poczucie, że nie da się go zrealizować w Polsce. Tu jest zresztą inaczej niż w reszcie kraju, bo nie wyjeżdża się masowo do Anglii czy Irlandii, ale do Niemiec.

Sto kilometrów autostradą do granicy...

I to jest zasadnicza różnica, bo nie trzeba latać samolotem i osiedlać się na Wyspach na stałe, ale w kilka godzin można podjechać do domu, dlatego jeździ się sezonowo. Ten sezon może zresztą trwać i pół roku czy kilka miesięcy, ale traktuje się te prace jako dorywcze.

Jak zarobią, to wrócą i zainwestują tutaj?

Kiedy remontowaliśmy dom, poszliśmy do jednego z takich fachowców. Mówię mu, że świetnie, że wrócił, bo podobno jest najlepszy, a akurat jest robota, i to na miejscu. No i słyszę jedną wymówkę, drugą, aż w końcu mówi mi wprost, że mu się nie chce w Polsce pracować...

A ty po pięciu latach jesteś warszawiak czy już miejscowy?

Jestem w radzie sołeckiej, co jakiś czas mnie namawiają, bym się zainteresował samorządem, ale nic z tego.

Więc miejscowy, skoro ci ufają.

Tu łatwiej się zaaklimatyzować, bo na Dolnym Śląsku nikt nie jest do końca „miejscowy", choć przecież żyjemy ładnych parę lat po wojnie.

Trzecie pokolenie chodzi już do szkół, a nie są miejscowi?

Dopiero zaczynają mieć poczucie, że są „tutejsi", z tej wioski, ale to potrwa jeszcze długo. Pamiętaj, że przez wiele lat, za komuny, trzymano ich tu w poczuciu tymczasowości. Z jednej strony propaganda peerelowska, że powrót do macierzy, że wróciliśmy na ziemie Piastów...

...„Byliśmy, jesteśmy, będziemy".

Tak, a z drugiej strony nie dawali ludziom tytułów własności domów, nikt niczego nie remontował, nikt się specjalnie nie przywiązywał.

A czują się w jakimś stopniu Dolnoślązakami? Jest jakaś tożsamość miejsca poza kibicowaniem Śląskowi Wrocław?

Nawet z tym jest pewien problem, bo Wrocław to zupełnie inny świat. Niby blisko, ale to wielki świat, jak Warszawa czy Poznań, obce miasto. Nie potrafię znaleźć żadnej tożsamości dolnośląskiej.

Nie istnieje jako region?

Nie dostrzegam tego, choć widzę, że próbuje się to stworzyć metodami administracyjnymi. Jakiś czas temu ogłoszono nawet konkurs na wzór stroju ludowego górala karkonoskiego... (śmiech)

Co?! Daj mi się wyśmiać...

Był też konkurs architektoniczny na dom w stylu dolnośląskim. Jest w tym bardzo czytelne nawiązanie do stworzenia przez Witkiewicza stylu zakopiańskiego. To miał być wzorzec dla nowych domów budowanych na Dolnym Śląsku.

Ale tu się żadnych domów nie buduje.

U nas na wsi po 1945 roku wybudowano trzy nowe domy, w zasadzie wszystkie w zeszłym roku.

Ten pomysł ze stylem dolnośląskim nie jest taki głupi, choć utopijny.

To reakcja na to, że w okolicy, jeśli się buduje, to brzydko. Pewnie wszędzie w Polsce tak jest, ale w takich miejscach jak pełne pięknych starych domów Sudety jest to szczególnie bolesne. Najbardziej widać to w miastach.

Wjeżdżając do Jawora od południa, masz straszny widok: po prawej stronie piękne, choć zaniedbane kamienice i strzeliste wieże kościołów, po lewej – paskudne bloki i domki. Po prawej Niemcy, po lewej Polska...

Niestety, nie wszystko da się zwalić na PRL. Na przykładzie Jawora czy Złotoryi widać, że stare domy niszczeją, a tym, którzy stawiają nowe, nie zależy, by nawiązywać do jakiejkolwiek tradycji czy stylu.

W okolicy czeka mnóstwo pięknych wielkich domów, lecz małomiasteczkowa elita: lekarze, prawnicy, biznes, się nie kwapi, by w nich zamieszkać. A byłoby ich stać...

Ale widocznie poza jednostkami, jak adwokat z Legnicy, który tu odbudował dom, nie mają takiej potrzeby. Wolą postawić nowy dworek pod miastem, niż męczyć się ze starym, poniemieckim. Choć doceniają i mówią mi: „No, panie Radku, pięknie to odbudowaliście", to nie chcą iść naszym śladem.

Co, niestety, widać.

Goście nas często pytają, dlaczego te urocze miasteczka są takie zapyziałe, domy nieremontowane, ludzie smętni. Niektórzy czytali, że przed wojną w mieście były trzy kameralne orkiestry grające w parku, że był teatr, kino, wychodziły gazety, a teraz nic. Odpowiedź jest dramatycznie prosta: zarówno ci, którzy grali Beethovena w parku, jak i ich słuchacze zginęli na froncie wschodnim.

A na ich miejsce przyszli małorolni chłopi. To ma wszystko tłumaczyć?

Nie, bo wraz z tymi, którzy stąd po wojnie wyjechali, wyjechał też kapitał. Tu były drukarnie, browary, stolarnie i dlatego te miasteczka tak wyglądały. Ludzi było stać na gospodę, koncert i piękny dom. A po wojnie najpierw to, co się dało, rozszabrowano, a potem resztę upaństwowiono...

Tylko że żyjemy 25 lat po upadku komunizmu. Co zrobiono z Jelenią Górą, Wałbrzychem, Legnicą?

A to już jest pytanie szersze, nie o Dolny Śląsk, ale o Polskę, o to jak wykorzystano te 25 lat. Poza tym czasy się zmieniły: na całym świecie nikt nie potrzebuje małych drukarni, bo i duże mają problemy, Chińczycy wyprodukują taniej niż rzemieślnik, a jak w kilkutysięcznym miasteczku pojawią się dwa dyskonty, to i sklepikarzy nie będzie, wszystko inne wokół ginie. Zostają apteki i sklepy z używaną odzieżą.

A dlaczego nie ma usług?

Bo taniej kupić nowe chińskie, niż reperować stare. A żeby kupić, nie potrzeba nawet sklepu, wystarczy handel obwoźny lub bazar w miasteczku. Ludziom trudno zrozumieć, że dla takich wiosek na pogórzu ratunkiem byłaby turystyka – nie 100 tysięcy hoteli, ale nieduże pensjonaty. Władze samorządowe nie bardzo w to wierzą, ciągle pokutuje mit, że lepiej ściągnąć fabrykę, to przedsiębiorca się do drogi dorzuci, groszem sypnie. A oni nie bardzo mają na to ochotę, nawet jak ich na to stać, bo przecież u nas nikt nie dba o dobro wspólne.

Ty próbujesz. Chcecie z wójtem odbudować pałac.

Jeszcze 25 lat temu był w niezłym stanie, teraz kompletna ruina, zarósł całkowicie. Szkoda go...

Dziwne to wsie, gdzie nie mówią żadną gwarą, prawda?

To dziwi moich wielkomiejskich gości, zwłaszcza z Warszawy, którzy spodziewają się, że tu wszyscy zaciągają jak zza Buga. W ich mniemaniu Dolny Śląsk jest zaludniony przez Kargulów i Pawlaków, a wszystko wygląda jak ten, skądinąd uroczy, film.

A nie wygląda.

To miejsce, gdzie ludzie mówią czymś w rodzaju starożytnego koine, czyli wspólnego dialektu greckiego, który nawet nie miał wiele wspólnego z greką właściwą, ale był językiem całego świata hellenistycznego. I tu tak samo, mówi się po polsku, nikt nie zaciąga, bo wszyscy się wymieszali.

Mówią literackim polskim.

Telewizyjnym polskim, powiedziałbym, zdecydowanie bardziej telewizyjnym niż literackim... (śmiech)

Wszelkie różnice etniczne zanikły?

Kiedyś były dużo większe, żywsze. Przyjechała do nas niedawno pani, której rodzina mieszkała po wojnie w naszym domu, i opowiadała, jak to dobrze się czuje w Kondratowie, bo tu panuje dobra atmosfera, a gdzie indziej jest tak dziwnie. Pytamy, co to znaczy, a ona odpowiada: „Bo tam jest Ukraina". To reminescencje dawnych podziałów na tych, którzy przyjechali ze środkowej Polski i na tych zza Buga. Ci ostatni byli wrzucani do jednego worka z napisem „Ukraina"...

...Przed którą zresztą uciekali.

Są tu oczywiście i prawdziwi Ukraińcy, a raczej Łemkowie, wypędzeni po akcji „Wisła", ale to niewielka mniejszość. Dochodzi tu do zabawnych qui pro quo. Każdemu się wydaje, że „Siekierezada" dzieje się w Bieszczadach, a to nieprawda, bo na Dolnym Śląsku, gdzie Stachura pracował w lesie. To tu jest wioska Hopla nazywana Ukrainą, bo mieszkali w niej osadnicy zza Buga.

Dlaczego zamieszkaliście akurat tutaj, w Górach Kaczawskich? Ani to góry, ani nic...

Sprowadziło nas złoto Wrocławia, legenda o skarbie wywiezionym w 1945 roku z Festung Breslau.

Nie znalazłeś?

Jeszcze nie.

A długo szukasz?

W 2006 roku przyjechałem tu po raz pierwszy z ówczesną narzeczoną, dziś żoną, zatrzymaliśmy się w jedynej wtedy agroturystyce i to był kompletny odlot: inne domy, kościoły, wioski, inne wszystko niż u nas, w Kongresówce. Absolutne oszołomienie. I od razu pojawił się pomysł, by się tu przenieść.

Właśnie byłeś redaktorem naczelnym PAP, robiłeś karierę. Chciałeś to rzucić?

To nie przyszło z dnia na dzień, ale doszedłem do wniosku, że chętnie to zostawię. Pierwsze wyjazdy były trochę nieśmiałym, ostrożnym poszukiwaniem chałupy na pensjonat.

Brzmi typowo: zmęczony miastem, przepracowany facet marzy o sielance.

Od początku patrzyliśmy na to dość trzeźwo, bo łatwo się przeprowadzić, ale trzeba z czegoś żyć. I wyliczyliśmy, że to się może udać. W końcu kupiliśmy dom w Kondratowie, niedaleko Złotoryi.

I to nie była kompletna ruina?

Nie, choć remont pokazał, że trzeba było zrobić znacznie więcej, niż zakładaliśmy. Za każdymi drzwiami w domu czaiła się kolejna inwestycja.

To jaką mieliście obsuwę?

Dom kupiliśmy w sierpniu 2009 r. i zakładaliśmy, że ruszymy na weekend majowy 2010 roku. Tymczasem pierwsi goście przyjechali w listopadzie 2012 roku. Dwa i pół roku...

O co poszło, o pieniądze?

Na początku kasa była: mieliśmy oszczędności, sprzedaliśmy mieszkanie w Warszawie, wzięliśmy kredyt, ale bardzo szybko się okazało, że nie jesteśmy przygotowani do remontu, że kolejne ekipy zawodzą, nie pojawiają się, przekraczają wszelkie możliwe terminy. Znane sprawy: miało przyjechać pięciu panów, a jest dwóch, bo tylko tylu było trzeźwych. I słyszysz całą gamę tłumaczeń, a pomysłowość  fachowców jest nieograniczona. Albo przyjeżdżają wszyscy, ale bez narzędzi. I owszem, mogą w trzy dni się zaopatrzyć, chyba żebym ja sam podjechał do sklepu czy hurtowni... Musiałem więc przerejestrować samochód.

Dlaczego?

Bo na rejestrację warszawską miałem ceny wyższe o 30 procent. I tak się woziliśmy z kolejnymi wykonawcami. Musieliśmy zmienić plan remontu. Najpierw nieprawdopodobna niekompetencja, a potem i brak pieniędzy sprawiły, że sami wzięliśmy się do roboty. Okazało się, że Kaja, z wykształcenia psycholog, lepiej lepi glinę, a ja, dziennikarz, lepiej zajmuję się stolarką niż tutejsi fachowcy.

Dla innych to tylko gospodarstwo agroturystyczne...

My mamy do tego stosunek emocjonalny. Kupiliśmy prawie 200-letni dom i włożyliśmy mnóstwo wysiłku, by był wygodny, ale by wyglądał na swoje 179 lat. Najważniejsza była właśnie decyzja, że ratujemy dom z największą możliwą pieczołowitością.

To znaczy?

Można było zostawić tylko mury z zewnątrz, a w środku zrobić po swojemu, wszystko na nowo, tylko wystylizować to na wiejsko.

Nikt by nie zauważył różnicy.

My byśmy zauważyli i pewnie kilka osób też...

Dlatego skazaliście się na katorgę...

...I koszty. Dom został odnowiony przy użyciu starych metod i starych materiałów, czyli drewna, gliny i kamienia. A można było inaczej: zamiast ręcznie rozrabianej gliny w szachulcu...

Wyjaśnijmy, że to taki typ ściany z widocznymi belkami drewnianymi.

A w środku jest glina, ale mogliśmy wrzucić tam cegły, ?tak jak w pruskim murze, ?czy nawet płytę OSB i pomalować na biało. Wyszłoby znacznie ?taniej.

Prowadzisz mały pensjonat. Z czym jest największy kłopot?

Wydawało się, że najtrudniejsze będzie przełamanie bariery i przyjmowanie gości w swoim domu. Bo to jednak nie jest hotel, my tu również mieszkamy, jemy w tej samej jadalni i musimy się zgodzić, że obcy ludzie będą nam chodzić po domu.

Jak to znosisz?

Pomogło nam to, że remont trwał tak strasznie długo, że bardzo chcieliśmy mieć go za sobą. I kiedy się skończył i zaczęliśmy przyjmować gości, najsilniejszym uczuciem była ulga.

Bo?

Nareszcie przyjechali goście! To był mentalny przełom. Koniec ciągłego remontu, wiecznych prac...

A nerwy: czy się uda?

To było nasze największe zmartwienie: czy się spodoba? Czy to, co sobie wymarzyliśmy, spodoba się innym ludziom, czy to będzie im odpowiadało?

I jak?

Chwalą.

Ale ten strach się nigdy nie kończy, bo nie wiadomo, czy przyjadą następni?

Już wiemy, że goście przyjeżdżają i ta machina działa. Utwierdzają nas w przekonaniu, że dobrze postąpiliśmy. A takiego utwierdzenia potrzebujemy, zwłaszcza po wszystkim, co tu przeżyliśmy.